Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2015

Okładka w Newsweeku... cd.

A mi się niezwykle okładka ostatniego biuletynu PO podoba!
Wysilił się redaktor Tomasz SyfiLis i zmajstrował arcydzieło fotograficzne.
Dlatego dzisiaj ciąg dalszy wariacji na temat...
Ponieważ, to już wszem i wobec wiadomo, że Bredziaław Maria Bul-Komorowski miłością wielką i wzajemną darzy agenturę sowiecką w osobach oficerów dawnego WSI, zakładam, że w czasie sesji na ten przykład mógł przyjść do "prezydęta" lubiany i ceniony przez niego generał Dukaczewski.
Zakładam, że Panowie mogli też pod oknem uciąć sobie miłą pogaduszkę.... i nie tylko.


niedziela, 1 grudnia 2013

Co jest "cacy" a co "be"?

Jest tak:
W kraju X partia A wygrywa wybory.
Formuje rząd.
Dodatkowo, popierany przez partię A - Pan B zostaje w tym okresie prezydentem. Rządzą sobie po społu w komitywie i radości z pełnionej władzy.
Opozycja robi co może, by przeszkodzić im w tej sielance, gdyż zauważa, że zarówno Pan B jak i cała partia A okłamali wyborców i zrobili z nich przysłowiowych idiotów.
Dnia Z przelewa się czara goryczy i dochodzi do protestów przeciw władzy, gdyż część obywateli już od dawna ma inną wizję przyszłości państwa X.
Odbywa się pokojowa antyrządowa demonstracja.
Jednak w czasie tego wiecu mają miejsce starcia ze służbami porządkowymi, zainspirowane przez prowokatorów...


Pytane brzmi: jak zachowają się polskie media „niezależne“ spod znaku TVN, GW oraz Polsatu, posiadając takie informacje jak powyżej?
Jaki będzie ich stosunek do wydażeń i przytoczonych faków?
Jaki ton publikacji?
Jednym słowem: CZY POPIERAMY CZY GANIMY?

Na koniec zasadnicze pytanie: którego z poniższych wydażeń przykład powyższy dotyczy?
1.     Okoliczności demonstracji - Marszu Niepodległości, Polska, Warszawa 11.XI.2013 roku
2.     Okoliczności demonstracji przeciw Janukowyczowi i decyzji zawieszenia rozmów stowarzyszeniowych Ukrainy z UE, Kijów, Majdan listopad-grudzień 2013
3.     Okoliczności obrony krzyża w czasie próby siłowego usunięcia go sprzed Pałacu Namiestnikowskiego, Polska, Warszawa, (kulminacyjny moment) 3.VIII.2010 roku.


I jeszcze scenka z życia...




czwartek, 14 listopada 2013

Rząd polski złożył protest

Rząd polski złożył protest w związku z ekscesami na terenie ambasady w Moskwie.


środa, 27 marca 2013

Niesiołowski o Stauffenbergu - Stauffenberg o Niesiołowskim



Niesiołowski o Stauffenbergu: Clausa von Stauffenberga czcimy za odwagę i heroiczne poświęcenie w czasach pogardy, kłamstwa i nienawiści. Za wykazanie, że w najczarniejszej nocy nazistowskiej tyranii było możliwe podjęcie walki w imię niezmiennych zasad chrześcijańskich, na których opiera się nasza kultura i cywilizacja, a które zarówno system nazistowski, jak i komunistyczny chciały raz na zawsze wymazać z dziejów świata. Za potwierdzenie tak zawsze potrzebnego w naszej pamięci i świadomości boskiego dziedzictwa człowieka.

Stauffenberg o Niesiołowskim (generalnie o Polakach): Ludność to niesłychany motłoch, tak wiele Żydów i mieszańców. To lud, który czuje się dobrze tylko pod batem. Tysiące jeńców wojennych posłuży nam dobrze w pracach rolniczych.

Powyższe cytaty są autentyczne i pochodzą w szerszych wypowiedzi bohaterów  dzisiejszego wpisu, Niewtajemniczonym przypomnę tylko:
Claus Philipp Maria Schenk Graf von Stauffenberg – pułkownik, hitlerowiec a później na skutek kilejnych porażek na froncie – antyhitlerowiec. Sprawca zamachu na fuehrera w Wilczym Szańcu. Jak wiadomo, Hitler został tylko ranny a spiskowcy (w tym Stauffenberg) zostali zgładzeni po pokazowym procesie. Dziś propaganda niemiecka lansuje Stauffenberga jako narodowego bohatera i człowieka renesansu. W rzeczywistości spisek przeciw Hitlerowi miał na celu zakończenie działań wojennych po zawarciu rozejmu z aliantami oraz Rosjanami i ustanowienie granic w miejscu aktualnego przebiegu linii frontowej. Dla niemców był to ratunek wobec nadchodzącej totalnej porażki oraz metoda na rozmycie dotychczasowych niemieckich zbrodni na ziemiach wschodnich.
Ów „demokrata i bohater“ aż do lipca 1944 roku funkcjonował jako posłuszny hitlerowiec oraz  poplecznik ludobójców i tylko strach przed konsekwencjami przegranej wojny zmienił go w antyhitlerowca.
Po latach, należy ocenić, że dla Polski stało się bardzo dobrze, iż Stauffengerga i jego grupę rozstrzelano a cały plan zamachu na Hitlera szlag trafił. Gdyby tak się nie stało, istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nasza Ojczyzna dziś nie istniałaby.
Wtedy w lipcu 1944 roku linia frontu przebiegała w okolicach od Suwałk poprzez Białystok, Otwock po Przemyśl.  Dla Polski zatem według planu Stauffenberga miejsca w Europie nie byłoby. To zrozumiałe, tym bardziej, że zdanie na temat Polaków „bohater“ posiadał identyczne jak Hitler, Goebbels i reszta hitlerowskiej bandy.
Nie dziwne, że Claus Philipp Maria Schenk Graf von Stauffenberg stał się bohaterem nowych Niemiec. Teutoński stosunek do „tych ze wschodu“ od wieków nie zmienił się i nawet w eurokołchozie jest nadto widoczny. Zadufani i durno-bezmyślni Niemcy zawsze potrzebowali prostego i niezbyt rozgarniętego barbarzyńcy  o skłonnościach sadystyczno-zbrodniczych jako uosobienie obiektu kultu.
Nie dziwne też, że typ taki jak Niesiołowski wraz z niemiecką propagandą czci Stauffenberga. W końcu przewodnia siła narodu jaka jest PO, ma u nich swoje centrum decyzyjne. Platformiakom nie przeszkadza nawet, że są według ich „bohatera“: „motłochem, mieszańcami i czują się dobrze tylko pod batem a ponadto nadają się tylko do prac rolniczych“.
?
Choć może tu, to się ze Stauffenbergiem zgodzę.

niedziela, 20 stycznia 2013

Bajka o Stuleyce zwanej Czerwonym Paskudnym Kapturkiem


Dziś coś dla dzieci... (może być na dobranoc)

Była sobie raz mała brzydka księżniczka o imieniu Stuleyka.
Każdy,  kto na nią spojrzał odwracał wzrok i z obrzydzeniem mówił: „Tfu, jak mogą być dzieci tak paskudne... To chyba tyko kariera zawodowa przed nią, bo życie rodzinne to nie dla niej... “.
Była ulubienicą babuni swej, starej i stetryczałej Krasnoarmiejki, która radaby jej była dać wszystko, co tylko jest na świecie, z wyjatkiem godnej pensji i wybornej fuchy w resorcie, bo takich koneksji już niestety nie posiadała.
Pewnego dnia  babcia podarowała jej aksamitny kapturek, w którym tak pięknie wyglądała, że nie chciała włożyć już innej czapeczki.
Kapturek był czerwony, miał z przodu gwiazdkę i Stuleyka wyglądała w nim jak siostra stada millerowych krasnoludów zamieszkujących „Zgniły Zagajnik“.
Chodziła ciągle w swym czerwonym kapturku i przezwano ją też „Czerwonym (ale Paskudnym) Kapturkiem”.
Razu pewnego powiedziała jej ciotka Platformenia: — Masz tu smaczną pizzę z Biedronki i flaszkę taniego wina oraz umowę zawieszenia broni.
Weźmiesz też ze sobą rękopis mowy oskarżycielskiej i potępiającej opozycję.
Zanieś to babuni. Ma kaca, jest chora i bezsilna, pokrzepi się i wzmocni a co za tym idzie będzie miała siłę wspomóc nas w walce z wrogiem.
Idź, zanim się zrobi gorąco, bądź uważna, nie schodź z drogi, bo biegając mogłabyś stłuc flaszkę, a wówczas babuni nic by się nie dostało. Przyszło by jej chlać paskudny kefir i tylko pieprzyć trzy-po-trzy w programach telewizyjnych drugiej kategorii.
Gdy zaś przyjdziesz, nie rozglądaj się po kątach, co by tu od babuni wydębić ale powitaj grzecznie staruszkę.
Stuleyka przyrzekła ciotce, że wszystko spełni jak należy.
Babka mieszkała w głębi zgniłego zagajnika, o dwadzieścia trzy minuty drogi od Bizancjum ciotki. Gdy dziewczynka znalazła się w lesie, napotkała kota. Nie wiedziała ona, co to za zły zwierz, przeto nie przestraszyła się go wcale.
— Dzień dobry, Stuleyko-Czerwony Pakudny Kapturku! — powiedział kot.
— Dzień dobry, kocie! — odrzekła uprzejmie.
— Pali-kocie — wtrącił kot i zaciągnął się marihuaną — dokąd to zmierzasz tak rano? — dodał.
— Do babuni Krasnoarmiejki.
— Co niesiesz pod fartuszkiem?
— Pizzę z Biedonki i tanie winko. Niosę to babuni. Jest stara, skacowana i wycieńczona, posili się, przetrzeźwieje i orzeźwi.
— A gdzież to mieszka twoja babunia?
— Dobry kawał drogi stąd. Komitet jej stoi pod trzema leninami, wokoło są krzaki dorodnej komuny, trafisz tam łatwo.
Pali-kot pomyślał: „Smaczny to dla mnie kąsek z tej małej, lepszy jeszcze, niż stara babka Krasnoarmiejka. Muszę się wziąć mądrze do rzeczy, by mi obydwie wpadły w zęby.”
Starą wpierw w całości połknę z elektoratem a Stuleykę później.
Będę nią z wnętrza organizmu mojego sterował.
Szedł przez chwilę obok dziewczynki, potem zaś rzekł:
— Spójrzno, jakie piękne zioła wokoło. Czemu na nie nie patrzysz? Zda mi się, że nie słyszysz nawet pisku biedy. Idziesz prosto przed siebie jak leming jaki, a w lesie tak miło, że aż się serce raduje.
Stuleyka podniosła oczy i zobaczywszy drzewa oblane migotliwymi promieniami słońca, oraz mnóstwo ślicznego zioła, pomyślała: „Ucieszyłaby się babunia, gdybym jej przyniosła faję. Jeszcze wcześnie i zdążę na czas.” — Potem zeszła z drogi i ruszyła w las za ziołem. Zerwawszy nieco, spostrzegała zaraz bibułki i gilzy, przeto zagłębiała się w las coraz to dalej. Zaś pali-kot poszedł prosto do domu babki i zapukał.
— Kto tam? — zapytała babka Krasnoarmiejka.
— To ja, Czerwony Paskudny Kapturek, twoja Stuleyka! — rzekł pali-kot. — Przynoszę pizzę z Biedronki i tanie winko, wpuść mnie, babuniu.
— Naciśnij klamkę — powiedziała staruszka, — jestem skacowana, słaba i nie mogę wstać, bo mam helikopter we łbie.
Pali-kot wszedł; nie mówiąc słowa, zbliżył się do starej lewcy i połknął ją. Potem ubrał się w jej odzież i w czapkę budionnówkę, legł w łóżku i zasunął firanki.
Tymczasem Stuleyka biegała za ziołem i dopiero, gdy zebrała go tyle, że ledwo unieść mogła, przypomniała sobie o babce i poszła prędko do niej. Zdziwiło ją bardzo, że zastała drzwi otwarte, gdy zaś weszła, zrobiło jej się jakoś nieswojo.
Pomyślała; „Jakże tu jakoś straszno dzisiaj, chociaż zawsze było mi bardzo wesoło u babuni”. Śmierdzi ziołem, alpagą oraz słychać pedalską muzę.
— Dzień dobry babuniu! — zawołała Stuleyka, ale nikt nie odpowiedział.
Podeszła do łóżka, rozsunęła firanki i zobaczyła, że babunia leży, z czapką  wsuniętą głęboko na twarz. Wyglądała jakoś bardzo dziwnie.
— Babuniu! — powiedziała dziewczynka. — Jakież ty masz wielkie uszy!?
— Bym cię lepiej słyszała, co twoja ciotka kazała mi przekazać, — odparł pali-kot, udając babunię.
— A jakie ogromne oczy!?
— Bym cię lepiej widziała i byś nie mogła mi się schować.
— A jakie ogromne ręce!?
— Bym cię mogła lepiej schwytać i tobą sterować.
— A jaką ogromną paszczę!?
— Bym ci mogła więcej nagadać i nabajdurzyć.
— A jakie wielkie zęby!? A dlaczego ty w ogóle masz zęby babciu Krasnoarmiejko???
— A mam, ale to są sztuczne... Mam, by nikt nie pomylił mojej gęby z tyłkiem...
Rzekłszy to, wyskoczył pali-kot z łóżka i połknął biedną Stuleykę.
Nasyciwszy się kobietami, pali-kot spalił zioło, zeżarł pizzę z Biedronki, wypił tanie winko, położył się z powrotem i zaczął głośno chrapać orz puszczać bąki.
Niezadługo zjawił się pod domem gajowy Bul-Nadzieja i pomyślał; „Coś za głośno chrapie dziś staruszka. Może mocnej się zaprawiła wczoraj? Muszę zobaczyć, czy nie ma delirki”. Wszedł i zbliżywszy się do łóżka, poczuł zapach alpagi oraz zioła.
— Tuś mi stary łotrze! — zawołał gajowy widząc pali-kota w stroju babci. — Dawno cię szukam!
Powiedziawszy to, chciał już wziąć na cel pali-kota, ale wpadło mu do głowy, że może pożarł on Krasnoarmiejkę i że może da się ją jeszcze ocalić. Nie strzelił więc, ale rozpruł nożyczkami brzuch śpiącego zwierzęcia, niczym Zbój Rostowskój domowe budżety Polaków. Po kilku cięciach ujrzał babkę Krasnoarmiejkę, a gdy uczynił jeszcze kilka cięć, wyskoczyła Stuleyka i zawołała: — Ach, jakem się przelękła! Jakże ciemno było w brzuchu Pali-kota! Uratowałeś mnię w ostatneij chwili - już prawie mijałam dwunastnicę...
Także i babka wyszła żywa jeszcze, ale strasznie zdyszana, bo w mieszance pizzy i alpagi sporo czasu pływała.
Tymczasem Stuleyka przyniosła prędko kilka tomów akt oraz oskarżeń i wypełniono nimi brzuch pali-kota.  Ten zerwał się, chciał uciekać, ale akta i oskarżenia były tak ciężkie, że padł na ziemię i miał niestrawności.
Wszyscy troje radowali się bardzo. Gajowy ściągnął z Pali-kota skórę i poszedł z nią do Pałacu, bo właśnie Aniadziadzia na obiad wołała. Babunia zaś zjadła kawałek podgardla  Pali-kota, popiła krwią z aorty i wyzdrowiała.
A Stuleyka pomyślała sobie: „Póki życia, nie zejdę już z drogi wytyczonej przez ciotkę Platformenię i nie dam się przekabacić żadnemu Pali-kotowi .”
Po czym żyła długo i szczęśliwie, dopóki jej jakiś ciućma drzwi od mieszkania nie wymalował... ale to inna bajka.

sobota, 12 maja 2012

Reprezentacja PO-lski.


Jedyna słuszna władza skompletowała kopaczy (jakoś nie znalazło się tam miejsce dla p. Ewy Kopacz) na wiekopomną imprezę UEFA EURO 2012.
Wielbiciel i wspieracz Bronisława Bula-Komorowskiego – trener bez matury Franciszek Smuda wybrał odpowiednich ludzi i teraz drżyjcie narody i kibice!
„Tryndy“ panujące w PO dały znać o sobie też w przypadku krajowej piłki nożnej.
Internacjonalizm Panie...
Tam „Polacy“: Godson i jeszcze jeden murzyn w sejmie – tu Polanski i Perquis na boisku.
Internacjonalizm!
Wielkie tradycje myśli Róży Luksemburg i KPP, o które tak dba redaktor „Gazetki BezNapletka“ – Adam MIchnik, za sprawą „trenera“ Smudy zostały wprowadzone w życie.
„Nie ma państw, nie ma podziałów – są ludzie. Ludzie zwiazani celem i welką ideą internacjonalistycznego, socjalistycznego świata...“

Jako niemiecki obywatel, ów Smuda z wielką chęcią zaprosił do gry w reprezentacji – rodków, piłkarzy którzy niegdyś gdzieś około miejsca gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę mięli Polskę, a dziś odkryli, że Polakami jednak mogą ostatecznie zostać.
Tylko na jeden turniej, ale zawsze.
I tak pojawili się: Boenisch, Polanski, Matuszczyk. Wsparli ich „polacy z trzeciej ręki“ Perquis i Obraniak – Francuzi podejtrzewani o to, że niegdyś ich przodkowie widzieli Polaka!
To trzon reprezentacji.
Reprezentacji opartej o wielką ideę internacjonalizmu i kosmopolityzmu.
Dziwi tylko, że tak mało egzotyki w naszej kadrze.
Można by popatrzeć w innych ligach. Np. w Boliwii czy Burundi.
Istnieje prawdopodobieństwo, że mieszkają tam piłkarze, którzy posiadają związki z Polską, na przykład poprzez przodka, który zjadł kiedyś polskiego misjonarza.

Ciekawi  mnie bardzo w jakim języku porozumiewa się nasza kadra.
Większość z w/w gwiazd nie posługuje się językim kraju, który mają reprezentować.
Na przykład, jeżeli Perquis po polsku umie tylko „bigos“ i „pij do dna“, to nie wystarczy aby w trakcie meczu kierować defensywą.
Jeśli Polanski wzorem starej okupacyjnej przypowieści mówi „szloik“ zarówno na „człowieka“, „słoik“ czy „słowika“ to nie można wyzbyć się podejrzeń, że w końcu w ważnym momencie nie zostanie zrozumiany przez nielicznych Polaków na boisku.

Mam takie dziwne przyzwyczajenie, bo uważam że w moim kraju dominującym powinien być język ojczysty. Powinni nim posługiwać się zarówno zwykli obywatele, a przede wszystkim ludzie wybierani jako reprezentanci narodu.
Dotyczy to tak posłów, władzy jak i właśnie piłkarzy, siatkarzy, koszykarzy...itd. itp.
Dlatego jest wstydem a nawet „megaobciachem“, gdy poseł Godson oraz ten drugi murzyn z PO kaleczą polką mowę. Gdy Tomasz Tomczykiewicz dokonuje słownej ekwilibrystyki, by ktoś zrozumiał o co mu chodzi.
Tak samo wstydem, a nawet „gigaobciachem“ jest, że reprezentant Polski w piłce nożnej nie umie mówić w języku polskim!

Trener bez matury Franz Smuda poszedł na łatwiznę. Zamiast zająć się mozolną selekcją młodych piłkarzy z naszej ligi, wolał jechać do Niemiec, popić dobrego piwka, zjeść wurst z kohlem i beknąć z przejedzenia a następnie przeczytać w gazecie kto to grał ostatnio dobrze i zadzwonić do niego z propozycją zostania Polakiem.
I tak przez ostatnie trzy lata.
Polityka Smudy (a właściwie jej całkowity brak) już szybko wyda owoce.
Jeszcze tylko trzy mecze na Euro i  „..cały misterny plan w pi..u!“ – jak mawiał klasyk.
Nikt z „polaków“ Smudy nie zagra już więcej w kadrze.
Nie dlatego, że nie będzie dla nich miejsca – po prostu nie będą już tym zainteresowani.
Bo po co męczyć się w jakiejś, sklasyfikowanej na 66. Miejscu w rankingu FIFA ekipie, skoro nie można tam się wylansować i nie ma pewności zaistnieć w finałach znaczącej imprezy.
Minie UEFA EURO 2012, przyjdzie trudny czas eliminacji do MŚ... to już nie będzie opłacalne.
Osobiście, mimo wielkiej miłości do piłki nożnej kibicować reprezentacji Polski nie będę.
Niemców nie lubię a i do Francuzów miłością specjalną nie pałam.
Jeżeli będę odczuwał taką potrzebę, to zawsze są Ukraińcy (gdzie wszyscy mówią w języku ojczystym i pochodzą ze swojego kraju) lub np. Czesi.

Jakoś tak się dziwnie składa, że wszystko, co jedyna słuszna władza uznaje za warte nazwania autorytetem i wysokiego lotu, okazuje się w rzeczywistości niedoedukowanym i miernym.
Nie inaczej jest z trenerem Franzem Smudą, który za poparcie Komorowskiego uzyskał tytuł autorytetu. W rzeczywistości nie mogący zdać matury czy też ukończyć szkoły średniej Franciszek, nagle kończy szkołę trenerską w Kolonii (???!!).
Czy to cud czy jakieś fałszerstwo?
 Nie jest to wprawdzie najwybitniejszy autorytet PO, bo daleko mu do absolwenta szkoły średniej, nazywanego dla jaj „profesorem“ - Bartoszewskiego Władysława lub „cienkiego“ maturzysty Żółw-Mazowieckiego.
Jak widać, władzy wystarczy byle jakie wykształcenie, by stać się postacią sztandarową. Duże szanse u Tuska & Co. miałby Pan Kononowicz, (mający takie wykształcenie jak np. Wałęsa) ale ten wybrał własną drogę polityczną.
Jakieś to wszystko takie kurde sztuczne i plastikowo-podróbkowe...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Jeden, dwa, trzy – sprintem po njusach (5)

--------------

Czy premier zmieni obiekt kibicowskiej miłości

"Nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz nigdy kibicem Lechii!" - taki transparent z podobizną premiera Donalda Tuska wywiesili fani Lechii Gdańsk podczas meczu z Cracovią na inaugurację PGE Areny w Gdańsk.
Ból straszny i przykrość wyrządzili tym samym człowiekowi, który z tak wielką radością i nieukrywanym sadystycznym zawzięciem zamykał jeszcze niedawno stadiony w Polsce i obrażał kibiców.
Można napisać - brak wdzięczności ze strony fanów dotknął premiera w najczulszy punkt. Czyżby jedynym miejscem gdzie jeszcze nie gwiżdże się i nie wywiesza transparentów antytuskowych pozostawały „Orliki”?
Oczywiście, że nie.
Nawet tam trafiają się ekscesy w postaci nieprzychylnych bannerów.
Jedynym ratunkiem dla Donalda Tuska jest kibicowanie drużynie w miejscu, gdzie mimo ogólnokibicowskiego spadku popularności premiera, nic nie jest w stanie zachwiać jego pozycji.
Tylko tam gdzie „twardy elektorat” platformy i Donalda Tuska rządzi na stadionach.
Ale gdzie ich szukać?
Rzecz jasna w Zakładach Karnych!
W ostatnich wyborach partia rządząca pod świetlanym przywództwem premiera, w więzieniach zdobyła poparcie na poziomie ponad 90%!
Zatem Wronki, Sztum, Nowy Wiśnicz, Goleniów, Brzeg itd. czekają na honorowego kibica.
Istnieją przecież wewnętrzne rozgrywki międzyzakładowe ośrodków penitencjarnych.

Gdyby głupota umiała latać...

"Jarosław Kaczyński zwołał na dziś konferencję STOP BENZYNIE PO 6 ZŁ! Przecież ten człowiek nigdy nie trzymał rękojeści dystrybutora w ręce!
Nie ma prawa jazdy, samochodu. Całe życie na państwowym wikcie samochodowym (...)
- czytamy na stronie Ruchu Palikota. Ma to być niby odezwa, niby apel połączone z niby dowcipem.
Jak zresztą zawsze RPP trafił kulą w płot, czyli spieprzył co to miał niby obśmiać.
Aby śmieszyć trzeba posiadać choć gram inteligencji i tegoż humoru poczucia.
Trzeba być też posiadaczem niezwykle cennej umiejętność logicznego myślenia, co w przypadku krytyki czyjegoś postępowania jest wręcz niezbędne.
Co ma zatem posiadanie prawa jazdy czy trzymanie lub nietrzymanie rękojeści dystrybutora do niezadowolenia z wyżyłowanych cen za benzynę?
Nic.
Wszystkim inteligentnym inaczej propagandzistom Ruchu Palikota polecam mimo wszystko iść dalej tą linią. Będzie się z kogo ponabijać.
Do wykorzystania i obśmiania pozostaje szczególnie wystąpienie Palikota w sprawie wycofania wojsk z Afganistanu (co ten Palikot pi..przy, przecież w wojsku nie był, wozem opancerzonym po pustyni nie jeździł?!), oraz jego krytyka systemu emerytalnego (również Palikot pi..przy, przecież emerytem też nie był?!).
Tak lubiany niegdyś dr Strosmajer z czeskiego tasiemca „Szpital na peryferiach”, raczył w którymś odcinku powiedzieć do jednej z pielęgniarek: „Gdyby głupota umiała latać, fruwała by Pani jak gołębica (...)”.
Oj, gdyby głupota umiała latać, to Ruch Poparcia Palikota zakłócił by nam w sposób krytyczny ruch powietrzny w kraju.


Oh, my god.... cейчас я министр России?

Niezrównany cenzor Internetu i niestrudzony bojownik o dobre imię własne Sikorski Radosław (ksywa Radek), podzielił się z czytelnikami stron Onetu.pl informacją o własnej próbie wywierania nacisku na Śp. Lecha Kaczyńskiego w kwestii jego wizyty w Rosji, w 2010 roku.
„Publicznie prosiłem prezydenta Kaczyńskiego, aby jechał do Charkowa i Miednoje. Wiem, że podobnie argumentowali niektórzy jego współpracownicy. Szkoda, że nie usłuchał(...)
Nie posłuchał i zginął w wypadku lotniczym.
To pamiętamy.
Czy zatem jego „prośba” wyrażona publicznie w programie Tomasza Lisa, była tylko prośbą?
Dziwnie nasuwa się na usta słowo „ultimatum”.
Dziś wiemy, że program wizyty polskiej delegacji w Rosji (w 2010 roku) Sikorski z Tuskiem szykowali już w 2009 roku. Rzecz jasna w ścisłym porozumieniu ze stroną rosyjską, w tym z Putinem i Miedwiediewem, natomiast bez porozumienia z Głową naszego Państwa.
Tak się chłopaki zaangażowali w te przygotowania, że zapomnieli o wszystkim na bieżąco informować Prezydenta Polski.
Szczególnie szef MSZ miał pełne ręce roboty, do tego stopnia że mu się, być może nawet z przemęczenia prezydenci pomylili.
Ustalał z ruskim, to co powinien wpierw z Prezydentem Polski ustalić.
Taki człowiek zarobiony....że już nie wie u kogo teraz robi.

niedziela, 3 lipca 2011

Ogólnopaństwowy orgazm narodowy.

Mieszkanka San Francisco o pseudonimie Kitty Kat, wpisała się do księgi Guisnessa, po tym jak przez 7 godzin i 6 minut przeżywała orgazm.
W minioną sobotę rekord ten (wprawdzie zbiorowo, ale w cuglach) pobiła nasza obecna władza wraz z gromadą medialnych klakierów oraz lokalnymi hunwejbinami.
Blisko 24 godziny trwał „ogólnopaństwowy orgazm narodowy” w prasie, radiu i telewizji.
Wszystko za sprawą polskiej prezydencji w UE.
Ludziom spod znaku platformianej Polski , tej z grymasem uśmiechu od Wrocławia do Lublina wystarczy, jak widać, tylko napomnieć o zjednoczonej europie, a natychmiast szczytują.
Co dopiero gdy wypowiada się formułkę „Polska Prezydencja w UE”.
Trwa wtedy nieustający orgazm.
Jest to swoiste perpetum mobile, gdyż władza nakręca się i szczytuje wobec entuzjastycznych programów w radiu i telewizji, a media z kolei szczytują napawając się wypowiedziami polityków.
Wystarczy tylko jak mantrę powtarzać „Polskie przewodnictwo w Unii Europejskiej” oraz pokazywać kółko z gwiazdek i jak widać dwudziestoczterogodzinny orgazm zapewniony.

Cóż takiego szczególnego jest w owym przewodnictwie i co utrzymuje w uniesieniu przez tak długi okres czasu owych osobników?
Odpowiedź jest prosta – NIC.
Władza z braku spektakularnych sukcesów, przyznawane „z listy” przewodnictwo w unii, stara się przedstawić jako skutek własnych starań, bądź nagrodę za zasługi.
Najgorsze jest to, że część społeczeństwo w to uwierzyła i radowała się jak cygańskie dzieci z pogrzebacza i fajerki.
Siermiężna radość z faktu, który nie ma żadnego, ale to ŻADNEGO znaczenia praktycznego dla Polski, rozpoczęła się od nocnej wizyty jakichś eurozapaleńców u Bula-Komorowskiego w pałacu i wyświetlenie mu rzutnikiem na murze „płotu Pawlaka” czyli (okropnego) logo prezydencji.
Później było też nieźle.
Nocny festyn pod Pałacem Kultury i Nauki (im. Józefa Stalina) i wielkie gwiazdy z kraju i ze świata.
Występowali: Możdzer, Myslovitz, Stańsko oraz Michale Bolton, Angie Stone i wielu innych....
Całość „wyreżyserowali” za grubą kaskę pieszczochy tuskowej władzy – Materna i Wojewódzki.
Choćby ten fakt nie wystawia Polsce najlepszej oceny.
Oj, zaczynamy z „niskiego C” .
Niedouk i rasista-urynolub - duet na miarę Polskiej prezydencji.
Duet na miarę prezydencji w wykonaniu rządu PO.

Kosztowna impreza.
Ale na biednego nie trafiło.
Jeżeli chodzi o PR i propagandę władza nie oszczędza.
Co innego obywatele, ci oszczędzać muszą.

Podobno na przewodnictwie Polska ma zyskać – tak obiecuje premier i reszta jego trupy.
Póki co, dokładamy (choćby ten żałosny festyn) i zapewne dokładać będziemy.
Na obiecywane zyski nie ma co liczyć, gdyż nie pierwszy to już raz premier obiecuje nam złote góry lub Irlandię.
Co pozostaje?
Dalej pobudzać się i bić rekordy w ogólnopaństwowym orgazmie narodowym.
Może wpiszą nas do księgi Guinessa.
I to będzie ten sukces Polskiej Prezydencji.

sobota, 4 czerwca 2011

Dragan Mihajlo Sotirović (1913-1987)

Piątego czerwca (według innych źródeł 6.VI) mijają 24 lata od śmierci człowieka wyjątkowego. Wyjątkowego i niepowtarzalnego, jak jego życie i historia.
Człowieka bohaterskiego i niezłomnego, odważnego i prawego.

Dragan Mihajlo Sotirović
Ps. Draża, X, Michał (ur. 5 maja 1913) – serbski czetnik, kapitan armii jugosłowiańskiej, Serb wyznania prawosławnego, dowódca polskiego oddziału partyzanckiego Armii Krajowej, kawaler orderu Virtuti Militari V klasy.
Od 1934 służył w armii jugosłowiańskiej. W 1940 studiował na Wyższej Szkole Wojennej. W stopniu kapitana w 1940 walczył z Niemcami.
Do 1942 był drugim szefem sztabu oraz adiutantem gen. Dragoljuba Mihajlowicia. Został wzięty do niewoli w Jugosławii, przebywał wraz z innymi oficerami jugosłowiańskimi w obozie jenieckim nr 325 w Rawie Ruskiej, a później w Stryju.
Symulując chorobę (zapalenie wyrostka robaczkowego), został przeniesiony do szpitala, z którego uciekł 13 stycznia 1944. Skontaktował się z polskim ruchem oporu, który tymczasowo skierował go na przechowanie do Zubrzy pod Lwowem.
Po sprawdzeniu tożsamości (jego brat był pracownikiem ambasady jugosłowiańskiej w Londynie), został skierowany pod koniec marca do tworzonych właśnie oddziałów leśnych Okręgu Lwów AK. Został zastępcą dowódcy 14 pułku ułanów – por. Andrzeja Chołoniewskiego ("Korczak", "Ładyga").

Brał udział w pacyfikacji ukraińskiej wsi oraz likwidacji kwatery UPA we wsi Szołomyja. Dowodził oddziałami 14 pułku podczas wyzwalania Lwowa w czasie akcji Burza – atakując główną linię obrony niemieckiej na wschód od miasta. Za zasługi w czasie akcji został odznaczony 27 lipca 1944 przez gen. Władysława Filipkowskiego orderem Virtuti Militari.

31 lipca 1944 został aresztowany przez NKWD, zbiegł wraz z innymi oficerami Okręgu Lwów AK. Dowodzone przez niego oddziały w sierpniu 1944 wycofały się na lewy brzeg Sanu, wchodząc w skład Zgrupowania Warta, w którym "Draża" objął dowództwo kompanii D-14 w batalionie D. Jedna z jego kwater mieściła się w Lalinie. 5 marca 1945 został przypadkowo aresztowany przez NKWD pod Dynowem.
W czasie próby ucieczki wyskoczył z drugiego piętra łamiąc kości stopy. Nierozpoznany (podawał się za oficera francuskiego nazwiskiem Jacques Roman, powracającego z obozu w Odessie), został odwieziony do szpitala w Rzeszowie, skąd został uwolniony przez organizację "NIE".

Na przełomie kwietnia i maja 1945 dołączył ponownie do oddziału.
Jego oddział współdziałał z SOO NSZ, której dowódcą był Antoni Żubryd oraz lokalną Samoobroną antyukraińską z Grabówki, której dowódcą był Mieczysław Bielec ps. "Bystry".
Jego oddział brał udział w walkach z UPA, a on sam doprowadził 29 maja 1945 do podpisania w Siedliskach zawieszenia broni pomiędzy UPA i polskimi oddziałami partyzanckimi, uznającego Sowietów za wspólnego wroga. Do zawarcia formalnego, trwałego porozumienia jednak nie doszło, ale zmniejszyło ono cierpienia polskiej i ukraińskiej ludności cywilnej.

W czasie służby w AK został awansowany do stopnia majora.
Ostatnią akcją jego oddziału był atak 25 czerwca na tabory sowieckie koło Domaradza.
Ukrywał się na Dolnym Śląsku, zastał nawet prezydentem miasta Marklissa ob. Leśna. W jego biurze pracowały łączniczki natomiast Józef Szajda "Belabes" był komendantem milicji w tym mieście. W czasie transportów UNRRA i przesiedlania Niemców, wykorzystując okazję, załadował swoich ludzi do pociągu i wyjechał na Zachód do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech, a następnie do Francji. Zamieszkał w Monaco, gdzie żył na emigracji pod zmienionym nazwiskiem Jacques Roman. Zmarł nagle podczas corocznej pielgrzymki na górę Athos.

(życiorys Dragana Mihajlo Sotirovica – za Wikipedią)

Warto wspomnieć, że kilka dni później – 8. Czerwca mija rocznica 64 śmierci innego Czetnika - Jezdimira Dangica, zamordowanego przez komunistycznych partyzantów Tito.
Jezdimir Dangić był bośniackim Serbem, dowódcą czetnickim w Bośni. Dosłużył się stopnia majora. Brał udział w walkach z hitlerowcami, komunistami oraz chorwackimi Ustaszami. Schwytany przez Niemców 11. Kwietnia 1942 roku we wsi Rogatnica, został przetransportowany do obozu w Generalnej Guberni. W połowie 1944 roku, udało mu się zbiec z niewoli i dołączyć do polskiego ruchu oporu.
Dangić wziął udział w Powstaniu Warszawskim, podczas którego wsławił się wielką odwagą i poświęceniem.
Z powstania wyszedł wraz z resztą niedobitków, lecz niestety został schwytany przez wojska sowieckie. W więzieniu w Moskwie przesiedział dwa lata, aż w 1947 roku przekazano go władzom komunistycznym w Jugosławii. W tym samym roku odbył się w Sarajewie sfingowany proces Dangica, podczas którego skazano go na karę śmierci.
Wyrok wykonano 8. Czerwca 1947 roku.

czwartek, 16 grudnia 2010

Miałem sen, piękny sen....

Jakoś tak dziwnie podziałała na mnie informacja o zamieszkach w Grecji, że przewracałem się w łóżku z boku na bok i nijak zasnąć nie mogłem.
Wszystkie te wiadomości poparte obrazami przekazywanymi przez programy informacyjne, pobudziły moją wyobraźnie do stanu niespotykanego do tej pory.
Zadziwiające, że właśnie przekaz o wojnie ulicznej w Grecji zrobił na mnie tak wielkie wrażenie.
Gaz na ulicach, kamienie, płonące samochody, ranni demonstranci, policjanci i politycy... to wszystko nie dało zasnąć.
Rewolucja!
O, do czego doprowadzić może nieodpowiedzialność polityków, zła władza i zdesperowani ludzie.
Kraj zlany bratnią krwią.

W końcu koło czwartej nad ranem poczułem, że zapadam się miękkie objęcia Morfeusza.
Nie trwało to jednak długo.
Nie wiedzieć dlaczego jakiś dziwny impuls spowodował, że nagle szeroko otworzyłem oczy.
O śnie nie było już mowy.
Usiadłem na łóżku i odruchowo spojrzałem w okno.
Był już dzień.
Drugi rzut oka, tym razem na budzik sprawił, że poderwałem się do pionu.
- Cholera 10.00 godzina, do roboty... do roboty...
Jeszcze marsz na balkon, w celu określenia pogody i bieg pod prysznic....
Niestety widok za oknem zatrzymał mnie na dłuższy czas na balkonie.
Zgroza!
Po ulicach pospiesznie przemieszczały się grupy ludzi z biało-czerwonymi flagami.
Płonęły opony.
Pod sąsiednim blokiem ośmiu rosłych mężczyzn z opaskami na rękawach pilnowało kilku policjantów, którzy siedzieli z rękoma za głowami.
W oddali płonął jakiś plakat wyborczy.

- Co do diabła się dzieje?! – pomyślałem.
Czym prędzej wskoczyłem pod prysznic i raz dwa spod niego wyskoczyłem.
Ubierałem się najszybciej jak tylko mogłem.
Z bloku wybiegłem na ulicę i pierwsze kroki skierowałem w kierunku Pałacu Namiestnikowskiego.
Zdawało mi się, że miejsce to jest niejako symboliczne i tam dowiem się najprędzej o co chodzi...

Faktycznie pod Pałacem kłębiły się tłumy.
Słychać było przekrzykujących się trybunów.
- Co jest,... co się stało...?” - spytałem młodego człowieka z biało-czerwoną opaską na ramieniu.
- Panie, jak to co jest? Dość już tego... kraj jest bankrutem, my jesteśmy bankrutami. Rostowski dowalił podatki, dług publiczny przekroczył podwójny stan tragiczny...
Tusk do Peru z żoną sobie pojechał, a Gajowy uciekł na Białoruś z Nałęczem i Jaruzelskim... – po pożyczkę podobno do Łukaszenki się udał.
- Co Pan mówi??? Panie, a policja, wojsko... przecież będzie zadyma...
–
- Coś Pan urwał się z choinki?
To nic Pan nie wiesz? Gdzieś Pan był od rana?
Przecież wojsko przeszło na naszą stronę. Większość policji też... tylko ABW i niedobitki wywiadu z dawnego WSI broniły się, aleśmy ich spalonymi oponami wykurzyli! Siedzą teraz w Cytadeli...

Podziękowałem rozmówcy i pomyślałem, że wiele na temat rewolty dowiem się na Wiejskiej.
Już sto-dwieście metrów przed Sejmem poczułem gryzący dym w oczach.
To opony i inne demonstracyjne kopcie dopalały się ślicznie.
Pod samym gmachem trwał spektakl.
Tłum demonstrantów i patriotycznych oddziałów wojska używał sobie na znienawidzonych przedstawicielach partii rządzącej.
Nie wszystkim udało się uciec lub schować.
Od młodego człowieka z Gwardii Narodowej dowiedziałem się, że np. Niesiołowskiego wyciągnęli z kibelka sejmowego, gdzie próbował ukryć się w szafce na papier toaletowy.
Jeszcze do niedawna butny i bezczelny, wisiał teraz podwieszony na sznurze pod latarnię przed Sejmem z przyklejonym czerwonym nosem z tabliczką „Pociągnij za sznur a pajac pomacha łapami”.
Łkał przy tym niemiłosiernie.
Przy słupku parkingowym przywiązany do barierki stał Schetyna z wymalowanym szminką na czole hasłem: „Kradłem dla Rycha”. Co chwila na jego łysinie lądował ogryzek bądź grudka ziemi.
- Panie, za babę się przebrał! Aleśmy go z kolegą wypatrzyli... no nie ma takich paskudnych bab... – roześmiał się kolejny rozmówca, który w skrócie przedstawił historię pojmania marszałka sejmu.

Na wysokości dawnego salonu wydawniczego Iskier, grupa młodych ludzi pastwiła się nad Grasiem.
Podszedłem tam na chwilę.
Biedak-rzecznik zamiatał ulicę, a raczej starał się zamiatać wśród gwizdów i łajań.
Miał na sobie fartuch, a na głowie brudną ścierkę.
Na plecach wymalowano mu białą farbą: „Cieciujesz dla szwaba, pocieciuj też dla Polaków”.
Dalej jeszcze Klich próbował robić „pompki” czym wywoływał salwy śmiechu wśród pilnujących go żołnierzy.
Tłum zbrojny z pałki, kamienie i petardy wzmocniony przez kilka wozów bojowych powoli przemieszcza się w kierunku URMU.
Dołączyłem do nich.

Gmach Urzędu Rady Ministrów został wzięty z marszu. Właściwie nie było komu stawiać tam oporu, gdyż ochrona uciekła, a urzędnicy nawiali do Peru wraz z Panem Premierem.
Po pół godziny przeszukiwania gmachu, z pojemnika z odpadkami spożywczymi wyciągnięto ministra Arabskiego.
Gdyby nie ketchup i resztki musztardy na twarzy, trudno byłoby tę twarz w ogóle zobaczyć, bo blady był ze strachu, że aż przezroczysty.
- Na biurko go i przez okno... zobaczymy ja daleko zaleci.... – zaproponował ktoś z tłumu.
- Dawać go! Dysponował samolotami, to niech teraz się wykaże...! – dodał ktoś inny.

Na parterze napotkaliśmy grupę demonstrantów ze Śródmieścia. Przynieśli najświeższe informacje z frontu.
- Ludzie, Gronkiewiczowa złapana! Capnęli ją koło NIKu. Chciała się przedostać do ambasady Izraela... Pejsy sobie i brodę przykleiła, ale poznaliśmy ją. Szła w zaparte, że jest atache kulturalnym ambasady i nazywa się Gronkberg... to bezczelna baba!
- Gdzie ją macie?
– spytał ktoś rządny odwetu na prezydentowej Warszawy.
- Odśnieża jezdnie na Bankowym! Do wieczora ma oczyścić trasę aż do MDMu...

Gdy doszedłem pod Belweder, spektakl trwający tam właśnie się kończył.
Niedobitki doradców Komorowskiego, ci którym nie dane było uciec na Białoruś, wśród wymierzanych kopniaków w tyłek czmychały czym prędzej z pałacu.
Ostatni kuśtykał Osiatyński ze spodniami w garści i zapłakaną twarzą.
Przy wartowniczych budkach zauważyłem centrum prasowe.
Dwóch młodych ludzi rozdawało biuletyny drukowane naprędce.
Okazało się, że Komorowski przedostał się do Rosji i tam poprosił o azyl polityczny.
Ponoć Miedwiediem miał opory, ale przekonał go Jaruzelski.
Niestety na razie brak jakichkolwiek wieści o Tusku.

Wraz z liczną grupą 30-40 osób udałem się teraz opodal, pod ambasadę Federacji Rosyjskiej. Widok, który tam ukazał się naszym oczom jednocześnie wzburzył nas ale i rozśmieszył.
Za płotem, na terenie przylegających do ambasady aż kłębiło się od członków PO.
Ściśnięci jak sardynki w puszce czekali na ratunek i wybawienie. Ktoś dowiedział się, że ma ich przyjąć jakiś dyrektor gabinetu i pomóc w wystawieniu wiz rosyjskich.
- Dupy tłuszczem wam obrosły, wypieprzajcie stad do Moskwy – skandował tłum, wbijając wzrok w bladych ze strachu peowców.
Dyrektor gabinetu ciągle nie pojawiał się...

W tym samym czasie pod tłum demonstrantów podjechał wojskowy gazik.
- Panowie, ubaw jest na Czerskiej! Michnik się kaja, Pacewicz po rękach ludzi całuje i prosi o wybaczenie... jaja jak berety - jednym tchem wyrecytował młody oficer z opaską w barwach narodowych na ramieniu, który wychylił się z auta.
- W gacie narobili, gdy zobaczyli wóz bojowy pod Agorą.... jak karaluchy wypełzali z budynku i na kolanach przepraszali...
- Jąkała zanim powiedział za co przeprasza i wyznał winy, to z pół godziny trwało... On się nawet przyznał, że był TW Albinem , ale ludzie go olali, i to dosłownie...olali.
Teraz to już po wszystkim... towarzystwo całe pouciekało. Część z nich przebija się do ambasady Izraela, część do ruskiej, a kilku nawet do peruwiańskiej... to ci co bardziej Tuska kochają....

Dzień powoli kończył się.
Wracałem do domu, pełnymi ludzi ulicami. Nastrój, mimo ogólnie złej atmosfery panującej w kraju, był szczególny.
Wyczuwało się nutę optymizmu i radości.
Co będzie?
Wszystko jedno, gorzej niż za Tuska już być nie może.
Jeszcze gdzieniegdzie widziało się zapędzonych do prac porządkowych sługusów „Słońca Peru” machających łopatami w takt wydawanych komend.

Miło było bardzo....

wtorek, 7 grudnia 2010

Czarna rozpacz.

W sejmowych ławach poselskich zasiądzie pierwszy Murzyn.
Jest nim pochodzący z Nigerii John Godson, od niedawna Polak.
Rzecz jasna, reprezentować on będzie przewodnią siłę narodu, czyli Platformę Obywatelską.

Co wie o Polsce, Polakach i zawiłościach natury polskiej John Godson?
Raczej nic.
Przynajmniej się tym nie chwali.
Przyjechał do Polski w 1993 roku i od tamtego czasu kręci różne biznesy, a to jako wykładowca, a to jako właściciel szkoły językowej, a to jako radny.
Wszystko pod egidą jedynie słusznej siły, ku czci i chwały wielkiego „słońca Peru”.

O dziwo, John Godson, mimo że jest czarnoskórym i kompletnie nie znającym natury polskiej osobnikiem – idealnie oddaje profil mentalny i osobowościowy członka PO.

- Zero wiedzy o kraju, jego historii.
- Raczej nie państwowiec, a biznesmen
(wśród białych w PO mile widziany były cińciarz)
- Gorący orędownik wprowadzania „nowych wartości” w miejsce tradycji i Polskiej kultury.

Do tej pory John Godson zasłynął jedynie z protestu, jaki wystosował do posła PiS Ryszarda Czarneckiego, w którym zarzucił jemu oraz całemu Prawu i Sprawiedliwości „działania, które graniczą z faszyzmem” (sic!)
Poszło o stwierdzenie "Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść", którego użył Czarnecki w swoim wpisie nt. Danuty Huebner i jej relacjom z PO.

Już dziś gratuluję Platformie Obywatelskiej błyskotliwego posła, znającego się na poprawności politycznej lecz kompletnie nie znającego niuansów języka polskiego oraz tradycji przysłów i powiedzeń.

Czy z okazji czyjegoś widzimisię, mamy zmieniać obyczaje i zachowania?
Może lepiej zmienić posła, który dopiero po jakimś przyspieszonym kursie mógłby „pójść do ludzi” na Wiejskiej.

Niestety John Godson jest i być musi posłem. Stanowi on bowiem maskotkę Platformy Obywatelskiej, przykład na poszanowanie internacjonalistycznych wartości tej partii.
Taki "nasz misio-perełka" z PO.

Tak jak w TVN bryluje niejaka Mensah czy inna Kazadi, tylko dlatego że mają czarny kolor skóry, tak z identycznych pobudek Godson będzie posłem PO.
W końcu przykład idzie z góry, „od przyjaciół z TVN”.

P.S> Jeszcze jedno łączące Godsona z wzorcowym peowcem. Brak kompletny wiedzy o tym, o czym mówi. Jestem ciekaw, co według Godsona ma faszyzm do polskiego przysłowia o „murzynie”?

poniedziałek, 23 marca 2009

Kolejny eurowyborczy hit Platformy!

Jak podają źródła zbliżone do elit rządowych. Platforma Obywatelska ma dla swoich sympatyków kolejną „bombę”.

Powszechnie wiadomo, że kompletowana jest lista kandydatów z ramienia PO do Europejskiego Parlamentu. Kierownictwo Partii namawia wszystkich, którym bliska jest idea liberalizmu i wolności gospodarczej do zasilenia szeregów grupy kandydackiej.

W ten sposób z list Platformy Obywatelskiej o mandat europosła ubiegać się będą szczególnie ideowo związani z Partią eurofachowcy, tacy jak: Paweł Zalewski, Danuta Huebner, Marian Krzaklewski i wielu, wielu innych.

Do tej pory największym hitem, czy jak kto woli przebojem było umiejętne „podkupienie” eseldowcom sympatycznej Pani Danusi oraz namówienie na start w eurowyborach „pięknego Maryjana”. Niczym to jednak jest przy kolejnej szykowanej bombie!

Podobno, po osobistym spotkaniu i nocnej dyskusji z Donaldem Tuskiem na start w eurowyborach z ramienia PO zgodził się słynny Krzysztof Kononowicz (hasłem przewodnim spotkania Tusk-Kononowicz było „Ja prawie Prezydent – Ty prawie Prezydent”).
















Do szczególnych zabiegów o osobę byłego kandydata na Prezydenta RP, włodarzy Platformy skłoniły jasne i czyste intencje Kononowicza oraz bliskie sercom liberałów hasło „Żeby nie było niczego”.

W końcu tego pragnie zarówno Platforma Obywatelska jak i wszyscy popierani przez nią kandydaci.

(DUPO – Dział Usług Propagandy Obywatelskiej)


P.S. Z ostatniej chwili!

Przybył nowy kandydat (a właściwie kandydatka). Wielka miłośniczka Pana Premiera i całej Platformy Obywatelskiej Jolanta Rutowicz zgodziła się oddać swoją sympatyczną osobę do dyspozycji partii i kandydować w wyborach do europarlamentu.


Na szczęście w kraju pozostaje Zbigniew Chlebowski, nie będzie więc żalu pozbywać się z kraju osoby o tak wielkim intelekcie.

niedziela, 25 stycznia 2009

Wojna Polsko – Żydokomunistyczna

Jesteśmy w sanie wojny. Wojny wypowiedzianej Polsce i Polakom przez żydokomunę. Po prowokacjach niejakiego Grossa i wielu pomniejszych ekscesach, żydosowieci przekroczyli granicę. Przekroczyli granicę bezczelności i chamstwa.
Jak wiadomo, niedawno do kin na całym świecie trafił wyjątkowy antypolski paszkwil i wredny żydokomunistyczny obraz „Opór”.

Wiele już słów i protestów poświęcono tej prowokacji, dlatego nie mam zamiaru pochylać się nad filmem i grzebać w tej gnojówce.
Bardziej istotną kwestią jest to, że była to przemyślana akcja środowisk skomunizowanych żydów, obliczona na wywołanie waśni i uprzedzeń społecznych, spowodowania wzrostu nastrojów antysemickich.

O ile w Europie Zachodniej nikt z widzów zastrzeżeń do głupot oglądanych w filmie nie miał (z racji minimalnej wiedzy o wojnie i znikomego zainteresowania nią), o tyle w Polsce gniew społeczny sięgnął zenitu.
Nie mogło być inaczej, skoro zabiegi reżysera i scenarzysty skierowane były w kierunku totalnego przekłamania historii w sposób wręcz absurdalny. Producenci i mocodawcy filmu dobrze przewidzieli tę reakcję i zapewne na nią liczyli aby udowodnić, że to Polska jest siedliskiem antysemityzmu.


Za sprawą sprawnie działającej agentury, przygotowano uprzednio grunt i pole do walki.
Stojąca na straży każdego żyda-komunisty „Gazeta Wyborcza” odtrąbiła międzynarodowy sukces filmu i „prawdę objawioną” o Bielskich. Wtórowały jej środowiska lewicowe i lewackie.

Cała ta sytuacja przypomina (oczywiście ważąc proporcje) rok 1939.
Hitlerowskie Niemcy, dokonując całej masy prowokacji i fałszerstw, próbowały udowodnić światu, że to Polska jest winna antyniemieckim nastrojom i nieszczęśliwych Niemców prześladuje.

Czerpiąc z dobrych wzorów żydokomuna przystąpiła do walki.
Ówczesna „prowokacja gliwicka” dziś zastąpiona została „prowokacji Grossa” a propagandowe hitlerowskie filmy – superprodukcją „Opór”. Oczywiście wcześniej już próbowano przy pomocy głupawych filmików typu „Ucieczka z Sobiboru” mącić w głowach, ale nie była to akcja na tak wielką skalę.

W kontekście tych działań, tubę propagandy żydokomunitycznej jaką wydaje się być „GW” można przyrównać do gadzinówki „Nowy Kurier Warszawski” (wydawany od X.1939 do I. 1945 r. w Generalnej Guberni, redagowany przez kolaborantów) i przyznać palmę pierwszeństwa w otumanianiu czytelników.

Tyle głupot na temat stosunków Polacy-Żydzi nie napisał nikt inny. Tyle zasług w dziedzinie wzniecania nienawiści między obiema nacjami, również nie ma nikt inny. „Gazeta” przoduje również w temacie fałszów historycznych i kłamstw. Jak przystało na obce, mimo że polskojęzyczne pismo zawsze staje przeciw Polsce, Polakom i Polskości.

Również, jak przystało na żydokomunistyczny organ prasowy, wzorem najwybitniejszych towarzyszy stosuje chętnie relatywizm moralny.
Nie zauważa przy tym tylko, jak wielkiego papierowego głupa robi z siebie i jak następnie z tego głupa papierowego staje się głupem szmatławym.
Przykład?
Kilka miesięcy temu pisałem o bohaterskim generale Bułaku-Bałachowiczu, który tłukł, „co wlezie” sowieckie żołdactwo i wszelkiej maści kolaborantów. Powodem był „artykuł” z „Nowego Kuriera...” (przepraszam) „Gazety Wyborczej” pt. „Odłóżcie ten projekt do szuflady”. W nim niejaki Kowalski (zapewne nazwisko rodzinne przybrano w jego familii po 1945 roku) rozprawia się w imieniu całej redakcji z Generałem i nawołuje bydgoskich radnych do zaniechania pomysłu nadania jego imieniem jednej z ulic miasta. Powód? Niewyjaśnione do dziś oskarżenia o mordy (oczywiście żydów-kolaborantów sowieckich, co autora boli). „...odłóżcie projekt uhonorowania Bałachowicza do szuflady! Jest tyle wspaniałych i jednoznacznie pozytywnych postaci, że nie warto podejmować tak ryzykownej decyzji....” - plecie Kowalski.

Zapewne Tewje Bielski i jego bracia byliby lepszymi kandydatami na patronów ulicy, bo entuzjazm „GW” i jej akcja adaptacja filmowego peanu o zbrodniarzu nie może pójść na marne. Tyle roboty.
A zarzuty o zbrodnie?
Drobiazg, to co w przypadku Bułak-Bałachowicza przeszkadza, w przypadku Bielskiego jest powodem do dumy.
Jedna jeszcze rzecz jest istotna. O ile Generał Bułak-Bałachowicz wraz z Wojskiem Polskim wyzwalał spod komunistycznej, ruskiej niewoli umęczoną Białoruś, o tyle Bielski i jego zbrodniarze wraz z sowieckim okupantem dorzynali polskość na ziemiach wschodnich.
I tyle w tym temacie.
Wojna trwa, brońmy się.

Czy coś przeoczyliśmy w naszych kioskach?


P.S. Żydowski „historyk” Nachama Tec, autor książki o Bielskich oraz współscenarzysta filmu „Opór” okazał się historykiem z krwi, kości i ... macy. Podobnie zresztą jak reżyser Zwick.
Wstawili w filmie niemieckie czołgi, które bandyci od Bielskiego atakują, hitlerowców, na których napadają a na dodatek każą mówić Bielskiemu po rosyjsku itd....
Goebbels by się uśmiał ...!
Na tych terenach w okresie gdy banda Bielskiego grasowała, czołgów niemieckich nikt nie widział, do Niemców nikt z bandytów nie strzelał a Bielski nie znał rosyjskiego....

I tym razem żydokomuna zaczerpnęła szeroką garścią z dokonań propagandowych swoich wielkich poprzedników.
Bielski niczym Bierut z kronik filmowych.
Towarzysz Bierut z sarenką, Towarzysz Bierut tańczy z dziećmi..... dobry i serdeczny człowiek.Uczcie się Kowalski! Tak się robi propagandę. Wykorzystajcie ten model Kowalski przy kolejnej książce-rewelacji o jakimś kolejnym żydokomunistycznym zbrodniarzu. Np. Jaakow Penner - będzie w sam raz.

wtorek, 22 lipca 2008

Wstyd

Okres wakacyjny, z reguły napaja spokojem i luzem. Wczasując myślimy o przyjemnościach tego świata. Z rzadka dopuszczając poważne problemy do swojej wyobraźni, rozkoszujemy się słońcem, ciepłą wodą i urokami przyrody. Gorzej, gdy aura nam nie sprzyja i pogoda robi psikusa. Nastrój sielanki pryska, dyskusje stają się poważniejsze i dogłębniejsze. Jednym słowem wraca codzienność.

Wróciłem z agroturytycznych wczasów w Borach Tucholskich, nie rozpieszczony zbytnio przez pogodę. W żadnym razie jednak, nie uważam jednak urlopu za nieudany. Wypocząłem i naładowałem akumulatory samym czystym, świeżym powietrzem oraz doświadczyłem cudownego, uzdrawiającego dobrodziejstwa obcowania z „Normalnymi Mieszkańcami Polskiej Wsi”. Polecam wszystkim. W dobie „Szkła Kontaktowego” i reszty „ynteligenckiej” papki rodem z TVN oraz półinteligenckiej szmiry Polsatu, obcowanie z ludźmi normalnymi działa kojąco i leczniczo.

Tam, na polskiej wsi wszystko jest prostsze i zgodne z NORMALNYMI zasadami. Łobuz to łobuz, zacny człowiek to zacny człowiek, a ustalone wartości – święte!
Niestety zachłyśnięci konformizmem i serwowaną przez media pokroju „GW” – „demokracją z o.o.” elity wybrały model PRLu z ludzką twarzą. Twarzą Michnika i Kwaśniewskiego.

Wstyd. Wstyd przed zwykłymi, może nawet prostymi ludźmi, którzy świat pojmują w sposób otwarty i bezpośredni. Zadają proste lecz kłopotliwe pytania, na które bardzo trudno odpowiedzieć, tak jak trudno przyznać się do grzechu zaniechania.

Wstydzę się. Wstydzę się, że:
- dwadzieścia lat po tzw. „przemianach ustrojowych” wszechwładna „czerwona burżuazja” kpi sobie z prawa, uwłaszczona na ludzkiej krzywdzie;
- Premierem kraju jest osobnik, który wspomagał akcję obrony ubeków w imię walki o „dobre imię” upapranego w agenturalną współpracę byłego prezydenta;
- Wicepremierami są ludzie, którzy wspólnie posiadają współczynnik inteligencji kwalifikujący co najwyżej do pracy w „Zieleni Miejskiej” – sekcji rabatkowej;
- Szefem Doradców Premiera jest Tajny Współpracownik SB, kłamca i pozorant;
- Marszałkiem sejmu jest były partyjny kumpel środowiska socjalistów z „GW”, ordynarny i zarozumiały politykier, bez najmniejszych kwalifikacji;
- Wicemarszałkiem Sejmu jest wyjątkowo tanio zakupiony przez rządzącą partię, w celu „gryzienia po kostkach wszystkich co nie nasi” – osławiony „antyleninista-muchołap” i gaduła, który w imię słusznych idei potrafił zadenuncjować w UB nawet własną narzeczoną;
- Ministrem Zdrowia jest egzaltowana dama, której kwalifikacje zawodowe nie wykraczają poza poziom Gminnego Ośrodka Zdrowia, a szumnie zapowiadana reforma SZ zmarła jej na rękach, zanim się urodziła;
- Ministrem Obrony Narodowej jest człowiek, który z wojskiem miał tyle wspólnego ile w dzieciństwie pobawił się żołnierzykami firmy „Airfix”, a dziś hojną ręką rozdaje tzw. „odszkodowania za pomówienia” sowieckim agentom z polskich mundurach – śmietance WSI;
- Szefem Ministerstwa Edukacji jest Pani, której działania i reformy w zakresie szkolnictwa porównywalne są ze spustoszeniem dokonanym niegdyś przez niejakiego Iwana Paskiewicza ;
- Ministrem Spraw Zagranicznych jest „płaczek” – renegat z PiS – wyrzucony z ministerialnego stołka w Ministerstwie Obronności, przez poprzedniego Premiera (za próbę awansowania „komunooficerów”), dziś udający fachowca od polityki zagranicznej;
- partią rządzącą jest ugrupowanie nie prezentujące najmniejszych nawet zasad moralnych i światopoglądowych, skupiające najróżniejszych wyrzutków politycznych (KLD, UW, UD, SKL, ZChN) renegatów i nieudaczników wyrzuconych lub usuniętych z własnych partii (PiS, Demokraci.pl), założona m. in. przez komunistycznego agenta (Olechowski),
- koalicjantem rządowym jest Partia niby-chłopska, nawiązująca stylem sprawowania rządów oraz większością kadr kierowniczych do niegdyś satelitarnego wobec PZPR – ZSL-u.
- polityka zagraniczna, szczególnie zachodnia prowadzona jest na kolanach i bez jakiejkolwiek idei;
- w imię ciemnych interesów koalicyjnego PSL z reżimem Aleksandra Łukaszenki, kraj odwraca się od prześladowanych obywateli polskich na Białorusi – dając satrapie białoruskiemu przyzwolenie na „zamordyzm”;
- media prywatne są w rękach ludzi o brudnych i poplamionych jeszcze w okresie PRL charakterach (telewizja) oraz uwłaszczonych na fali umowy „koncesjonowana opozycja – komuna” cwaniaków (prasa);
- autorytetami intelektualnymi są nędznicy moralni i pospolici zbrodniarze stalinowscy (np. Brus, Baumann), stalinowscy instruktorzy - nałogowi alkoholicy (Kuroń) czy też NKWDowscy donosiciele (Jaruzelski).


Ale, czy handlujący Polską od 1989 roku postkomuniści i lumpenliberałowie choć raz zaczerwienili się ze wstydu? Może, tego nie wiem. W każdym razie na „czerwonym” i tak nie widać.

środa, 23 kwietnia 2008

Laurka dla Premiera z historycznym kadzidłem

Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K *
Pięćdziesiąt jeden lat temu, w Gdańsku przyszedł na świat Donald Franciszek Tusk. Niby nic w tym specjalnego, każdy w końcu (a właściwie na początku) ileś tam lat temu, gdzieś się urodził i jakoś się nazywa, czyli posiada imię i nazwisko. Sam fakt narodzin nie jest zatem niczym nadzwyczajnym i gdyby nie dotyczyło to miłościwie panującego nam Premiera podstaw do sporządzenia publicznej laurki nie mogło by być. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Jest społeczna potrzeba i konieczność użycia jubileuszowego kadzidła.

Tym bardziej, że Pan Premier to człowiek renesansu czyli wielu talentów, zarówno pośród nauk humanistycznych jak i ścisłych, nie powinno nikogo to dziwić. Nie ulega wątpliwości, że swoimi dotychczasowymi działaniami zasłużył już sobie na trwałe miejsce w panteonie „Największych w Historii Globu”.

Kto bowiem z możnych tego świata w wieku 51 lat, czyli ledwo po przekroczeniu półwiecza osiągnął tak wiele? Jak zatem na tle Pana Premiera wypadają inni, mogący równać się z nim wielkością i historycznymi zasługami?


Bolesław Chrobry – w wieku 51 lat (w 1018 roku) zorganizował wyprawę, w celu przywrócenia na tron kijowski swego zięcia Świętopełka. Zabieg powiódł się całkowicie, Chrobry odzyskał też Grody Czrwieńskie oraz zajął Kijów. Wkrótce jednak książe Jarosław Mądry, zięcia przegonił a Bolesław Chrobry zawarł z księciem pakt o nieagresji.
Pan Premier Tusk bywał też w tych rejonach. Jednak w trakcie wyprawy do Putina, obyło się bez przelewu krwi, co należy zapisać niewątpliwie na plus Panu Premierowi. Nie zamierzał tez osadzać on na Kremlu ani Schetyny ani Niesiołowskiego, a co za tym idzie nie doprowadził do sytuacji konfliktowej i niekomfortowej dla obu Panów. Jednym słowem nie narażał ich na upokarzające wypędzenia.
Duży plus dla Pana Premiera za wielkie talenty dyplomatyczne.



Józef Piłsudski - mając „na karku” 51 lat został Naczelnikiem Państwa. Stał się więc faktycznie dyktatorem, którego pierwszym zadaniem było zadbanie o utworzenie rządu w wyzwolonej spod zaborów Rzeczpospolitej.
Pan Tusk, będąc rok młodszy od „Dziadka” już spełniał nieoficjalnie rolę „Naczelnika Państwa”. Trudno mówić o dyktatorskim sposobie sprawowania władzy, jednak jego zdecydowanie i silna ręka w doborze wybitnych fachowców na ministerialnych stanowiskach zapewniło mu podziw i uznanie społeczeństwa. Szczególnie dobór Pani Hall i Pitery oraz Panów Klicha i Grasia zyskało wielkie uznanie opinii publicznej. To nie to, co nietrafione nominacje Daszyńskiego i Moraczewskiego dokonane za aprobatą „Marszałka”. Nie bez znaczenia jest też udział w wyzwoleniu III RP spod zaboru IV RP pod panowaniem Kaczyńskiego.
Ogromny plus dla Pana Premiera za wielkie talenty polityczne.



Władysław Gomułka – w wyniku „wypadków czerwcowych”, w roku w którym kończył 51 lat został ponownie przyjęty do PZPR i wyniesiony na funkcje jej pierwszego sekretarza. Po przejęciu władzy, w okresie początkowym prowadził politykę umiarkowanych reform zwaną „odwilżą gomułkowską”.
Również to porównanie, zdecydowanie wygrywa Donald Tusk. Po pierwsze – nie był nigdy wyrzucany z partii i tym samym nie musiał do niej wracać. Po drugie – Pan Premier sam sobie wybierał partie, a nie jak w przypadku Gomułki, partia wybierała jego. Wreszcie po trzecie – pierwszym sekretarzem PO, Donald Tusk był już od dawna, czyli w wieku dużo młodszym od Gomułki. Brawo Panie Doanldzie!
Już tylko na marginesie, odwilży nie było, bo Pan Premier nie lubi wilgoci – przemacza buty i marzną mu nogi.



Również najsłynniejsze, światowe pomnikowe postaci historyczne mogą czuć (pośmiertnie oczywiście) kompleksy wobec Naszego Pana Premiera.

Aleksander Macedoński – wymięka i przepada w przedbiegach, gdyż po prostu, w wieku 51 lat... nie było go już na świecie!
Donald Tusk jest nadal! Brawo i wielki plus, a dla Macedońskiego dyskwalifikacja.

Juliusz Cezar
– osławiony rzymski cesarz, w wieku 51 lat został ogłoszony przez Senat dyktatorem. Ogłosił reformy polegający m.in. na zwolnieniu ludzi z długów oraz przywrócenia prawa do urzędów.
Również w tym przypadku Julek Cezar to „mały miki” przy naszym Premierze. Pana Tuska nie musiał Senat ogłaszać dyktatorem. Wystarczyło, że sam się ogłosił, a wierno-poddańcze stacje telewizyjne oraz tytuły prasowe, przypisały mu cechy boskie i obdarzyły dozgonną nietykalnością. O takich numerach Cezar mógł tylko marzyć!
Co do reform to zamiast zwalniać obywateli z długów, Pan Tusk ma zlikwidować podwójne opodatkowanie. Tyż piknie!


Napoleon Bonaparte – Pięćdziesiąte pierwsze urodziny obchodził na zesłaniu, na Świętej Helenie. Rok później umarł.
Pan Tusk na żadnej Helenie nie obchodzi urodzin, co zapewne ma znaczenie dla zdrowia i jest zapowiedzią doczekania sędziwych lat w znakomitej kondycji. Swój jubileusz, co najwyżej, może obchodzić na Małgorzacie, bynajmniej nie Świętej. Również pochówek w Kościele Inwalidów nie wchodzi w grę. Na skutek mądrych i wyważonych działań jego rządu w zakresie służby zdrowia – inwalidów brak!
Nawet dwa plusy i ogonek na dodatek!


Józef Stalin – w roku 1929, gdy kończył 51 lat rozpoczynała się, zainicjowana przez niego samego, wielka zmasowana walka z kościołem i religią. Na rozkaz Stalina likwidowano kościoły, konfiskowano dzwony, niszczono obiekty sakralne i symbole kultu religijnego.
Józio też nie dorasta do pięt Premierowi. Donald Tusk wykazuje więcej inteligencji od siermiężnego i prymitywnego Stalina. Do likwidacji nieprzychylnego pro-narodowego kościoła w Polsce używa broni strasznej: Gowina (z jego „Znakiem” wydającym książki Grossa) oraz Niesiołowskiego (z jego lekarzami – szarlatanami). Często też wymachuje Palikotem czym rozsiewa niezwykłe zgorszenie wśród młodzieży. Gdyby Stalin miał takie możliwości i taki intelekt...

Ho Chi Minh – ojciec Wietnamu, w roku swoich 51 wiosen, przybył z wygania do rodzinnego kraju opętanego wojną z japońskim najeźdźcą. Przyjechał z ZSRR, gdzie szkolił się i instruował w dziedzinie uległości i wasalizmu wobec stalinowskiej Rosji. Ze względu na miłą powierzchowność i dobroduszność wypisaną na twarzy, nazwany „Wujkiem”.
Przykro, że równie ta postać pod względem zasług i dokonań, pozostaje daleko za naszym Premierem. Po pierwsze, nikt Pana Tuska nigdy nie wyganiał z kraju. Po drugie, kurs w Rosji (bynajmniej nie stalinowskiej) Pan Premeir skończył już w wieku 50 lat (zeszłoroczna, robocza wizyta u Putina). Również powierzchownością i dobrodusznością wietnamski przywódca nie może równać się z naszym Premierem.
Dlatego też, jak mówią w dobrze poinformowanych źródłach pseudonim Ho Chi Minh („Ten który Oświeca” – „Ten który Niesie Światło”) będzie odebrany wietnamczykowi i nadany naszemu Premierowi w dowód uznania za oświecanie ciemnogrodu i zacofania w Polsce. Szczególnie liczyli na to mieszkańcy Szczecina (było prawdopodobieństwo, że nadanie pseudonimu nastąpi kilka dni wcześniej) i spodziewali się wizyty Premiera w dniu niedawnej awarii elektrycznej. Nie doczekali się, ale i tak wielki plus!


Adolf Hitler – na 51 urodziny otrzymał niezwykły „prezent”. Artysta amerykański Charlie Chaplin nakręcił o nim film pt. „Dyktator”. Ponadto, już w 1940 roku szykował plany wojny ze swoimi dotychczasowymi sojusznikami Sowietami.
Pierwszy minus, jaki otrzymuje Premier Tusk, to za niespełnienie medialne. Żadną miarą, nie można uznać za sukces niewielki epizod w filmie „Nocna Zmiana” i drugoplanową rolę, polegającą na powtarzaniu kilku zdań: „Panowie, policzmy głosy...” i „Jeżeli SLD nie skrwi...”. To jednak mało w porównaniu z Fuehrerem, o którym jednak powstał cały film pełnometrażowy. Miejmy jednak nadzieje, że niebawem, szczególnie jedna wyjątkowo sprzyjająca mu i wielbiąca stacja telewizyjna naprawi to zaniedbania i coś sensownego w pełnym wymiarze czasowym, nakręci. Koniecznie jeszcze w tym roku.
Kwestia druga. Pan Premier już w zeszłym roku przygotował plany wojenne przeciw koalicyjnemu sojusznikowi. Efekty niebawem.

Tak więc wiele, wiele plusów i tylko jeden minus. Nie tylko ze względów rocznicowych należy uznać Naszego Premiera za „Postać Wybitną na Tle Historii Świata”. To nie jest czcze kadzenie i wazeliniarstwo, to są fakty z którymi ponoś się nie dyskutuje.
Dokładając do tego dane statystyczne przedstawiające poparcie w społeczeństwie dla naszego Pana Tuska, kształtujące się na poziomie 40-54% (wahające się w zależności od nastrojów społecznych) mamy pełny obraz jego wielkości.

A skoro przedział procentowy, ma się jak od Polskiej Wódki Czystej do Żydowskiej Pejsachówki, to ... nieustające zdrowie Pana Premiera!

piątek, 18 kwietnia 2008

A co z Raportem o Stanie Zdrowia Premiera?

Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K *
W kraju powstanie nowa świecka tradycja. Będziemy informowany o stanie zdrowia osoby piastującej najwyższy urząd państwowy. Inicjatorem i pomysłodawcą tego przedsięwzięcia jest poseł Janusz Palikot, którego dbałość o stan zdrowia Prezydenta Rzeczpospolitej była przekazywana na tyle przekonywująco, że w końcu powstanie Raport o Stanie Zdrowia Głowy Państwa.

Z uwagi na dbałość o standardy demokracji, powstała grupa inicjatywna, która proponuje złożyć postulat o rozszerzenie takich praktyk informacyjnych na pozostałe, „ważne osobistości” w Państwie. Projekt zakłada powstanie Raportów o Stanie Zdrowia: Marszałka Sejmu, Wicemarszałków Sejmu, Marszałka Senatu wraz z Wicemarszałkami oraz Premiera.
Szczególnie leży wszystkim na sercu troska o zdrowie Donalda Tuska. Ostatnimi czasy można było zaobserwować niepokojące objawy dziwnych zachowań Premiera.
Czy aby, nie ma to związku z jakimś uszczerbkiem na psychice i ciele miłościwie rządzącego nam Donalda?

Raport o Stanie Zdrowia Premiera RP musi powstać – obywatele mają prawo znać prawdę.

Oliwy do ognia dolał słynny na całym świecie specjalista od zaburzeń osobowości i chorób psychicznych profesor Roman Rumun-Rumiany z Uniwersity of Brambambulco, który poproszony o ogólną charakterystykę postaci Premiera, podał kilka możliwych schorzeń o charakterze zaburzenia osobowości i myśli oraz wskazał "co mówi na ten temat" medyczna wiedza podręcznikowa.

Zaburzenia osobowości

Osobowość paranoiczna (paranoidalna) - zaburzenie osobowości, w którym występuje chłód emocjonalny, wycofywanie się z kontaktów z innymi, wrogość, nadmierna podejrzliwość, nadmierna wrażliwość na lekceważenie i krytykę, niezdolność do wybaczania urazy.

Psychopatia, cierń psychopatyczny – zubożone życie psychiczne, kompensowane przez narcyzm – wyczulenie na przejawy niedoceniania.
Zaburzenie osobowości zależnej - objawia się też przywiązywaniem przesadnie dużej wagi do relacji interpersonalnych i chęcią podtrzymania ich często za wszelką cenę. Dotyczy to także rezygnacji z własnych pragnień i potrzeb, jeżeli kolidowałyby z potrzebami innych osób. W skrajnych wypadkach osoba dotknięta zaburzeniem jest w stanie tolerować poniżające traktowanie, a nawet przemoc fizyczną otoczenia.
Osobowość histrioniczna - (łac. histrio - aktor), zaburzenie osobowości, w którym występuje wzorzec zachowań zdominowany przesadnym wyrazem emocjonalnym, teatralnością zachowań, staraniami o zwrócenie na siebie uwagi i prowokacyjną seksualnością.

Zaburzenia myśli

Obsesja - rodzaj zaburzeń lękowych, wyrażający się występowaniem irracjonalnych myśli i impulsów, którym towarzyszy przekonanie o ich niedorzeczności i chęć uwolnienia się od nich. Myśli natrętne to idee, wyobrażenia czy impulsy do działania, które pojawiają się w świadomości w sposób stereotypowy.
Arytmomania (gr. arithmós - liczba, manía - szał), natręctwo liczenia – natrętna i nieprzezwyciężona potrzeba liczenia albo wykonywania arytmetycznych działań, najczęściej występująca w nerwicy natręctw (jeden z jej objawów). Często również przypisywanie liczbom magicznych własności.


Obywatele, w związku z demokratycznym prawem dostępności do podstawowych informacji o stanie Państwa, domagamy się również prawa dostępnośći do informacji o stanie zdrowia Premiera Rządu!
Raport musi powstać!