Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVP. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

O lisku Tomku


 A teraz miła dziatwo, usiądźcie grzecznie i posłuchajcie bajki o lisku Tomku.

Pewna rodzina znalazła pod drzewem młodego lisa.
Przygarnęła go i odkarmiła.
Lis dostał imię Tomek i mieszkał w obejściu, gdzie bawił się wesoło aż do jesieni.
Wtedy to z lisa Tomka wyszła prawdziwa natura i począł zagryzać kury oraz kaczki.
Rodzina wściekła się i czym prędzej wygnała Tomka do lasu, łupiąc po grzbiecie kijem, żeby nigdy już nie wracał.
Przerażony lis wbiegł w gąszcze i gnał przed siebie przerażony, aż wybiegł na polanę.
Tam na jego nieszczęście ulokował swoje stanowisko myśliwy.
Jednym strzałem położył trupem zdezorientowanego i nie przygotowanego do życia na wolności lisa.
Z futra myśliwy zrobił sobie czapkę a truchło zakopał pod drzewem.
Po niedługim czasie czapkę zjadły mole i trzeba było ja wyrzucić.
Tak też po lisie Tomku nawet ślad nie został.

A propos, nie czekajcie na nowe odcinki „Tomasz Lis na żywo“....

wtorek, 24 czerwca 2014

Herausgedrücktehinternführer Jacek Rakowiecki.

-->
Nie wiem czy Jacek Rakowiecki jest pedałem (tak mi wygląda, ale doprawdy nie wiem), ale wiem z pewnością, że jest prcownikiem etatowym instytucji publicznej, “telwizją polską” zwaną. 
Ów Rakowiecki Jacek zasłynął ostatnimi czasy z tego, że w sprytny sposób połączył swoją funkcję zawodową z funkcją społeczną innego rzecznika, mianowicie grupy (trzymającej władzę TVP, a za co można się domyślać…) pedałów telewizyjnych.
Wszystko poszło o niejakiego Kamila Dziorka, młodego człowieka, który grywa w serialu Rodzinka.pl (wprawdzie serialu nie oglądam, ale osobę kojarzę).
Ów Dziorek na swoim prywatnym profilu fejsbukowym napisał, co cytuję: "Moi znajomi z FB, którzy mają zdjęcia z "parady równości" czyli z pedałami i z Grodzko wyp…ją"… koniec cytatu.
Nie wiem czy Rakowiecki uczestniczył w paradzie I należał do znajomych Dziorka, że tak go to poruszyło, ale wystosował od ręki stosowne pismo, jako  wielbiciel niełatwej sztuki pedalstwa, a jednocześnie rzecznik TVP.
Czytamy w nim: “Jeśli wpis z Facebooka jest prawdziwy, to panu Dziorkowi można współczuć głupoty. Musi szybko zdecydować, czy chce być aktorem w telewizji publicznej, czy kompromitować się jako chamski homofob”.
Skończyło się na tym, że Dziorek skończył wpółpracę z TVP. I nie była to jego decyzja.

Rakowieckiego spotkałem raz w życiu, około 1991-92 roku. Moja óczesna firma zafundowała nam kurs w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, który to prowadzili właśnie Rakowiecki z Grzegorzem Lindenbergiem. Czego dotyczył kurs nie pamiętam, z resztą wszystko jedno czego dotyczył – chodziło o wyciągnięcie kasy z kursantów.
Zarówno Rakowiecki jak I Lindenberg mało mieli do powiedzenia a jeszcze mniej do przekazania. O ich obecności w SDP zdecydowało najwyraźniej to, że byli wówczas pracownikami Agory.
Rakowiecki zachowywał się jak skończony idiota (choć mówią, że idioci jak I geniusze dążą do nieskończoności). Plutł jakieś bzdury a na większość pytań odpowidał: “chyba”, “nie bardzo pamiętam”,  “może I tak…”. Fachowiec całą gębą.
Prócz tego w mojej pamięci zapisał się jako gbur w knajacki i bezczelny sposób komentujący robotnicze protesty w Ursusie  które akurat wtedy odbywały się.
Zupełnie, jakby brak wiedzy i głupotę chciał nadrobić chamstwem…
Niestety jego chamstwo przerosło głupotę.
I tak jest najwyraźniej do dziś.
Od tametego czasu Rakowiecki zawodowo urósł a i foch mu również urósł.
Został pesoną w TVP!
W międzyczasie, jako redaktor naczelny omal nie doprowadził do upadku tygodnika Film, ale już inny tygodnik - “Przekrój” pod jego kierownictwem, miał mniej szczęścia.
Jak to mówią - złote usta I złote ręce.
Teraz najwyraźniej ozłociło Rakowieckiemu jeszcze jedną część ciała, tę najmilszą pedałom.
To tak w imię zasług w utrwalaniu pederastiii, homonazizmu I tolerastii.

Prócz wielu talentów, które posiada Rakowiecki, ma on też niezłe ukryte zadatki.
Na przykład zadatek na homonazistowskiego ministra propagandy I prawdy.
Na ten przykład ja, na swój prywatny użytek mianowałem Jacka Rakowieckiego na stopień “Herausgedrücktehinternführer” I już widzę go na trybunie głównej jakiegos homonazistowskiego wiecu, gdzie zachęca do rozprawienia się w imię jedynej słusznej orientacji seksualnej z wszystkimi, którzy myślą I czynią inaczej.
A wturuje mu Juliusz Braun.
Nad głowami ich powiewa tęczowa flaga z hakenkrojcem oraz pomniesze chorągiewki TVP.
O wszystkim pięknie pisze “Gazeta Wyborcza” a radiową relację bezpośrednią z wiecu przekazuje redaktor Lizut na antenie TOK FM.
Nie piszę o transmisji telewizyjnej, bo to jasne, że TV publiczna ma wyłączność.
Studio prowadzą: Michał Olszański,  Grzegorz Nawrocki oraz Monika Zamachowska…
Ech… rozmarzyłem się.
Ale póki co, to  TVP nie jest jeszcze prywatną stajnią pederastów ani żadnego innego tam durnia, któremu coś się wydaje I chce być politycznie poprawny.
Póki co, obowiązuje w Polsce prawo do swobodnej wypowiedzi gwarantowanej  konstytucyjnie, oraz póki co prawo w Polsce zakazuje stosowania represji za prywatne przekonania wypowiadane na prywanym forum.
I żadem niedoszły nazista o zapędach cenzorsko-goebbelsowskich tego, póki co nie będzie zmieniał.
Kończąc, odpowiem Rakowieckiemu podobnymi do jego słowy: “Jeśli pismo rzecznika TVP jest prawdziwe, to panu Rakowieckiemu można współczuć głupoty. Musi szybko zdecydować, czy chce być rzecznikiem w telewizji publicznej, czy kompromitować się jako chamski, homonazistowsko-pedalski funkcjonariusz”.







wtorek, 9 kwietnia 2013

"Blok smoleński"


W TVP „blok smoleński“.
Na pierwszy ogień jakieś popłuczyny ugotowane w Kanadzie na millerowyej kupie. 
Obraz na poziomie „Kapitana Klossa“ lub „Czterech Pancernych“... Przyjaźń polsko-rosyjska, zgodna współpraca, wina obcych ideowo pilotów i bohaterowie: Miller oraz Lasek. 
Wszystko narracją okrasił niejaki Konstanty Gebert – funkcjonariusz „GW“ – zgodnie z linią rosyjskiej propagandy.
Jednym słowem, całość – kupa mułu i 200 kg kitu...
Po filmie, w studiu profesorowie: Rońda i Artymowicz.
Rońda przedstawia konkrety, Artymowicz od czau do czasu tylko uśmiecha się ale argumentów brak. To podobno jakiś „naukowiec“ z Toronto.
Może chłop tam w gimnazjum uczy?
Później film Anity Gargas.
W nim konkrety, rozmowy ze świadkami.
Są też pokazane kłamstwa rządzących, nieróbstwo władzy i leserka komisji Millera.
Cały ten syf i bagno.
Tusk przed telewizorem ma czerwone uszy i rośnie mu nos. Kopacz już nie może odwrócić głowy w pokoju, bo strąca kichawką kryształy z komody i obrazy ze ścian...
Później znów profesorowie. Dyskusja bez sensu.
Rońda z konkretami i dokumentami, Artymowicz tylko usmiecha się. Nie przygotowany, bo pewnie nie miał czasu. Wypracowania dzieciakom sprawdzał,... czy coś tam innego?
Chwila przerwy.
Pojawiają się goście w studiu. Lisiecki, Karnowski, Stankiewicz, Kleiber, Wroński i Krzemiński. Mniej ciekawa część wieczoru. I tak nikt nikogo nie przekona.
Spokojne i logiczne wywody Lisieckiego.
Rzeczowość Karnowskiego, Stankiewicza, wstrzemięźliwość prof. Kleibera... Wroński intelektualizuje.
Za to pedał pieni się i wierci na stołku. Przerywa i zakrzykuje. Może kiszka swędzi...?
Wreszcie koniec bloku.
Mało ciekawie było ale za to pluralistycznie... i z pederastą, co najwazniejsze! 
Znaczy po europejsku.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Urban stanu "tuskizmu"


 “Braun Boy” in the ring…”Braun Girl” in the ring!

Ile kosztuje, nas podatników, pieszczoch i maskotka władzy – Tomasz Lis?
Ile i dlaczego tak dużo inkasuje za jeden program w publicznej telewizji zarozumiały i nadmuchany pychą Tomuś zwany “Hot Dogiem”?
Czy inny dziennikarz ma szansę osiągnąć w TVP taki pułap zarobków za jeden występ, jak Lis?

Na wszystkie powyższe pytania odpowiedzi są bardzo proste.
Po pierwsze – Lis kosztuje nas dużo, po drugie – jest to kwota około 300 tys. miesięcznie, bo doceniając Jego zasługi dla władzy mniejsza kwota byłaby jedynie jałmużną, a po trzecie – po prostu NIE… i  długo, długo, nie!

W jaki zatem sposób i jaką metodą posługuje się rządząca partia, by tak dobitnie “docenić” najwybitniejszego - od czasów jego teściowej Barbary Kedaj – publicystę reżimowego?

Mechanizm jest prosty i podłączony do publicznych pieniędzy, czyli tych 13%  pochodzących z abonamentu oraz pozostałych 87% “odpalanych” z budżetu państwa, na państwową telewizję.
Czapą dla całej maszynerii jest firma Deadline Productions, której właścicielem jest Tomasz Lis i na której konto kwoty z TVP są przelewane.

Nie ma to jak się dobrze podwiesić (jak mawiał osławiony Stanisław Anioł – gospodarz budynku przy Alternatywy 4), a Lis Tomasz podwiesił się nie najgorzej.
Dźwigający dyndającego u swojego paska Lisa, Prezes TVP Juliusz Braun, odziedziczył publicystę-literata po poprzedniku. Odziedziczył, ale nie wraz z tak gigantyczną umową dla twórcy autorskiego programu.
To właśnie Braun, w przypływie dobrego humoru lub pod presją obowiązującego radosnego nastroju “polityki miłości” obecnej władzy, sypnął kasą dla Lisa.
Bo Lis jest cool i spoko!

Tomasz Lis jest do tego stopnia “cooli - spoko”, że jego walory oraz oddanie, rządząca ekipa wyceniła w sposób następujący:  Ponad 92 tys. zł brutto dla firmy Tomasza Lisa Deadline Productions. Do tego dochodzi honorarium tylko dla niego - 20 tys. Ponad drugie tyle wynoszą koszta producenckie. W sumie daje to około 300 tys. zł za jeden odcinek, ślimaczącego się i nudnego programu “Tomasz Lis na Żywo”.
Jak łatwo obliczyć, w ciągu miesiąca na konto lisiej firmy wpływa ok. 1.200.000 zł.
A wszystko w dobie szczególnej dbałości o finanse publiczne oraz niebywałych oszczędności zarządzonych przez prezesa radiokomitetu Juliusza Brauna.

Dobry człowiek z tego Juliusza Prezesa, sam nie doje ale Lisowi da.
Biedę teraz chłopina klepie, bo cóż można za takie nędzne 25.000 zł miesięcznie (a tyle właśnie wynosi pensja Prezesa Radiokomitetu), ale oszczędzać trzeba, bo jest KRYZYS.
W dbałości o kręgosłup Brauna i jego właściwą postawę, od  maja 2012 roku doczepiono Prezesowi do paska kolejnego Lisa. Tym razem samicę – Hannę.
To tak, aby się równo trzymał, bo ze zwisającym po jednej stronie Tomaszem niewygodnie oraz niezdrowo. Teraz ciężar rozkłada się równo, toteż i Lisy szczęśliwe i Braun zdrowszy.
Wszyscy są zadowoleni, bo kasa się kręci w dobrym kierunku, czyli z budżetu TVP do Lisów.

W rewanżu “wadza” może liczyć na wsparcie oraz bezgraniczną lojalność obu futrzaków.
Miło się płaci “swojakom” cudzymi pieniędzmi – mniej to kosztuje, a “tuski i brauny” z domu skąpe są niebywale.

*) Dodam jeszcze małe wyjaśnienie, dlaczego przez internautów Tomasz Lis nazwany został “Hot Dogiem”. Otóż na swoim portalu, nie tak dawno “odstawił krypciochę” na temat parówek w bułce na stacjach benzynowych jednej z firm. Poświęcił im cały wpis, być może w zamian za owe opisywane dobra konsumpcyjne. Lisy mocno pazerne a i mięsożerne są.

Złote chłopaki

Miło jest siedzieć na plikach banknotów i puszczać bąki w banderolki.
Miło też, choć mniej wygodnie siedzieć na złocie. Ale jakoś już tak jest w życiu, że twardość złotych sztabek zmiękcza świadomość ich posiadania, stąd przesiadywanie nie jest już tak bolesne.
Ach, jak tam musiało być sielsko i miękko w Amber Gold!

Doświadczył zapewne tego niejaki Paweł Adamowicz, zatrudniony z ramienia PO jako prezydent Gdańska. Nie jestem rzecz jasna pewien, czy Adamowicz osobiście na sztabkach przesiadywał, w każdym razie Marcina P. na imprezie ku czci dzieła Wajdy pt. “Wałęsa” wychwalał pod niebiosa a jego działania określał mianem “innowacyjnych”


– Czujecie ten moment, czujecie innowacyjność. Wałęsa też był innowacyjny dla swoich czasów. Bardzo wam dziękuję – mówił Adamowicz i w czółko Marcina P. cmokał bez opamiętania.
Nieco później, na konferencji (7 maja br.) ogłosił, że miasto Gdańsk przekazało na film 500 tys. zł. Aby nie było niedomówień już po chwili poprawił się i oddał pokłon przedstawicielom Amber Gold za całą tą forsę, bo tak na prawdę to Adamowicz z resztą ferajny groszem na takie fanaberie nie śmierdzą.

Kto wynalazł Adamowiczowi Marcina P.?
Z dokumentów wynika, że sam “mistrz” Wajda.
Pod koniec 2011 roku do skazanego siedmioma wyrokami za oszustwa finansowe Marcina P. pisał Adamowicz: „Na prośbę Pana Andrzeja Wajdy przesyłam Panu ofertę współpracy przy realizacji jego najnowszego filmu pt. »Lech Wałęsa«. Gorąco namawiam Pana do wsparcia tego projektu"…

 
Kto jak kto, ale Wajda już najlepiej wywącha gdzie szukać konfitur. W końcu zawsze, niezależnie od epoki I ustroju potrafił je wyniuchać.
Obu panom petentom prawdopodobnie nie przeszkadzał fakt, że kaska hojną łapką sypnięta przez Marcina P. jest delikatnie mówiąc - śmierdząca.
Gdy prezydent Gdańska chadzał wraz z Wajdą po prośbie do szefa Amber Gold, właścicielem spółki interesowały się już służby specjalne i trwało prokuratorskie śledztwo. W maju, gdy Adamowicz, całował namiętnie w czoło prezesa Amber Gold za hojne dary, było już prowadzone postępowanie w sprawie podejrzenia prania brudnych pieniędzy przez firmę. Czy o tym nie wiedzieli?
“Taki bajer to na Grójec“ – jak mawiał Maniuś Kitajec, bohater nie zapomnianej powieści Wiecha “Café pod Minogą”.

Płachta na byka czy Plichta na Lisa

Niezwykle mocne zainteresowanie walorami pieniężnymi oraz różnymi dobrami doczesnymi pchnęło redaktora Tomasza Lisa w nowe rejony biznesu.
Z samej dziennikarki trudno wyżyć, szczególnie gdy ma się wielkopańskie nawyki wyniesione z rodzinnego domu, gdzie zasady kindersztuby wytyczał peerelowski trep.
Ale… wszystko po kolei.


Na wspomnianym wyżej samym bankiecie, gdzie to Paweł Adamowicz wykazywał innowacyjność w działaniach prezesa Amber Gold, już po części oficjalnej miało miejsce spotkanie Marcina P. z Tomaszem Lisem.
Mistrzem ceremonii był zaufany człowiek Prezydenta Gdańska niejaki Antoni (nazwisko znane autorowi).
To on poznał ze sobą obu “biznesmenów”.
Jak podaje osoba mocno zbliżona do gdańskiego ratusza, Lis liczył na mecenat Marcina P. oraz sponsoring kolejnej, przygotowywanej od roku książki.


Jedną z form okazania wdzięczności za wsparcie literackiego kunsztu “Hot Doga” miała być wizyta P., jako jednego z gości w cyklicznym programie “Tomasz Lis na Żywo”.
Program miał w całości być poświęcony epokowemu dziełu Wajdy Andrzeja p.t. “Wałęsa”.
Konspekt był już ponoć rozpisany, a listę gości mięli uzupełniać, Andrzej Wajda, Robert Więckiewicz oraz Zdzisław Pietrasik.
Do realizacji nie doszło, gdyż P. nie był zainteresowany upublicznieniu swojego wizerunku.
Pomimo, że z wiarygodnych, rządowych źródeł dochodziły już informacje o niejasnej przeszłości Plichty, Tomasz Lis nie zaniechał starań o uzyskanie “sponsoringu”.


Nie cały miesiąc po raucie w gdańskim ratuszu, ponownie, za pośrednictwem Adamowicza (czyli przez jego “prawą rączkę” Antoniego) miał miejsce kontakt z P.
Jak podaje jeden ze współpracowników Lisa z Deadline Production, jego szef spotkał się z P. w warszawskim hotelu Sheraton.
Przebieg “biznesowych rozmów” był dla Lisa nadzwyczaj satysfakcjonujący, gdyż (jak wspomina pracownik) “Tom wrócił ze spotkania wesoły i tak rozpromieniony jak nigdy dotąd. Wielu z nas, na co dzień krnąbrnego i chamskiego Lisa, tak grzecznego i radosnego nigdy nie widziało…”.

 
Radość nie trwała długo, niczym małżeństwo Lisa z Rusinową.
Kilka tygodni po meetingu w Sheratonie, telefon Marcina P. przestał odpowiadać. Ponoć szczególnie wtedy, gdy dzwonił Lis. Jak przystało na osobę o niezbyt wysokiej inteligencji, potrzeba było aż kilku dni, by redaktor “Hot Dog” wpadł na to, że P. go unika i z forsy obiecanej nic nie będzie.
Złość Lisa nie miała granic.
Podobno (jak opowiada pracownik Deadline Production) furia literata-redaktora przypominała atak szału Stefana Niesiołowskiego podczas badań psychiatrycznych w 1987 roku. Skończyło się nawet wyrzuceniem pracownika, który miał czelność uśmiechać się w czasie szaleńczego zawodzenia swojego szefa.
Od tej pory, wymawianie nazwiska Marcina P. w obecności Lisa grozi eksplozją wulgaryzmów i obelg.

Lis-trator w imię trepowskiej moralności

Zainteresowania biznesowe oraz koneksje redaktora Tomasza Lisa dane nam było poznać w powyszych fragmentach. Prócz niewątpliwych zalet i nieskazitelnej, wręcz kryształowej uczciwości redaktor odznacza się również przymiotami o najwyższej moralnej próbie.
Rzec można, iż gdyby w Sevres ustanowiono wzorzec uczciwości i moralności, to bez wątpienia nosiłby on imię “Lisa”.
Dajmy na to taki Adamowicz czy pan P. mogliby szczycić się oceną powiedzmy…“¼ Lisa”… taka to wyśrubowana miara jednostki.
Właściwie, to trudno się nawet dziwić.


Kultura osobista i zasady wyniesione w rodzinnego domu, gdzie za wychowanie syna odpowiadał “najuczciwszy z Polaków” była podwaliną, kamieniem węgielnym, na którym wzniesiono dopiero solidną piramidę moralności.
Edukował się zatem Lis i czerpał pełnymi garściami ze sprawdzonych wzorców, takich jak Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń oraz wiele innych najwybitniejszych moralnych kalek.


Nie tak dawno spore zamieszanie wywołał wpis Sylwestra Latkowskiego na Twitterze. Wyjaśniał, że zdecydował się niegdyś na odejście z redakcji „Wprost”, ponieważ Tomasz Lis oraz Tomasz Machała zamierzali żerować na taniej sensacji i szukać haków na leżącą w szpitalu matkę Jarosława Kaczyńskiego.
Latkowski napisał: “Niech Tomek z Tobą przyzna się, dlaczego odszedłem z "Wprost", bo chcieliście prześwietlać życiorys leżącej w szpitalu matki JK “.
Kanon lisiej moralności dopuszcza zatem zarówno nepotyzm, kręcenie lodów jak i kontakty z szemranymi typami. Jako gratis Lis dorzuca jeszcze, tak przez siebie niegdyś potępiane zbieranie haków.
Jak na wychowanka szkoły “trepowskiej moralności” zupełnie nieźle. A “Hot Dog” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

niedziela, 11 września 2011

Jeden, dwa, trzy – sprintem po njusach (6)

---------
RPP: Dlaczego nie pederasta, pedofil i satanista praktykujący?!

Wydarzeniem ważnym i zaskakującym było pojawienie się bloga Ruchu Poparcia Palikota na słynnym Salonie24. Prezentowane tam mają być sylwetki działaczy oraz aktywistów ugrupowania. Jest to o tyle doniosłe wydarzenie, gdyż wreszcie można będzie przekonać się, że prócz Palikota, ktoś jeszcze do tego gremium w ogóle należy.
Na pierwszy ogień poszedł niejaki Artur Dębski, ponoć wiceprezes Ruchu, którego życiorys zaprezentowano na blogu.
Trzeba przyznać, że Ruch Poparcia Palikota (niektórzy twierdzą, ze jest to Ruch Podtarcia Palikota) skiepścił się niemiłosiernie.
Po odważnych, rewolucyjnych i szokujących obyczajowo deklaracjach samego właściciela partii, można było się spodziewać zupełnie czego innego po jego „prawej ręce”.
Okazuje się, że chłop ma dzieci, prowadzi firmę a co najgorsze - żyje w związku małżeńskim z kobietą.
No, ludzie.... A dlaczego nie „normalny” zdeklarowany pederasta, pedofil i do tego satanista praktykujący?
Skutki nieprzemyślanych decyzji kadrowych mogą dać efekty w dniu wyborów.
Należy pamiętać, że poprzez stawianie na ludzi o zwichrowanych kręgosłupach moralnych, całej partii spadają słupki poparcia

Julek, Jurek i Rysiek – ave satan!

Nowe idzie. Przynajmniej w TVP.
Wiele uciechy postępowej części widzów publicznej telewizji, sprawiło zaproszenie jako jurora programu z zadęciem „The Voice Of Poland” - niejakiego Adama Darskiego.
Ów właściciel gustownej furażerki i rzadkiego zarostu sławny jest jeszcze z tego, że prócz wymienionych dóbr lubi sobie dla dodania męskości podrzeć biblię.
Jako praktykujący i przekonany satanista znany jest pod pseudonimem „Nerkal”, co być może ma związek z przeszczepioną nerką, załatwioną mu z ognistej miłości przez artystkę estradową Dodę.
Ten to Darski, dla zacofanej i ciemnogrodzkiej publiki pozostaje solą w oku.
Dla postępowego i nowoczesnego prezesa TVP Juliusza Brauna wraz z szefem „dwójki” Jerzym Kapuścińskim wręcz przeciwnie.
Czyżby tak znienawidzone przez ludzi lewicy religijne lobby znów opanowało publiczną telewizję?
Znający się jak nikt inny na tropieniu przejawów antylaicyzacji życia publicznego Ryszard Kalisz, jest innego zdania.
„To tylko sztuka” – mówi z przekonaniem.
Ponieważ sztuka zeszła pod strzechy, liczymy na jakiś sensowny seans z darciem Biblii oraz odgryzaniem głów zwierzętom w wykonaniu wielbicieli satanistycznej sztuki: Kalisza, Brauna i Kapuścińskiego.
Ave satan!

Nowy dziennik „nutą myszki” okadzony

„Gazeta Polska Codzienna” – nowy dziennik polskiej prawicy, zyskała mocne wsparcie. Zupełnie bezinteresownie, za damo i z „dobrego serca” największą reklamę w mediach urządziła mu „Gazeta Wyborcza”.
Nikt tyle nie napisał na temat nowego dziennika, co „GazoWnia”.
Wiadomo, że nic tak nie służy dobremu wizerunkowi jednego medium, jak zwierzęce ataki drugiego konkurencyjnego. Oznacza to, że widmo grozy zaślepiło zdolność zdrowego myślenia i nerwy pętakom puszczają...
Widocznie ludzie Michnika nie odrobili lekcji, albo byli wtedy na wagarach, gdyż tę zasadę znają nawet początkujący „piarowcy”.
Oczywiste jest, że skoro entuzjaści „ludzi honoru” od Kiszczaka i Jaruzelskiego kogoś krytykują i mieszają z błotem, to znaczy że jest on godzien najwyższego poważania.
Na dobrą sprawę Tomasz Sakiewicz z zespołem nie powinni wydawać za promocję gazety ani złotówki - robotę załatwiła za nich „Gazeta Wyborcza”.
Szczególnie pięknie zasłużyła się niejaka Zofia Naszkowska – redaktor-geriatryk z „rodziny agora” , która w sposób zbliżony do wypracowania gimnazjalisty, „pięknie” opisała nowy dziennik.
Czyta się to jak niegdysiejszą „Satyrę w krótkich spodenkach” z ostatniej strony „Przekroju”*)
Gdyby tylko red. Naszkowska była o 60-65 lat młodsza.... wszystko by się zgadzało.
No, nie ma jak nieudolna, grafomańska krytyka... to już zbytek łaski.
Naszkowska nawet „robi” za fachowca od layotu, który to w nowej gazecie według niej „trąci myszką”.
Pozwalając sobie na odrobinę złośliwości napiszę tylko (jako grafik), że layout jest zupełnie przyzwoity, a „trąci” to może tylko „myszka” Naszkowskiej... czego jej oraz otoczeniu jej nie życzę.

---------------------------------------------
*) W latach 60-70 na łamach „Przekroju” zamieszczano w rubryce „Satyra w krótkich spodenkach” humor dziecięcy czyli śmieszne fragmenty wypracowań lub wypowiedzi dzieci.

piątek, 24 kwietnia 2009

Chór Wujów

Zbliżą się ustalony odgórnie termin bojkotu TVP. Ogłosił go artysta Seweryn Andrzej, a zorganizował medialnie Krauze Krzysztof.
Ma się odbyć trzeciego maja i polegać na wyłączeniu tego dnia prze obywateli odbiorników telewizyjnych i całkowitym olaniu publicznej telewizji.
Intencją organizatorów jest pokazanie, że mniejszości narodowe mocno się trzymają i jak chcą, to mogą zdrowo namieszać i wskazać reszcie narodu właściwą drogę.

Jak zwykle w takich przypadkach, całą sprawę diabli wezmą, choć dziś wiele osób deklaruje solidarność z pomysłodawcami. Gotów jestem założyć się, że trzeciego maja i tak, może prócz Seweryna i Krauzego reszta popatrzy w szklany ekran, choćby z ciekawości.
Zapewne stanie się tak, gdyż władze TVP skupione wokół „parszywego faszysty” Farfała zapowiedziały na trzeciego maja, moc atrakcji filmowych i rozrywkowych.

Wychodzi na to, że odrealniony „wuj” popierany przez innych pomniejszych niedocenionych „wujów” próbuje tylko totalnie namieszać, a ma to na celu pokazanie się i autolansik niedolansowanych.

Inicjatorami akcji są osobnicy, którym nie przeszkadzało to, że telewizją rządzili (już za demokracji) Jerzy Urban, Andrzej Drawicz (donosiciel ubecki) i Robert Kwiatkowski (neokomuna aferalna). Wtedy było „cacy” – dziś jest „be”?
Zwłaszcza za panowania w/w indywiduów, większość dziś protestujących byli potulnymi barankami i raczej nic im nie przeszkadzało.
(Nie)świadomie wyrobili w ten sposób model „artsty-prostytutki”, który całkowicie im odpowiadał, i który udanie stosowali przez okres panowania wszystkich kolejnych szefów Radiokomitetu.
Dodając, że niektórzy z nich wasalizm artystyczny ćwiczyli już dużo wcześniej, za panowania osławionego „Maciusia” Szczepańskiego, Józefa Bareckiego czy Zdziasława Balickiego (a nawet Włodzimierza Skorskiego) można powiedzieć o zachowaniu ciągłości idei prostytucji twórczej.
A tu nagle im się Farfał nie podoba!
Że faszysta, że niedobry, że... jeszcze coś tam.
Musiał chłop im złego coś zrobić, podpadł na całej linii jednym słowem.
Nie przymierzając, może jak europoseł Golik – dopuścił się gwałtu na prostytutce....?

Oczywiście najgoręcej klaszcze w brudne łapki „Gazeta Wyborcza” podpuszcza i jątrzy.
Przejęła patronat duchowy oraz ideologiczny.
Wybrała sobie „ałtorytyty” i robi zadymkę.

Odkurzyła i dolała elekrolitu Edelmanowi, skaperowała dyspozycyjnego Wajdę, sięgnęła po duchem wielkich a talentem miernych: Holland, Kutza, Szczepkowską, Nowickiego – wierną wspólnotę „Rodziny Agora”.

Zabawna ta akcja i budząca ze wszech miar współczucie dla byłych artystów. Co bowiem pozostaje Edelmanowi, który prawdopodobnie nie wie już o co chodzi, ale tak na wszelki wypadek wszystkich powyzywa od faszytsów i będzie się cieszył (wg Edelmana wszyscy są faszystami prócz jego i Michnika oraz kilku innych znajomych najgłośniej mu klaszczących)?
Co pozostaje Agnieszce Holland, specjalistce od gniotów za wielką kasę, Kutzowi pasącemu się już od dłuższego czasu na „łączce geriatrycznej”, zapomnianej Szczepkowskiej, której jedyną zasługą było odtrąbienie niegdyś, że skończył się komunizm (tak sobie to sprytnie wyliczyła) czy wreszcie Nowickiemu – zblazowanemu byłemu aktorowi, który za sprawą starczej choroby, dziecinnieje w tempie zastraszającym (osiągnął już poziom umysłowy Misia Koterskiego)

Co im pozostaje? Skoro deski teatrów są już za twarde, głowa nie ta, a koncypowanie sprawia ból, jedynie działanie we wspólnej akcji, działanie w grupie „Rodziny Agora” może przypomnieć o nich.
Oczywiście nie tylko „gwiazdorzy” podpisują się pod tym wielkim i ogólnonarodowym zrywem antyfarfałowym. Są też pomniejsze gwiazdki i gwiazdeczki oraz organizacje do takich celów powołane (ma tu na myśli stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita propagującą bliską „GW” myśl, że wszystko dobre co wyłącznie semickie).

Trzeciego maja zatem, odbędzie się wielki ogólnopolski protest i artystyczna awangarda poprowadzi naród na Belweder (tfu.. przepraszam!) na Radiokomitet.
A w pierwszym szeregu będzie zapewne kroczył ze sztandarem „Precz z Wajdą w publicznej telewizji” sam... Andrzej Wajda, gdyż właśnie na 3. maja zaplanowano w TVP emisję jego dzieła Pan Tadeusz.

Jako żywo przypomina to słynny gest Lecha Wałęsy, który deklarował, że z chęcią poprowadzi tłum na Belweder, w którym urzęduje... Lech Wałęsa.
Będzie masa ubawu i śmiechu.
Liczę też, że w finalnej części imprezy wystąpi wielki Chór Wujów złożony z całej „Rodziny Agora”, co na bieżąco relacjonować będą TVN i Polsat, a na drugi dzień nie omieszka opisać „Gazeta Wyborcza”.
„Jak Oni śpiewają”?!


P.S. Tak dla wyjaśnienia. Nie należę do wielbicieli Prezesa Piotra Farfała, wręcz życzę mu jak najgorzej.



wtorek, 31 marca 2009

Farfał – dobroczyńca „wyborczy”?

Nie ma nic piękniejszego i radującego serce jak piana na gębach półinteligencji z Agory.
Za sprawą publicznej telewizji, już od dłuższego czasu pieni się ze wściekłości cała Czerska i okolice.
Dziś w „wyborczej” zapienili się mocno (z gniewu i bólu) niejaka Kublikowa i „Tow. Grucha” czyli Chuchnowski. Wojciech.

Boli ich Farłał.
Ja jestem zdrowy i mnie Fafał aż tak nie boli, mimo że mam jego osobę głęboko w ... poważaniu, podobnie zresztą jak jego przeszłość. Fajnie, że „wyborczą” coś boli, bo znaczy to że żyje (jak mawiają schorowani emeryci). I tu wielka zasługa właśnie Farfała.
O czym by biedna redakcja miała pisać, gdyby nie Farfał i jemu podobni?
Co by mogli piętnować, kogo potępiać?

A tak Farfał i reszta z Woronicza wyczerpują roczną (a może i nawet dwuletnią) dawkę faszyzmu, antysemityzmu, ksenofobii i czegoś tam jeszcze, potrzebne „GW” do prawidłowego funkcjonowania. Coś jak z misiem koala. Zemrze jak nie dostanie określonego pożywienia (przepraszam misia za porównanie z Michnikiem)

Na pierwszy rzut oka „wzorzec dziennikarskiej rzetelności” (czyli „GW”) próbuje zniszczyć swojego dobroczyńcę. Nie dajmy się jednak zwieźć pozorom, to tylko taka gra.
Nie rżnie się przecież gałęzi, na której się wraz z całym biurem politycznym „Agory” siedzi.
Domagając się ustąpienia Farfała, „gazeta” tak naprawdę chce aby Farfał został.
Świadczyć o tym mogą jakieś kompletnie bzdurnie argumenty oraz zaangażowanie do całej „operacji piana” instytucji tak skrajnie durnej jak „Otwarta Rzeczpospolita” .
Jak bowiem inaczej można nazwać kompletny brak logiki w działaniu i brak konsekwencji myślowej, jak nie durnotą?

Tak więc „Otwarta Rzeczpospolita” wystosowała list otwarty do wszystkich świętych (marszałka sejmu, senatu, premiera, ministra skarbu, posłów, senatorów,... brakuje tylko rabinów, prezydenta stolicy oraz Joli Rutowicz) przeciw Farfałowi, a „GW” go z namaszczeniem zamieściła i podpięła pod tekst Kublik i Czuchnowskiego.

List podpisali niejaka Sawicka Paula jako prezes i Jedlicki Jerzy jako dodatek do Sawickiej.
Zwłaszcza Jedlicki, profesor Instytutu Historii PAN jest osobą o wielkim autorytecie wśród „gazetkowej” braci. Były stalinista, komunista i demagog. Wielki obrońca czci Jaruzelskiego i mały tchórz ukrywający się przed wymiarem sprawiedliwości (sprawa z powództwa NOP) – lepszego życiorysu nie można sobie w środowisku „GW” wymarzyć.

Sam list jest bełkotem nawiedzonego, strumieniem żałosnych łez i iście leninowskich pomysłów w stosowaniu prawa. Dlatego też całą sprawę należy traktować humorystycznie i jako infantylny nie najlepszy dowcip. Myślę, że pomysłodawcy tej epistoły sami zdają sobie sprawę z własnej śmieszności i tego, że list ów z racji tego, że elektroniczny nawet na gwóźdź w „sławojce” się nie nadaje.
Dlatego jest nawet wysoce prawdopodobne, że jeżeli coś się w sprawie nie zmieni (a się na 100% w najbliższym czasie nie zmieni), to Sawicka z Jedlickim wyjdą w proteście na ulice i będą sami zatrzymywać wypełzający z gmachu TVP faszyzm.

„Zwracamy się do Państwa w poczuciu obywatelskiej bezradności wobec sytuacji związanej z powołaniem na p.o. prezesa TVP byłego neofaszysty Piotra Farfała....”
I słusznie prawi „wyborcza” poprzez Sawicką & Co.
Zastanawiam się tylko co wstrzymywało ich przez napisaniem niegdyś podobnego protestu rozpoczynającego się od słów: „Zwracamy się do Państwa w poczuciu obywatelskiej bezradności wobec sytuacji związanej z powołaniem na urząd Ministra Spraw Zagranicznych byłego komunisty z dwudziestoletnim stażem Bronisława Geremka....” lub coś w tym stylu.
Czyżby kesenofobia twórców „Otwartej Rzeczpospolitej” i „wyborczej”?

Oj, brzydko się bawicie Farfałem, nawet jeżeli to tylko taka gra.
A kto Wam przywrócił postkomunę – kwiatkowszczyznę w telewizji?
Szybko, rączki na kołdrę!

-------------------------------------------------------------------
Słodki sen Czuchnowskiego i Kublikowej