Znany artysta malarz pochodzenia pederastycznego Włodzimierz Irena Żopodałow, przekazał dziś na ręce kierownictwa partii "Ruchali kota" cenny dar w postaci obrazu olejnego, zatytułowanego
"K.... mać palikocia z pederastą i wibratorem".
Piękny prezent zawieszony został na frontowej ścianie w gabinecie przewodniczącego partii.
sobota, 25 sierpnia 2012
czwartek, 23 sierpnia 2012
Srali muchy bedzie wiosna...
... będzie lepiej „trawka“ rosła.
Taka była moja reakcja po wysłuchaniu wyjaśnien Kamila
Sipowicza, dotyczących paczki „marychujany“, którą wraz z Olgą Jackowska w
swoim domu posiadali.
Sipowicz poczuł się dotknięty i niedoceniony, bo tylko
Jackowskiej postawiono zarzut posiadania narkotyków, a o filozofie poecie i
rzeźbiarzu zapomniano.
Po prostu zlano go!
Cóż takiego ten filozof, od epoki hipisowskiej wmyślił?
Otóż, że zaadresowana na ich psa-sukę Ramonę przesyłka
z trzema gramami narkotyku była faktycznie przeznaczona dla niego, na
potrzeby prac naukowych!
Sipowicz bowiem tworzy obecnie (prawdopodobnie wraz z Ramonką) dzieło o hipisach w Polsce i
susz potrzebny mu był do „zdjęć i opisów“.
Z wypowiedzi „trawiastego filozofa“ wynika też, że
„marychujana“ to samo dobro i jakby ktoś chciał się leczyć, to nie przychodnie
i szpitale, tylko susz konopny!
Zagadką jest dlaczego korzystający z leczniczych
walorów narkotyku, sam Sipowicz nie został uleczony, a wręcz przeciwnie – jego
zrowie uległo pogorszeniu.
Wszak opowiadanie pierduł o „eksponatach naukowych“ świadczy
o złej kondycji intelektualnej i percepcyjnej „naukowca“.
Nikt o zdrowych zmysłach nie zakupuje np. na „lewo“
pistoletu maszynowego UZI, tylko dlatego, że pisze książkę o uzbrojeniu armii
izraela.
Nie będę rozwijał tego wątku o autorów książek dotyczących
rakiet balistycznych lub o historii lotów kosmicznych...
Sipowicz jak widać musi „eksonat“ mieć w domu i dotknąć.
A trzeba było sobie Jackowską podotykać – też już eksponat,
a poza tym problemów by nie było.
Z całej tej akcji przeciw parze narkomanów zrobił się
niezły cyrk, bowiem powstawać zaczęły komitety poparcia przestępców, do których
wstąpili najznamienitsi „ch.jwiekto“.
Tak na ten przykład poseł z ramienia „Ruchali kota“
niejaki Gibał (mówią, że Gibała, ale Gibała to przecież kobieta) zorganizował
akcję „Znani bronią Kory“, do której przyłączyli się: Janusz Palikot, Andrzej Olechowski,
Grzegorz Jarzyna, Jacek Poniedziałek, Magdalena Środa, Wanda Nowicka, Ryszard
Kalisz, Janusz Palikot, Marek Balicki, Agnieszka Graff, Liroy, Jan Hartman,
Robert Kuśmirowski, Jerzy Urban, Janusz Opryński, Mariusz Treliński, Agata
Bielik - Robson, Cezary Michalski, Ewa Wójciak, Piotr Gruszczyński, Krzysztof
Warlikowski, Andrzej Chyra, Maja Ostaszewska, Michał Zadara.
Właściwie to brakuje
tylko Wojciecha Jaruzelskiego, Bronisława Komorowskiego oraz specjalisty od
wciągania Piesiewicza i „ekipa“ byłaby w komplecie.
Takiego zestawu miernot moralnych dawno nie zebrano w jeden
kubeł.
I komuchowi politycy, i psychicznie niezrównoważeni
pacykarze oraz komedianci, i pseudonaukowcy o judaistyczno-lewackich ideach.
Nawet jeden wytatuowany wyjec - korniszon z Kielc.
Jednym słowem dla normalnych, porządnych ludzi zestaw typów
spod ciemnej gwiazdy, z którymi wstyd byłoby się pokazać.
W czasie gdy w/w banda organizuje się w „chonorowy kumitet“
(jakby napisał Pan Prezydent), Sipowicz – konkubent Jackowskiej na prawo i lewo
opowiada niestworzone pierdoły a sama „Kora“.... wykrzywia w grymasie
pomarszczoną facjatę i stroi jakieś dziwne miny do kamer.
I jak tu nie wierzyć, że narkotyki czynią spustoszenie w
mózgu?
P.S. W całym tym
cyrku z pajacami i klaunami w rolach głównych, jest jedna rzecz zasługująca
na poważne traktowanie. To dobro psa-suczki Ramonki.
W pierwszym wywiadzie, po znalezieniu w jej domu paczki
„marychujany“, Jackowska twierdziła, że faktycznie susz przeznaczony jest dla
zwierzaka, „bo podawana psu substancja działa na Ramonkę upokajająco“. A co na
to Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami? To chyba jest karalne? Warto, by ktoś
się tym zainteresował.
Etykiety:
Autorytety PO,
głupota,
komedianci,
lewactwo,
Narkomani,
ruch palikota,
Ruchali kota,
wyjce
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Urban stanu "tuskizmu"
“Braun Boy” in the ring…”Braun Girl” in the ring!
Ile kosztuje, nas podatników, pieszczoch i maskotka władzy – Tomasz Lis?
Ile i dlaczego tak dużo inkasuje za jeden program w publicznej telewizji zarozumiały i nadmuchany pychą Tomuś zwany “Hot Dogiem”?
Czy inny dziennikarz ma szansę osiągnąć w TVP taki pułap zarobków za jeden występ, jak Lis?
Na wszystkie powyższe pytania odpowiedzi są bardzo proste.
Po pierwsze – Lis kosztuje nas dużo, po drugie – jest to kwota około 300 tys. miesięcznie, bo doceniając Jego zasługi dla władzy mniejsza kwota byłaby jedynie jałmużną, a po trzecie – po prostu NIE… i długo, długo, nie!
W jaki zatem sposób i jaką metodą posługuje się rządząca partia, by tak dobitnie “docenić” najwybitniejszego - od czasów jego teściowej Barbary Kedaj – publicystę reżimowego?
Mechanizm jest prosty i podłączony do publicznych pieniędzy, czyli tych 13% pochodzących z abonamentu oraz pozostałych 87% “odpalanych” z budżetu państwa, na państwową telewizję.
Czapą dla całej maszynerii jest firma Deadline Productions, której właścicielem jest Tomasz Lis i na której konto kwoty z TVP są przelewane.
Nie ma to jak się dobrze podwiesić (jak mawiał osławiony Stanisław Anioł – gospodarz budynku przy Alternatywy 4), a Lis Tomasz podwiesił się nie najgorzej.
Dźwigający dyndającego u swojego paska Lisa, Prezes TVP Juliusz Braun, odziedziczył publicystę-literata po poprzedniku. Odziedziczył, ale nie wraz z tak gigantyczną umową dla twórcy autorskiego programu.
To właśnie Braun, w przypływie dobrego humoru lub pod presją obowiązującego radosnego nastroju “polityki miłości” obecnej władzy, sypnął kasą dla Lisa.
Bo Lis jest cool i spoko!
Tomasz Lis jest do tego stopnia “cooli - spoko”, że jego walory oraz oddanie, rządząca ekipa wyceniła w sposób następujący: Ponad 92 tys. zł brutto dla firmy Tomasza Lisa Deadline Productions. Do tego dochodzi honorarium tylko dla niego - 20 tys. Ponad drugie tyle wynoszą koszta producenckie. W sumie daje to około 300 tys. zł za jeden odcinek, ślimaczącego się i nudnego programu “Tomasz Lis na Żywo”.
Jak łatwo obliczyć, w ciągu miesiąca na konto lisiej firmy wpływa ok. 1.200.000 zł.
A wszystko w dobie szczególnej dbałości o finanse publiczne oraz niebywałych oszczędności zarządzonych przez prezesa radiokomitetu Juliusza Brauna.
Dobry człowiek z tego Juliusza Prezesa, sam nie doje ale Lisowi da.
Biedę teraz chłopina klepie, bo cóż można za takie nędzne 25.000 zł miesięcznie (a tyle właśnie wynosi pensja Prezesa Radiokomitetu), ale oszczędzać trzeba, bo jest KRYZYS.
W dbałości o kręgosłup Brauna i jego właściwą postawę, od maja 2012 roku doczepiono Prezesowi do paska kolejnego Lisa. Tym razem samicę – Hannę.
To tak, aby się równo trzymał, bo ze zwisającym po jednej stronie Tomaszem niewygodnie oraz niezdrowo. Teraz ciężar rozkłada się równo, toteż i Lisy szczęśliwe i Braun zdrowszy.
Wszyscy są zadowoleni, bo kasa się kręci w dobrym kierunku, czyli z budżetu TVP do Lisów.
W rewanżu “wadza” może liczyć na wsparcie oraz bezgraniczną lojalność obu futrzaków.
Miło się płaci “swojakom” cudzymi pieniędzmi – mniej to kosztuje, a “tuski i brauny” z domu skąpe są niebywale.
*) Dodam jeszcze małe wyjaśnienie, dlaczego przez internautów Tomasz Lis nazwany został “Hot Dogiem”. Otóż na swoim portalu, nie tak dawno “odstawił krypciochę” na temat parówek w bułce na stacjach benzynowych jednej z firm. Poświęcił im cały wpis, być może w zamian za owe opisywane dobra konsumpcyjne. Lisy mocno pazerne a i mięsożerne są.
Złote chłopaki
Miło jest siedzieć na plikach banknotów i puszczać bąki w banderolki.
Miło też, choć mniej wygodnie siedzieć na złocie. Ale jakoś już tak jest w życiu, że twardość złotych sztabek zmiękcza świadomość ich posiadania, stąd przesiadywanie nie jest już tak bolesne.
Ach, jak tam musiało być sielsko i miękko w Amber Gold!
Doświadczył zapewne tego niejaki Paweł Adamowicz, zatrudniony z ramienia PO jako prezydent Gdańska. Nie jestem rzecz jasna pewien, czy Adamowicz osobiście na sztabkach przesiadywał, w każdym razie Marcina P. na imprezie ku czci dzieła Wajdy pt. “Wałęsa” wychwalał pod niebiosa a jego działania określał mianem “innowacyjnych”
– Czujecie ten moment, czujecie innowacyjność. Wałęsa też był innowacyjny dla swoich czasów. Bardzo wam dziękuję – mówił Adamowicz i w czółko Marcina P. cmokał bez opamiętania.
Nieco później, na konferencji (7 maja br.) ogłosił, że miasto Gdańsk przekazało na film 500 tys. zł. Aby nie było niedomówień już po chwili poprawił się i oddał pokłon przedstawicielom Amber Gold za całą tą forsę, bo tak na prawdę to Adamowicz z resztą ferajny groszem na takie fanaberie nie śmierdzą.
Kto wynalazł Adamowiczowi Marcina P.?
Z dokumentów wynika, że sam “mistrz” Wajda.
Pod koniec 2011 roku do skazanego siedmioma wyrokami za oszustwa finansowe Marcina P. pisał Adamowicz: „Na prośbę Pana Andrzeja Wajdy przesyłam Panu ofertę współpracy przy realizacji jego najnowszego filmu pt. »Lech Wałęsa«. Gorąco namawiam Pana do wsparcia tego projektu"…
Kto jak kto, ale Wajda już najlepiej wywącha gdzie szukać konfitur. W końcu zawsze, niezależnie od epoki I ustroju potrafił je wyniuchać.
Obu panom petentom prawdopodobnie nie przeszkadzał fakt, że kaska hojną łapką sypnięta przez Marcina P. jest delikatnie mówiąc - śmierdząca.
Gdy prezydent Gdańska chadzał wraz z Wajdą po prośbie do szefa Amber Gold, właścicielem spółki interesowały się już służby specjalne i trwało prokuratorskie śledztwo. W maju, gdy Adamowicz, całował namiętnie w czoło prezesa Amber Gold za hojne dary, było już prowadzone postępowanie w sprawie podejrzenia prania brudnych pieniędzy przez firmę. Czy o tym nie wiedzieli?
“Taki bajer to na Grójec“ – jak mawiał Maniuś Kitajec, bohater nie zapomnianej powieści Wiecha “Café pod Minogą”.
Płachta na byka czy Plichta na Lisa
Niezwykle mocne zainteresowanie walorami pieniężnymi oraz różnymi dobrami doczesnymi pchnęło redaktora Tomasza Lisa w nowe rejony biznesu.
Z samej dziennikarki trudno wyżyć, szczególnie gdy ma się wielkopańskie nawyki wyniesione z rodzinnego domu, gdzie zasady kindersztuby wytyczał peerelowski trep.
Ale… wszystko po kolei.
Na wspomnianym wyżej samym bankiecie, gdzie to Paweł Adamowicz wykazywał innowacyjność w działaniach prezesa Amber Gold, już po części oficjalnej miało miejsce spotkanie Marcina P. z Tomaszem Lisem.
Mistrzem ceremonii był zaufany człowiek Prezydenta Gdańska niejaki Antoni (nazwisko znane autorowi).
To on poznał ze sobą obu “biznesmenów”.
Jak podaje osoba mocno zbliżona do gdańskiego ratusza, Lis liczył na mecenat Marcina P. oraz sponsoring kolejnej, przygotowywanej od roku książki.
Jedną z form okazania wdzięczności za wsparcie literackiego kunsztu “Hot Doga” miała być wizyta P., jako jednego z gości w cyklicznym programie “Tomasz Lis na Żywo”.
Program miał w całości być poświęcony epokowemu dziełu Wajdy Andrzeja p.t. “Wałęsa”.
Konspekt był już ponoć rozpisany, a listę gości mięli uzupełniać, Andrzej Wajda, Robert Więckiewicz oraz Zdzisław Pietrasik.
Do realizacji nie doszło, gdyż P. nie był zainteresowany upublicznieniu swojego wizerunku.
Pomimo, że z wiarygodnych, rządowych źródeł dochodziły już informacje o niejasnej przeszłości Plichty, Tomasz Lis nie zaniechał starań o uzyskanie “sponsoringu”.
Nie cały miesiąc po raucie w gdańskim ratuszu, ponownie, za pośrednictwem Adamowicza (czyli przez jego “prawą rączkę” Antoniego) miał miejsce kontakt z P.
Jak podaje jeden ze współpracowników Lisa z Deadline Production, jego szef spotkał się z P. w warszawskim hotelu Sheraton.
Przebieg “biznesowych rozmów” był dla Lisa nadzwyczaj satysfakcjonujący, gdyż (jak wspomina pracownik) “Tom wrócił ze spotkania wesoły i tak rozpromieniony jak nigdy dotąd. Wielu z nas, na co dzień krnąbrnego i chamskiego Lisa, tak grzecznego i radosnego nigdy nie widziało…”.
Radość nie trwała długo, niczym małżeństwo Lisa z Rusinową.
Kilka tygodni po meetingu w Sheratonie, telefon Marcina P. przestał odpowiadać. Ponoć szczególnie wtedy, gdy dzwonił Lis. Jak przystało na osobę o niezbyt wysokiej inteligencji, potrzeba było aż kilku dni, by redaktor “Hot Dog” wpadł na to, że P. go unika i z forsy obiecanej nic nie będzie.
Złość Lisa nie miała granic.
Podobno (jak opowiada pracownik Deadline Production) furia literata-redaktora przypominała atak szału Stefana Niesiołowskiego podczas badań psychiatrycznych w 1987 roku. Skończyło się nawet wyrzuceniem pracownika, który miał czelność uśmiechać się w czasie szaleńczego zawodzenia swojego szefa.
Od tej pory, wymawianie nazwiska Marcina P. w obecności Lisa grozi eksplozją wulgaryzmów i obelg.
Lis-trator w imię trepowskiej moralności
Zainteresowania biznesowe oraz koneksje redaktora Tomasza Lisa dane nam było poznać w powyszych fragmentach. Prócz niewątpliwych zalet i nieskazitelnej, wręcz kryształowej uczciwości redaktor odznacza się również przymiotami o najwyższej moralnej próbie.
Rzec można, iż gdyby w Sevres ustanowiono wzorzec uczciwości i moralności, to bez wątpienia nosiłby on imię “Lisa”.
Dajmy na to taki Adamowicz czy pan P. mogliby szczycić się oceną powiedzmy…“¼ Lisa”… taka to wyśrubowana miara jednostki.
Właściwie, to trudno się nawet dziwić.
Kultura osobista i zasady wyniesione w rodzinnego domu, gdzie za wychowanie syna odpowiadał “najuczciwszy z Polaków” była podwaliną, kamieniem węgielnym, na którym wzniesiono dopiero solidną piramidę moralności.
Edukował się zatem Lis i czerpał pełnymi garściami ze sprawdzonych wzorców, takich jak Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń oraz wiele innych najwybitniejszych moralnych kalek.
Nie tak dawno spore zamieszanie wywołał wpis Sylwestra Latkowskiego na Twitterze. Wyjaśniał, że zdecydował się niegdyś na odejście z redakcji „Wprost”, ponieważ Tomasz Lis oraz Tomasz Machała zamierzali żerować na taniej sensacji i szukać haków na leżącą w szpitalu matkę Jarosława Kaczyńskiego.
Latkowski napisał: “Niech Tomek z Tobą przyzna się, dlaczego odszedłem z "Wprost", bo chcieliście prześwietlać życiorys leżącej w szpitalu matki JK “.
Kanon lisiej moralności dopuszcza zatem zarówno nepotyzm, kręcenie lodów jak i kontakty z szemranymi typami. Jako gratis Lis dorzuca jeszcze, tak przez siebie niegdyś potępiane zbieranie haków.
Jak na wychowanka szkoły “trepowskiej moralności” zupełnie nieźle. A “Hot Dog” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Etykiety:
głupota,
Hanna Lis,
Juliusz Braun,
kolesie,
nepotyzm,
PO,
Tomasz Lis,
TVP,
złodziejstwo
środa, 8 sierpnia 2012
Syn premiera i oszust...
Jak donosi na pierwszej stronie dzisiejszy serwis Wp.pl „Syn
premiera współpracował z oszustem“.
Zanim jednak dowiemy się całej prawdy o
tym zdarzeniu, portal prezentuje aż nad wyraz wymowną fotkę, sporej wielkości.
Właściwie wystarcza ona za cały materiał ukryty w linku obok
zdjęcia.
Tu wyjaśnienia i rozwinięcia nie są potrzebne.
Wszak tego oszusta,
widocznego na zdjęciu obok młodego Tuska znamy znakomicie....
Etykiety:
Amber Gold,
Donald Tusk,
leming,
Michał Tusk,
obciach,
oszust,
Platforma Obywatelska
czwartek, 2 sierpnia 2012
Metoda L(u)istracji czyli co tylko do głowy przyjdzie
Rodzina, ach rodzina.... wiadomo z rodziną raźniej i
bezpieczniej.
Niektórzy też twierdzą, że rodzina, to rzecz święta... i
zapewne mają rację.
Dlatego najłatwiej urazić kogoś bijąc w rodzinę i
opowiadając kłamstwa (nie mogące być zweryfikowane) o jego rodzicach.
Taki oto model kreatywnego dziennikarstwa opracował Tomasz
Lis i konsekwentnie lansuje go w prowadzonym przez siebie tygodniku Newsweek.
Oczywiście, że piszę o materiale poświęconym Rajmundowi
Kaczyńskiemu, zamieszczonym w jednym z ostatnich numerów schodzącego na
psy periodyku.
W nim to niejaki Cezary Łazarewicz (czołowy funkcjonariusz
„lisowej propagandy“) – absolwent Zespołu Szkół Morskich w Darłowie, opisuje w
formie rewelacji tajemnice rodzinne Kaczyńskich, ich wypowiedzi, dyskusje
oczywiście z naciskiem na słowa wypowiadane przez ojca braci Kaczyńskich.
Skąd to Łazarewicz wszystko wie?
A, od anonimowych osób!
Jednym słowem pojechał „goebbelsik“ po bandzie, bo tyle ma
to z wiarygodnością wspólnego, co historia Królewny Śnieżki i historia
władców Polski.
Napracował się „popychel“ sporo, co trzeba mu przyznać.
Pewnie po nocach wymyślał historie i podpisywał „znajony rodziny“... „kolega z lat
młodości“.... „członek rodziny“... itp.
Fane nawet takie dziennkarstwo, bo nie wymaga zbyt wielkiego
wysiłku, ślęczenia nad dokumentmi, szukania świadków.
Ot, po prostu siadasz i piszesz! I to w dodatku, tylko to,
co jest ci na rękę.
Nawet mi się to spodobało, toteż z nadzieją publikacji
w Newsweeku zaprezentuję taki oto tekst:
Najuczciwszy
z Polaków. Ojciec geniusza
Dlaczego o ojcu Tomasza Lisa publicznie nic nie wiadomo?
Sam redaktor naczelny Newsweeka ogranicza się do ogólnego
określenia swojego ojca jako „najuczciwszego z Polaków“ nie podając żadnych szczegółów.
Czym wielkim i istotnym w pamięci syna oraz rodziny zapisał
się ów „najuczciwszy z Polaków‘? Czym zasłużył na taki tytuł?
Dlaczego nie dane było nam czytelnikom poznać zasług
Lisa-seniora?
Niestety, nie zadbali o to ani syn ani najbliższa
rodzina, bo i zapewne nie chcieli zadbać.
Może mający odmienne od większości
uczciwych ludzi mniemanie o uczciwości redaktor Tomasz Lis , po prostu przesadził
i najzwyklej w świecie fantazjował?
Trochę światła na osobę „najuczciwszego
z Polaków“ rzuciły rozmowy z ludźmi, którzy z rodziną Lisów
znali się od dawna.
Spytaliśmy jaki był ów „nzP“
(najuczciwszy z Polaków)
- Matka Tomka sugerowała nam, że nie
był to ten wymarzony książe z bajki, na którego czekała całe życie, ale raczej
przypadkowe małżeństwo –
wspomina jedna z przyjaciółek.
O ojcu Tomasza Lisa, koleżanki żony wiedziały
wtedy bardzo niewiele. Że był wojskowym, że służył w Śląskim Okręgu Wojskowym i
że nie zrobił wielkiej kariery.
- Czuć było, że matka Tomka nie
przepada za nim, więc tego drażliwego tematu się raczej nie poruszało – mówi
przyjaciółka.
Mieszkający od wielu lat w RPA Tadeusz Odchodek, pamięta
„nzP“ jeszcze z czasów początków służby w LWP.
- To był sumienny i oddany idei socjalizmu oficer. Pamiętam,
że w 1968 roku, gdy do jednostki przyszedł rozkaz udania się do Czechosłowacji,
zgłosił się na ochotnika, zostawiając dwuletniego Tomka z samą tylko matką.
Został dowócą czołgu i zasłynał z bohetrskiego forsowania barykad na
ulicach Pragi – mówi pan Tadeusz.
Nie jest to chyba zgodne z prawdą, bo faktycznie „nzP“
nie zostawił samej tylko żony z małym dzieciem. Byli blisko niej też
dziadkowie Tomasza czyli rodzice ojca.
- Mieliśmy niezły ubaw – wspomina szkolny kolega Tomasza Lisa.
Ten jego dziadek, to był śmieszny człowiek. Mówiło się wtedy w Zielonej Górze,
że służył w Armii Czerwonej i że wlaczył z „polskimi faszystami z AK“. Gdy
Tomek miał 8 lat, dziadek zupełnie zwariował. Zamówił u krawca przy rynku mały
mundurek żołnierza radzieckiego i przy różnych
uroczystościach kazał chłopakowi się w niego przebierać oraz maszerować. Sam
zaś na stołku odbierał te defilady.
Właściwie to Tomek zbytnio nie protestował, podobało mu się
to a i ojciec był zadowolony, bo gdy do Zielonej Góry przyjeżdżali rewizorzy
z Moskwy, to prowadzał Tomka w tym uniformie do jednostki i kazał śpiewać „wstawaj strana narodnaja...“ –
dodaje.
Dziś Tomasz Lis nie wraca do tamtej sytuacji, ba nawet
milczy na ten temat.
Nie ulega watpliwości, że wychowywany był w wojskowym
rygorze i według wojskowego modelu kedeckiego. Za dobre uczynki nagroda, za złe
– kara.
Co było nagrodą nie wiadomo, natomiast kary serwowane przez
ojca bywały bardzo wymyślne.
Jeden z jego dawnych kolegów dziennikarzy opowiedział
kiedyś taką historię.
- W czasie gdy odbywaliśmy słynny „protest klatkowy“
(zamkanie się w klatce w geście solidarności z dziennikarzem Andrzejem
Markiem – skazanym za pomówienia) Tomek panicznie bał się wejść do środka.
Zwierzył mi się, że to wspomnienie z dzieciństwa nie daje mu tego zrobić.
Że widzi ciągle ojca zamykającego go w komórce za drobne wykroczenia. Gdy
wreszcie udało nam się go wepchnąć do środka, smiał się panicznie i trząsł...
„NzP“ do konca życia nie miał najlepszego zdania o synu i
jego dziennkarskim talencie.
Jak mówi sąsiad Lisów, mieszkający na tym samym osiedlu w
Zielonej Górze, gdy Lis-senior widział Tomasza w telewizji mawiał – „Co dzisiaj
ten matołek znów spieprzy?! O, tak unosi się na krześle, bo pewnie bąki
puszcza... i nie umie skupić się na prowadzeniu programu“.
Na ślubie Tomasza i Kingi, stary Lis nie krył swojego
niezadowolenia – wspomina jeden z gości weselnych.
- Zamiast wziąć sobie jakąś dorodną blondynę, to takie
coś... taką małpiatkę bez życiorysu przygruchał... – burczał pod nosem. Nie
akceptował tego związku, bo żona Tomasza nie posiadała stosownego lewicowego
rodowodu.
Jak mówi jeden z członków rodziny żony, senior-Lis
z ulgą przyjął rozstanie Tomasza i Kingi a wręcz zachwycony był nową kochanką
(a później żoną syna) – Hanną.
- To jest odpowiednia partia dla Cibie! – mówił.
Dobra, duża blondyna i z dobrej komunistycznej rodziny,
towarzyszy Kedajów! – chwalił syna.
Już począwszy od lat osiemdziesiątych Lis-senior począł
niedomagać. Wpadał w dziwne stany i okresowo w nich trwał.
Jak podaje jego były towarzysz broni, pułkownik R. – wpadał
na absurdalne pomysły i starał się je ralizować.
- Pamiętam, że w czerwcu 1989 roku zgłosił się do konkursu
na Festiwalu Piosenki Radzieckiej! Chciał śpiewać „Katiuszę“ i nawet opracował
układ choreograficzny.
Na szczęście, po interwencji burmistrza miasta, został
wycofany z konkursu. Podobno jego taniec zawierał elementy obsceniczne.
Na koniec pytamy o to w jakim stopniu senior-Lis pomógł
synowi w karierze.
Pułkownik R. lekko się usmiecha i po chwili odpowiada –
Proszę pamiętać, że w czasie gdy Tomek startował w konkursie na prezentera TVP,
szefem ŚOW był gen. Szumski. Panowie wiedzą, kto to był... On dobrze znał
starego Lisa, jeszcze z 1968 roku. A wtedy wystarczył jeden jego telefon
do Drawicza, który był na naszym garnuszku (Andrzej Drawicz – ówczesny prezes
Komitetu d/s Radia i Telewizji – rejestrowany w SB jako TW Kowalski i TW Zbigniew).
Teraz sami sobie odpowiedzcie....
Tyle na razie o „najuczciwszym z Polaków“. Może
wreszcie i redaktor Lis zabierze głos na temat własnego ojca.
Niech skrzętnie ukrywana reszta faktów z życiorysu ojca
wielkiego „rodzinnego lustratora Kaczyńskich“ zamknięta w wielkim sejfie,
oklejonym bandrolą z napisem „Uwaga! Nie otwierać – najuczciwszy
z Polaków“ ujrzy światło dzienne.
To wręcz obowiązek syna wobec wielkiego ojca!
piątek, 13 lipca 2012
Rosjanie (?) złozyli kwiaty....
Na stronie Fakt.pl natknałem się na takie oto zdjęcie
opatrzone ciekawym i jednoznacznym tytułem:
Czyżby córka tragicznie zmarłego pod Smoleńskiem Andrzeja Sariusza-Skąpskiego,
tak zachwycona do dziś dobrocią Rosjan i ich autentyczne szczerą chęcią
wyjaśnienia przyczyn katastrofy z wdzięczności przyjęła rosyjskie
obywatelstwo?
Wsystko możliwe, zważywszy że ojciec pani Izabelli
jak mógł wspierał socjalistyczny blok, będąc przewodniczącym PRON w Białym
Dunajcu oraz współpracując z organami bezpieczenstwa pod kryptonimem TW – „Igor“.
Być może decyzja Izabelli Sariusz-Skąpskiej jest hołdem dla ojca,
jego przekonań, sympatii prosowieckich oraz wyborów życiowych.
czwartek, 12 lipca 2012
Ubogi Palikot ubiera się za swoje
Poseł Janusz Palikot, lider partii "Ruchali kota" pozazdrościł chyba swojemu koledze Arturowi Dębskiemu i też zapragnął znaleźć się na okładce poczytnego tygodnika "Lisoleineek".
Też będzie modowo...!
Też będzie modowo...!
Etykiety:
agentura rosyjska,
głupota,
Janusz Palikot,
komunizm,
Marian Palikot,
ruch palikota,
Ruchali kota,
szmalcownictwo,
Żydzi
Subskrybuj:
Posty (Atom)




