sobota, 4 kwietnia 2009

Marian Palikot: kim był?

Czy ojciec Janusza Palikota był szmalcownikiem?
Od dłuższego już czasu krążą takie informacje, zarówno przekazywane ustnie jak i publikowane w internecie. Trudno stwierdzić, nie zagłębiwszy się uprzednio w stosowne dokumenty i długie dyskusje ze świadkami okupacyjnych czasów z biłgorajskich okolic.

Nie jestem historykiem i sam nie jestem w stanie, jak choćby naukowcy z IPN zbadać to i naświetlić, dlatego trudno mi jednoznacznie ocenić podane w sieci wiadomości i sensacje dotyczące przodka Janusza Palikota. Gdyby ta informacja o „szmalcowaniu” ojca posła Palikota okazała się prawdziwa, byłby to swoisty chichot losu z uwagi na wyjątkowo „demokratyczno-europejskie” poglądy posła oraz deklarowaną prawomyślność i uczciwość do trzeciego pokolenia wstecz. Oczywiście było by to też znakomite uzupełnienie „dziadka z Wehrmachtu” Premiera Tuska.

Tu chcę zaznaczyć, że nie mam zamiaru oceniać – domniemanej lub prawdziwej historii Mariana Palikota. Jeżeli doniesienia by się potwierdziły, rzuciły by tylko nowe światło na rodzinną przeszłość posła i ujawniły genezę jego poglądów oraz sposób-metodę dochodzenia do wielkich pieniędzy.

W ten sam sposób stara się dziś insynuować alkoholizm, choroby umysłowe i inne Bóg wie jeszcze jakie przypadłości Prezydentowi Polski Lechowi Kaczyńskiemu. Janusz Palikot nie ma zahamowań nawet przed pomówieniami i sponsorowaniem „lewcych” dowodów na przynależności do KPP dziadka Prezydenta . Dlaczego więc nie rzucić okiem na ojca „kryształowego” posła PO?

Pan Marian Palikot, w czasach gdy biedna zamojszczyzna wylizywała się z biedy i ran po hitlerowskiej okupacji, należał do zamożniejszych obywateli miasta Biłgoraja. Był właścicielem sklepu wędliniarskiego. Skąd wziął się majątek w czasach gdy zamojska ludność nie ocaliła nic z dawnego dobytku a i komuniści nie dawali się dorobić „na własnym”? Dużo światła na sprawę rzucają znalezione w internecie informacje dotyczące samego Biłgoraja i żydowskiej społeczności pochodzącej z tych terenów.

Wiadomo, że w Biłgoraju w latach 1940-1943 hitlerowcy utworzyli getto. Spędzano do niego okolicznych Żydów. W okresie szczytowym przetrzymywano w nim 25000 Żydów. Wielu z nich z obozu uciekło. Ukrywali się oni w okolicznych gospodarstwach oraz lasach. Niestety, wielu też na skutek denuncjacji zostało przez hitlerowców złapanych i zamordowanych. Części udało się przeżyć dzięki pomocy aktywnie działającej w tym okręgu AK i BCh.

Ukrywający się Żydzi kosztownościami płacili za życie i milczenie tym, którzy na ich nieszczęściu postanowili zbudować własną fortuną. Do dziś opowiada się o grupie młodych chłopaków z Biłgoraja, którzy za złote monety i inne dobra nosili do lasu chleb i mąkę. Zdarzało się też, że ich „klienci” po kilku dniach byli namierzani przez hitlerowców. Ale to tylko opowieści. Faktem jest, że Marian Palikot po wojnie zapisał się do PZPR i otworzył sklep wędliniarski. Na tle reszty biłgorajskiej biedoty, można powiedzieć, że był człowiekiem zamożnym.

Zdaję sobie sprawę, że zapewne historycy potrafią znaleźć w przepastnych archiwach jakieś informacje na powyższy temat i podanie właściwych faktów i rzeczywistych losów wojennych ojca posła Palikota nie będzie zbyt trudne.

Mając jednak na uwadze koneksje głównego „fundatora PO” i „dobroczyńcy finansowego” obecnej władzy liczę na bezinteresowność i patriotyczne postawy historyków-wolontariuszy w powyższej sprawie (niestety nie jestem Palikotem i nie zapłacę 10 000 zł za sfabrykowanie dowodów J)
Zachęcam zatem i aby rozwiać wszelkie wątpliwości w sprawie, ogłaszam iż historykowi/badaczowi, który przedstawi przekonujące materiały (zeznania ocalałych obywateli żydowskich, polskich świadków) obiecam dozgonną wdzięczność i wielkie uznanie.

Oczywiście wszystkie te materiały zostaną opublikowane bez wyjątku z podziękowaniami dla zacnego dobroczyńcy.
Może się zdarzyć, że będzie co czytać! O swoim ojcu Janusz Palikot pisał: „Ojciec Marian: patriota, człowiek z zasadami, wierny tradycyjnym wartościom. - Mieliśmy trudny kontakt. Nie obyło się bez konfliktów. Dziś wiem, że musiało dojść między nami do konfrontacji, żebym mógł stać się sobą. Umarł w 1992 roku... Nie przeprowadziliśmy ze sobą tej najważniejszej rozmowy.”
Właśnie, czego nie powiedział Januszowi Palikotowi ojciec? O czym mogła traktować najważniejsza rozmowa? Może nadesłane dokumenty coś wyjaśnią?
Pożyjemy – zobaczymy.


P.S> Znalazłem w necie taki oto fragment listu niektórych mieszkańców Biłgoraja skierowanego do zacnych włodarzy miasta.
(...) Może teraz zbudzą się sumienia, zabraliśmy Wam przecież domy, zabraliśmy Wam synagogę zabraliśmy Wam cmentarze. Może teraz zbierze się Rada Miejska i podejmie uchwały, by zwrócić to co bezprawnie do majątku miejskiego trafiło, może nie będzie się wreszcie zasłaniać niewiedzą, brakiem społecznego przyzwolenia, czy literą prawa uchwalonego w latach czterdziestych przez zdrajców i zaprzańców. Wierzymy w opamiętanie samorządowców, będziemy im jego brak wypominać przy każdej okazji, będziemy pytać o te problemy przed i po wyborach samorządowych. Nie odpuścimy, bo nie chcemy żyć w mieście szmalcowników. Nie chcemy używać majątku bezbronnych i skrzywdzonych.(...)

środa, 1 kwietnia 2009

„Janusz, nie odłączaj mi prądu...” - bomba sezonu!

No i mamy kolejną bombę!
Mimo, że już samego rana zablokowana została (przez nieznane osoby) dystrybucja poczytnej bulwarówki, informacja – news dnia dotarł do opinii publicznej.

Palikot gnębi byłego kochanka!
To nie żarty. Reporterzy czołowego polskiego tabloidu dotarli do mężczyzny, który (zachowując swoją anonimowość) przekazał sporą garść informacji na temat prominentnego polityka PO i jego najbardziej skrywanych tajemnic z życia intymnego.

Bogdan C. zwany pieszczotliwie „Ciupciucha” przerwał milczenie i narażając się na wielki gniew ze strony posła, opowiedział o wielkiej miłości, planach na życie a w końcowym okresie znajomości – nienawiści i prześladowaniu go przez ukochanego.

Dzięki zaprzyjaźnionym transportowcom z kolportażu, którym udało się ocalić kilka numerów wycofanego dziennika można teraz (poniżej) zapoznać się z treścią całego wywiadu.
Dziękujemy!

„Janusz, nie odłączaj mi prądu...!”


Tabloid: Panie Bogdanie, jak doszło do spotkania Pana i Janusza Palikota. Kiedy, gdzie...
Bogdan C.:
Poznaliśmy się na imprezce. Spodobał mi się przystojny facet z lwią grzywą i dużym podgardlem w koszulce „jestem z SLD”. Rozmawialiśmy chwilę i zaiskrzyło. Do końca imprezy tańczyliśmy tylko ze sobą. Później dowiedziałem się, że wcale nie jest z SLD i tylko tak się chwali, ale miłość zwyciężyła.
Tabloid: Nie bał się Pan wiązać z osobą o tak wielkim temperamencie i zaskakujących pomysłach, - z osobą nieobliczalną.
Bogdan C.: To tylko dodawało smaczku naszemu związkowi. Janusz kupował różne ciekawe gadżety erotyczne - to taki mały świrek :). Raz z pracy przyniósł sztucznego penisa i pistolet. Ubaw był do rana. Nie zawsze jednak było tak ciepło i radośnie. Któregoś razu na przykład przyniósł łeb świński. Nie bardzo wiedzieliśmy co z tym się robi, ale zadzwoniłem do Roberta (Biedronia – przyp. red) i on coś fajnego wymyślił.
Tabloid: Ile trwał wasz związek
Bogdan C: Oj, długo chyba rok. Wiele rzeczy musiałem Januszowi pokazać i wprowadzić Go w głąb tęczowego świata. Na to potrzeba czasu. Proszę wziąć pod uwagę, że konieczne było wpierw wydobyć go z „heteryzmu” Brr....
Tabloid: Czy udało się to całkowicie...
Bodgan C: Tak! Oczywiście. Janusz już po dwóch tygodniach zapomniał o współżyciu z kobietami i traktował je wyłącznie jak koleżanki. Pożyczał lakier do paznokci i tipsy, chodził na plotki. Raz nawet zrobił sobie trwałą ondulację i pomalował oczy. Lubił wtedy jak mówiłem do niego „Janina”.
Tabloid: Co się zatem stało, że Wasz związek nie przetrwał
Bogdan C: Janina,... przepraszam Janusz był łakomym kąskiem dla wielu chłopaków. Szczególnie po tym jak zaczął zakładać T-shirt z napisem „jestem gejem”. Jasno dał znać otoczeniu o swoich zainteresowaniach. Adoratorzy nie odstępowali Go. Ten świat pociągnął Go bez reszty. Bywało, że wracając z pracy zastawałem w naszym mieszkaniu Stefana Niesiołowskiego czy też Cezarego Chlebowskiego. Janusz tłumaczył mi, że tylko przygotowują projekt poselski czy coś podobnego. Taki pic, ze niby głupi jestem i nic się nie domyślę. Wielokrotnie wracał do domu po alkoholu, z malinkami na podgardlu. Wreszcie któregoś dnia oświadczył, że to koniec. Dał mi 50 złotych, dwie butelki „Gorzkiej” i wyprowadził się z mieszkania.
Tabloid: Tak tanio Pana wycenił...
Bogdan C:
Właśnie! Za rok poświęcenia. Za rok, który w całości oddałem jemu i jego fantazjom, tylko 50 zł.... „Gorzką” już wypiłem, pięć dych mam – trzymam na pamiątkę.
To okrutny człowiek, ale.... nadal go kocham. Kocham mimo, że posunął się do strasznych czynów. Np. niedawno odłączył mi prąd w mieszkaniu. Siedzą teraz przy świeczce, ale... ona przynajmniej przypomina mi Janusza...

Tabloid: Panie Bogdanie, co dalej? Czy kontaktujecie się jeszcze Panowie ze sobą
Bogdan C: Od naszego rozstania tylko raz się spotkaliśmy. Janusz zostawił u mnie stringi, więc umówiłem się z nim na mieście , aby mu je oddać. W trakcie naszego spotkania dowiedziałem się, że wiążąc się ze mną Janina...przepraszam Janusz nie był prawiczkiem. Miał stosunki jakieś z kilkoma studentami. Nazywał ich słupy. Gratuluję chłopakom, że natura tak hojnie ich obdarowała, tylko mógł nie robić mi tą opowieścią kolejnej przykrości. Okrutny człowiek, kolejny raz mnie zranił. Teraz mimo, że znalazłem jego spiralę doodbytniczą już nie zadzwonię.
Tabloid: Co będzie dalej? Czy za stracone nadziej pozwie Pan Palokota do sądu
Bogdan C: No, zastanawiam się. Kontaktowałem się już z Panem Giertchem, który reprezentuje Panią Palikotową (byłą żonę posła Palikota – przyp. red.), ale mam opory. Wie Pan ja Go ciągle kocham.... wiele jestem w stanie mu wybaczyć.
Tylko Janusz, nie odłączaj mi prądu....

wtorek, 31 marca 2009

Farfał – dobroczyńca „wyborczy”?

Nie ma nic piękniejszego i radującego serce jak piana na gębach półinteligencji z Agory.
Za sprawą publicznej telewizji, już od dłuższego czasu pieni się ze wściekłości cała Czerska i okolice.
Dziś w „wyborczej” zapienili się mocno (z gniewu i bólu) niejaka Kublikowa i „Tow. Grucha” czyli Chuchnowski. Wojciech.

Boli ich Farłał.
Ja jestem zdrowy i mnie Fafał aż tak nie boli, mimo że mam jego osobę głęboko w ... poważaniu, podobnie zresztą jak jego przeszłość. Fajnie, że „wyborczą” coś boli, bo znaczy to że żyje (jak mawiają schorowani emeryci). I tu wielka zasługa właśnie Farfała.
O czym by biedna redakcja miała pisać, gdyby nie Farfał i jemu podobni?
Co by mogli piętnować, kogo potępiać?

A tak Farfał i reszta z Woronicza wyczerpują roczną (a może i nawet dwuletnią) dawkę faszyzmu, antysemityzmu, ksenofobii i czegoś tam jeszcze, potrzebne „GW” do prawidłowego funkcjonowania. Coś jak z misiem koala. Zemrze jak nie dostanie określonego pożywienia (przepraszam misia za porównanie z Michnikiem)

Na pierwszy rzut oka „wzorzec dziennikarskiej rzetelności” (czyli „GW”) próbuje zniszczyć swojego dobroczyńcę. Nie dajmy się jednak zwieźć pozorom, to tylko taka gra.
Nie rżnie się przecież gałęzi, na której się wraz z całym biurem politycznym „Agory” siedzi.
Domagając się ustąpienia Farfała, „gazeta” tak naprawdę chce aby Farfał został.
Świadczyć o tym mogą jakieś kompletnie bzdurnie argumenty oraz zaangażowanie do całej „operacji piana” instytucji tak skrajnie durnej jak „Otwarta Rzeczpospolita” .
Jak bowiem inaczej można nazwać kompletny brak logiki w działaniu i brak konsekwencji myślowej, jak nie durnotą?

Tak więc „Otwarta Rzeczpospolita” wystosowała list otwarty do wszystkich świętych (marszałka sejmu, senatu, premiera, ministra skarbu, posłów, senatorów,... brakuje tylko rabinów, prezydenta stolicy oraz Joli Rutowicz) przeciw Farfałowi, a „GW” go z namaszczeniem zamieściła i podpięła pod tekst Kublik i Czuchnowskiego.

List podpisali niejaka Sawicka Paula jako prezes i Jedlicki Jerzy jako dodatek do Sawickiej.
Zwłaszcza Jedlicki, profesor Instytutu Historii PAN jest osobą o wielkim autorytecie wśród „gazetkowej” braci. Były stalinista, komunista i demagog. Wielki obrońca czci Jaruzelskiego i mały tchórz ukrywający się przed wymiarem sprawiedliwości (sprawa z powództwa NOP) – lepszego życiorysu nie można sobie w środowisku „GW” wymarzyć.

Sam list jest bełkotem nawiedzonego, strumieniem żałosnych łez i iście leninowskich pomysłów w stosowaniu prawa. Dlatego też całą sprawę należy traktować humorystycznie i jako infantylny nie najlepszy dowcip. Myślę, że pomysłodawcy tej epistoły sami zdają sobie sprawę z własnej śmieszności i tego, że list ów z racji tego, że elektroniczny nawet na gwóźdź w „sławojce” się nie nadaje.
Dlatego jest nawet wysoce prawdopodobne, że jeżeli coś się w sprawie nie zmieni (a się na 100% w najbliższym czasie nie zmieni), to Sawicka z Jedlickim wyjdą w proteście na ulice i będą sami zatrzymywać wypełzający z gmachu TVP faszyzm.

„Zwracamy się do Państwa w poczuciu obywatelskiej bezradności wobec sytuacji związanej z powołaniem na p.o. prezesa TVP byłego neofaszysty Piotra Farfała....”
I słusznie prawi „wyborcza” poprzez Sawicką & Co.
Zastanawiam się tylko co wstrzymywało ich przez napisaniem niegdyś podobnego protestu rozpoczynającego się od słów: „Zwracamy się do Państwa w poczuciu obywatelskiej bezradności wobec sytuacji związanej z powołaniem na urząd Ministra Spraw Zagranicznych byłego komunisty z dwudziestoletnim stażem Bronisława Geremka....” lub coś w tym stylu.
Czyżby kesenofobia twórców „Otwartej Rzeczpospolitej” i „wyborczej”?

Oj, brzydko się bawicie Farfałem, nawet jeżeli to tylko taka gra.
A kto Wam przywrócił postkomunę – kwiatkowszczyznę w telewizji?
Szybko, rączki na kołdrę!

-------------------------------------------------------------------
Słodki sen Czuchnowskiego i Kublikowej

niedziela, 29 marca 2009

Różne różności: ZAJĄCZEK i GADKI-WŁADKI

Adam Michnik pokazuje „zajączka” Czesławowi Kiszczakowi i recytuje wierszyk pt. „Zajączek”.



















Pewien mały zajączek
Odchodził z bagnistych łączek
Pożegnał dobrego ojca
I brata szaraka-czerwońca
„Kochani powiem szczerze
już chyba Wam nie wierzę
(i znaczek z „rebionkiem” schował)
Od teraz będę wojował
Na przykład będę odważny
Taki groźny i ważny
Zamieszkam na pięknej łące
Gdzie żyją inne zające
I będę wstawiał bajery
Że jestem dobry i szczery
Zakrzyknął: „Uwolnić szaraka
- To nowa dewiza taka”
I odszedł z bagnistych łączek
Wyzwolony zajączek
A później został VIPem
Oczywiście „na lipę”
Na nowej pięknej łące
Gdzie rosły kwiaty pachnące
Lecz tak rył i lał wodę
Że zniszczył całą przyrodę
I zrobił to czego pragnął
Z kwiecistej łąki - bagno

---------------------------------------------------------

Adam Michnik znów po latach pokazuje „zajączka”.
















Już nie ma kwiecistych łączek
Dobrze się sprawił zajączek!


---------- a teraz z innej beczki ---------------
GADKI-WŁADKI

poniedziałek, 23 marca 2009

Kolejny eurowyborczy hit Platformy!

Jak podają źródła zbliżone do elit rządowych. Platforma Obywatelska ma dla swoich sympatyków kolejną „bombę”.

Powszechnie wiadomo, że kompletowana jest lista kandydatów z ramienia PO do Europejskiego Parlamentu. Kierownictwo Partii namawia wszystkich, którym bliska jest idea liberalizmu i wolności gospodarczej do zasilenia szeregów grupy kandydackiej.

W ten sposób z list Platformy Obywatelskiej o mandat europosła ubiegać się będą szczególnie ideowo związani z Partią eurofachowcy, tacy jak: Paweł Zalewski, Danuta Huebner, Marian Krzaklewski i wielu, wielu innych.

Do tej pory największym hitem, czy jak kto woli przebojem było umiejętne „podkupienie” eseldowcom sympatycznej Pani Danusi oraz namówienie na start w eurowyborach „pięknego Maryjana”. Niczym to jednak jest przy kolejnej szykowanej bombie!

Podobno, po osobistym spotkaniu i nocnej dyskusji z Donaldem Tuskiem na start w eurowyborach z ramienia PO zgodził się słynny Krzysztof Kononowicz (hasłem przewodnim spotkania Tusk-Kononowicz było „Ja prawie Prezydent – Ty prawie Prezydent”).
















Do szczególnych zabiegów o osobę byłego kandydata na Prezydenta RP, włodarzy Platformy skłoniły jasne i czyste intencje Kononowicza oraz bliskie sercom liberałów hasło „Żeby nie było niczego”.

W końcu tego pragnie zarówno Platforma Obywatelska jak i wszyscy popierani przez nią kandydaci.

(DUPO – Dział Usług Propagandy Obywatelskiej)


P.S. Z ostatniej chwili!

Przybył nowy kandydat (a właściwie kandydatka). Wielka miłośniczka Pana Premiera i całej Platformy Obywatelskiej Jolanta Rutowicz zgodziła się oddać swoją sympatyczną osobę do dyspozycji partii i kandydować w wyborach do europarlamentu.


Na szczęście w kraju pozostaje Zbigniew Chlebowski, nie będzie więc żalu pozbywać się z kraju osoby o tak wielkim intelekcie.

niedziela, 22 marca 2009

Konkurs na warszawskie ciastko – „Bufetka”



















Urząd Miasta Stołecznego Warszawy wpadł na niecodzienny pomysł. Zorganizował konkurs na warszawskie ciastko. No, bo też Warszawa, Stolica odstaje wyraźnie od innych miast w temacie wypieków czy innych cukierniczo-piekakarniczych wykwintów.

Ma Kraków swoją mieszankę, Poznań swoją bułkę czy też Krym swoje krymówki. Nawet żadnego półproduktu Warszawa nie posiada jak choćby Wrocław, który na ten przykład ma swoją mąkę.
Szybko na to uchybienie zareagował Urząd M.St. Warszawy a przede wszystkim Pani Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Pani Hania, znana wielbicielka wszelkich rodzajów słodkości, a przede wszystkim naszego słodkiego Pana Tuska postanowiła podzielić się słodyczą z mieszkańcami Stolicy.
Ciastka są (zaraz po Panu Premierze) szczególnie wielbione przez Panią Prezydent, toteż właśnie one wyłonią spośród siebie, ten jedyny i najbardziej warszawski łakoć.

I ja postanowiłem wziąć udział w konkursie na ciastko-symbol Stolicy.
Moja propozycja to wysokokaloryczny produkt naturalny, na bazie zakupionych uprzednio produktów cukierniczych (czyli bajadera) o brzmiącej nazwie „BUFETKA”.
Chciałem tym samym, aby nazwa była prosta i symbolizowała łatwość wytwarzania ciastka z wyniosłą osobą dumnej Pani Prezydent Stolicy.

Prosty przepis na Bufetkę:

Składniki:
3 ciastka różne,
½ kg cukru
szklanka wody
barwniki spożywcze – różowy, czerwony, pomarańczowy
dziewięć ziaren pieprzu
mąka ziemniaczana
10 dkg czekolady
mały wafel
5 dkg cukierków-kulek „biała perła”
bita śmietana
fotografia Pani Prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz


Kupujemy trzy ciastka.

Miażdżymy wszystkie, a następnie zagniatamy dolewając syrop z wody i cukru oraz dodajemy łyżkę mąki ziemniaczanej.

Gdy produkt jest już doprowadzony do konsystencji jednolitej masy, dosypujemy dziewięć ziaren pieprzu. Ma to na celu zapobiec przesadnemu zasłodzeniu konsumenta jak też być delikatną aluzją do wystąpień Pani Prezydent. Sypiemy trzy ziarna pieprzu, a następnie po kilku sekundach kolejne trzy i znów kolejne trzy – w myśl powiedzenie „pieprzyć trzy po trzy”

Gdy masa jest już gotowa dzielimy ją na dwie równe części. Z jednej z nich formujemy dwa krótkie wałki oraz kulkę. Z pozostałej części dużą kulę.

Lepimy postać na wzór osoby ze zdjęcia i wstawiamy do lodówki na około 20 minut.

Uprzednio przygotowany wafel w kształcie owalu zamaczamy w rozpuszczanej czekoladzie.

Naklejamy na niego przygotowane, pomalowane barwnikiem spożywczym cukrowe logo Platformy Obywatelskiej. Kleimy na syrop z cukru i wody. Odstawiamy do ostygnięcia.

Przygotowujemy lukier cukrowy i barwimy go na różowo (barwnikiem spożywczym)

Wyjętą z lodówki bajaderę zanurzamy z lukrze. Wyjmujemy po chwili i wstawiamy ponownie do lodówki na 5-10 minut.

Po wyjęciu pozostaje tylko najprzyjemniejszy moment dekoracji (jak na zdjęciu). Włosy wykonujemy z masy czekoladowej, podobnie jak zarys dziurek w nosie, ust oraz oczu. „Biała perełka” posłuży jako uzębienie.

Przytwierdzamy do postaci (syropem z cukru) wafel z logiem PO. Jeszcze tylko mały „zawijasek” z lukru w tylniej dolnej części i Bufetka gotowa!

Można dodatkowo ozdobić ją pianą z bitej śmietany – teraz możemy cieszyć oczy naszym dziełem!

Smacznego!


piątek, 20 marca 2009

Mędrzec z Odbytu Niewiedzy

Odradzająca się lewica, wybudza z letargu kolejnych uśpionych intelektualistów. W bólach budzi się myśliciel na miarę ugrupowania, które reprezentuje. Wiadomo, że przedstawiciel klasycznej lewicy nie może być zbyt mądry, ani zbyt inteligentny, bo to zaprzeczało by jego lumpen-proletariackim korzeniom oraz prostym i siermiężnym poglądom, ale ten o którym piszę jest wypisz-wymaluj modelowy.

To Waldemar Zboralski.
Lewicowy pederasta, emigrant, posiadacz męża i dyplomowany pielęgniarz oraz były kandydat do sejmu RP z ramienia (?) lewicy.

Zboralski dał się poznać jako pierwszy pederasta, który pojechał do Anglii aby wziąć państwowe pozwolenie na posiadanie kochanka, czy inaczej na legalne wkładanie sobie wzajemnie przyrodzenia w odbyt w majestacie prawa.
Oni (pederaści) mówią na to ślub i są strasznie przy tym poważni.
Taki się mądry od tego wkładania Zboralski zrobił, że jako pełny europejczyk całą gębą i odbytem, rady raczy dawać i autorytatywnie się wypowiadać w wielu kwestiach.

Dziś Onet.pl raczy internautów materiałem z lewicowego „Przeglądu” pt. „Nie poleciałam z Rokitą”. Są to spisane wynurzenia jakiejś Pani doktor, która strasznie przejęła się tym, że Jan Maria Rokita zażądał od Lufthansy odszkodowania w wysokości 300 tys. euro i postanowiła jak na spowiedzi „Przeglądowi” wszystko opowiedzieć.
Może kobicina liczyła na jakieś „ochłapy” od Lufthansy z w/w sumy, za przedstawienie wygodnej dla nich prawdy? Nie wiem. Nie byłem, nie widziałem.

Nie to jednak jest ciekawe.
Ciekawe jest to, że ni stąd, ni zowąd na końcu materiału, oddzielony trzema gwiazdkami jest komentarz Zboralskiego (jako integralna część przedruku z „Przeglądu”).
Co cholerę? Najwyraźniej autor artykułu (nawiasem mówiąc strasznego bełkotu) Leszek Konarski zapragnął swój materiał poprzeć jakimś autorytetem. Nie wiem tylko, czy językowym (sprawa dotyczy słów wypowiedzianych w języku angielskim przez Rokitę do stewardesy) czy może moralnym (naganność w ogóle odzywania się do stewardesy).

W każdym razie Zboralski jako wykształcony europejczyk pełnym odbytem, niemiłosiernie ruga Rokitę za używanie złych zwrotów anglojęzycznych i naśmiewa się z jego nieznajomości języków obcych. Ładnie to i naukowo gdy osoba ze wszech miar wykształcona piętnuje nieuctwo. Lecz gdy nieuk zarzuca komuś braki w wykształceniu, staje się sam pośmiewiskiem.

„Pan Rokita po angielsku powiedział "what do you do?" - co nie znaczy ABSOLUTNIE nic innego, jak tylko - co ty robisz zawodowo?...." instruuje nas znawca języka angielskiego Zboralski, gdy tymczasem sam o sobie (strona kandydata do sejmu) pisze: „Znajomość języków obcych: - biegła w mowie i piśmie: j. niemiecki (egzamin państwowy), - dobra w mowie i piśmie: j. angielski, - słaba: j. rosyjski.” Oznacza to, że kwestia sporna dotycząca powyższego zwrotu, który nie jest do końca jasny (zważywszy na kontekst wypowiedzi) pozostaje otwarta, bo Zboralski angielski zna na poziomie „ja mieć, ty móc...” (to oznacza w CV okreslenie- dobry), a sprawę rozpatrują zatrudnieni przez prokuraturę językoznawcy .

Na cymbała, w oczach internautów wychodzi oczywiście Waldemar Zboralski, który na dodatek nie jest w stanie skreślić nawet kilku słów w języku polskim. Błędy stylistyczne, myślowe. Brakuje tylko ortografów i lewicowiec całą gębą (odbytem).

Na super-bałwana w oczach internautów również wychodzi Zboralski, gdyż nie zauważył, że Polska już od jakiegoś czasu należy do UE i pisze: „(...) na niekorzyść pana Rokity: bo mało, że nie zna żadnego języka europejskiego poprawnie...” itd. itp.

Otóż Rokita zna europejski język. Zna język polski, w odróżnieniu od przeglądowego jurora, któremu prawdopodobnie na skutek zmęczenia odbytu w głowie się nieco pomieszało.