Kopacz z resztą komediantów peowskich próbują przedstawić skecz
kabaretów Ani Mru-Mru oraz Kabaretu Moralnego Niepokoju pt. Straszenie
PiSem. Nędzna podróbka :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 października 2015
wtorek, 3 lutego 2015
Chamski, przyzwoity i porywczy ćwok…
"– To ćwok największego kalibru – powiedział o polityku Prawa i Sprawiedliwości poseł Platformy
Obywatelskiej Stefan Niesiołowski, komentując żart Jana Tomaszewskiego, w
którym ten porównał minister Joannę Muchę do "krowy zapładnianej na
lodzie". – To co powiedział, to niebywałe chamstwo – uznał
Niesiołowski"
- Wprost 16.02.2012.
" – Do klubu PO przechodzi poseł Jan Tomaszewski.
Jestem jednym z tych osób, które to popierała - poinformował dzisiaj na konferencji prasowej Stefan Niesiołowski.
Polityk Platformy podkreślił, że choć Jan Tomaszewski jest czasem człowiekiem
bardzo porywczym, ale też przyzwoitym."
- Onet.pl 3.02.2014
Stefan, nie pij…
piątek, 10 maja 2013
Ryszard C., Grzegorz Ś. .... Donald T.?
„(...) Dziś w godzinach porannych, w Alejach
Ujazdowskich, pięćdziesięcioosmioletni Donald T. zaatakował ostrym narzędziem
grupę osób udających się do budynku Urzędu Rady Ministrów. Napastnik
wykrzykiwał „Won stąd... URM jest mój... won, bo zabiję...! Policja szybko
obezwładniła szaleńca (...)“
„(...) Prawdopodobnie niezrównoważony
psychicznie, siedemdziesięciojednoletni Stefan N. rzucił się z drewnianą
siatką na motyle, na grupę posłów udających się do gmachu Sejmu. Używał przy
tym wyjatkowo niecenzuralnych wyrazów. Z uwagi na wydobywający się
z ubrania napastnika nieprzyjemny fetor oraz ogromna ilość much krążących
wokoło jego osoby, do obezwładnienia szaleńca wezwano, prócz policji,
fukcjonariuszy Pogotowia Sanitarno-Epidemiologicznego (...)
Powyższe informacje są wprawdzie wymyślone,
ale nie oznacza to, że dalekie od rzeczywistości. Czego jak czego, ale
szaleńców u nas dostatek.
Wiąże się to z marną psychiką obywateli oraz
niestabilnym życiem społecznym.
Duży wpływ na zachwianie równowagi psychicznej
mają też, coraz częściej, urojenia spowodowane politycznym praniem mózgów.
Szczególną rolę odegrała tu pewna partia oraz
niektóre „jedynie słuszne“ prorządowe media.
Budowany od wielu lat przez PO „aparat
nienawiści“ zbiera żniwo i to nie tylko po stronie przeciwników politycznych.
Odtrąceni (z różnych przyczyn) i wykluczeni
z szeregów „jedynej siły narodu“ stają się niczym bezbronne dzieci –
niepotrzebni i samotni z wielkim poczuciem zagrożenia.
Pozbawieni przewodnika myślowego dokonuja
szaleńczych czynów, chcąc zagłuszyć rozpacz, zatuszować bezradność, udowodnić swoje oddanie.
Niejednokrotnie liczą na powrót do grona
partyjnych towarzyszy.
10. października 2010 roku, były członek PO –
Ryszard Cyba zamordował w biurze poselskim europosła Janusza Wojciechowskiego w
Łodzi – jego asystenta Marka Rosiaka oraz ranił drugiego asystenta - Pawła
Kowalskiego.
Podczas zatrzymania Cyba krzyczał,
że...“
chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego i nienawidzi PiS“ oraz „...żałuje,
że nie ma już broni, bo by
powystrzelał wszystkich pisowców„
8. maja 2013 roku, również były członek
krakowskich struktur PO – Grzegorz Ś. wtargnał swoim samochodem na dziedziniec
wawelski, grożąc zebranym tam turystom siekierą.
Wykrzykiwał przy tym: „Wynocha
stąd... Wawel jest mój!...“
Powyższe zdarzenie uświadamiają, że peowskie,
medialne pranie mózgów nie jest skierowane tylko przeciw politycznej opozycji
ale i zwykłym ludziom.
Ładnie się bawicie,
Panie i Panowie z PO...
Dziś pozostaje jedynie modlić się o to, by
zarówno Donalda Tuska jak i bardziej prominentnych działaczy Platformy
Obywatelskiej, w skutek różnych zakulisowych gierek nie usunieto, broń Boże z szeregów
partii.
Skoro taki Cyba i Grzegorz Ś. - szeregowi członkowie PO, zdolni byli do zachowań ekstremalnych, to strach pomyśleć jak
zachowałby się pan premier i jego zaufani po odejściu z platformy.
Może tylko "lajtowo" - tak jak na wstępie...?
poniedziałek, 7 listopada 2011
Możnowładca na zycbadzie w złotej czapce udziela audiencji prokuratorowi.
Ulubiony pieszczoch blogerów S24, były poseł ale jeszcze nie senator Jan Filip Libicki poczuł powiew własnej wielkości.
Nie stałem nigdy obok byłego posła Libickiego, więc trudno mi określić jak taki powiew pachnie, jednakowoż musi być to coś wspaniałego, bo Libicki dziś przeszedł sam siebie.
Do tej pory pisał nudne epistoły, obsesyjnie uderzając w PiS i Kaczyńskiego, coś na wzór Rudeckiej-Kalinowskiej (choć ona nie jest winna, bo jej tajemnicze głosy kazały).
Dziś Libicki, choć jeszcze nie senator ale już możnowładca i książe na Poznaniu pisze na swoim blogu: „Czy PiS jest legalną partią? To zbada Seremet” i wysyła do Prokuratora Generalnego list, by zajął się statutem Prawa i Sprawiedliwości (?!).
Pomysł jak na napompowanego jak balon „dyzia” z muchami w nosie przystało.
Głupi i dziecinny, ale ważna jest idea pomysłu i wyobrażenie o własnej wielkości jego autora.
Otóż piękny niczym umysł premiera, niczym twardziel nieogolony - książe z Poznania siedzi na zycbadzie w złotej czapce a przed nim klęczy Andrzej Seremet i odbiera od możnowładcy dyspozycje.
Dygnitorz kazali – urzędas musi – osobiście i natychmiast.... wykonać!
Jak to się ludziom w głowach od władzy miesza.
Mikry, w sposób okrutny urodziwy człowieczek, kiepskiej maści historyk i poseł, zmieniający partie jak ekipy F1 – opony, postanowił sobie, że czymś musi błyszczeć i coś udowodnić.
Teraz jego ofiarą padł prokurator Andrzej Seremet.
Sądzę, że jak natrętna mucha (tu może coś Niesiołowski powiedzieć o zachowaniach much) Libicki nie odpuści Seremetowi i będzie gnębił człowieka dotąd, aż ten w delikatny sposób nie da mu odpowiedzi w rodzaju „a od...psz się Pan”.
Choć Libickiemu trudno w to uwierzyć, Prokuratura Generalna nie jest na usługach posłów i senatorów.
Nie jest też na ich usługach Prokurator Generalny, co najwyraźniej Libickiemu się wydaje.
„Czy PiS jest legalną partią? To zbada Seremet” - ale kto zbada posła Libickiego?
Nie stałem nigdy obok byłego posła Libickiego, więc trudno mi określić jak taki powiew pachnie, jednakowoż musi być to coś wspaniałego, bo Libicki dziś przeszedł sam siebie.
Do tej pory pisał nudne epistoły, obsesyjnie uderzając w PiS i Kaczyńskiego, coś na wzór Rudeckiej-Kalinowskiej (choć ona nie jest winna, bo jej tajemnicze głosy kazały).
Dziś Libicki, choć jeszcze nie senator ale już możnowładca i książe na Poznaniu pisze na swoim blogu: „Czy PiS jest legalną partią? To zbada Seremet” i wysyła do Prokuratora Generalnego list, by zajął się statutem Prawa i Sprawiedliwości (?!).
Pomysł jak na napompowanego jak balon „dyzia” z muchami w nosie przystało.
Głupi i dziecinny, ale ważna jest idea pomysłu i wyobrażenie o własnej wielkości jego autora.
Otóż piękny niczym umysł premiera, niczym twardziel nieogolony - książe z Poznania siedzi na zycbadzie w złotej czapce a przed nim klęczy Andrzej Seremet i odbiera od możnowładcy dyspozycje.
Dygnitorz kazali – urzędas musi – osobiście i natychmiast.... wykonać!
Jak to się ludziom w głowach od władzy miesza.
Mikry, w sposób okrutny urodziwy człowieczek, kiepskiej maści historyk i poseł, zmieniający partie jak ekipy F1 – opony, postanowił sobie, że czymś musi błyszczeć i coś udowodnić.
Teraz jego ofiarą padł prokurator Andrzej Seremet.
Sądzę, że jak natrętna mucha (tu może coś Niesiołowski powiedzieć o zachowaniach much) Libicki nie odpuści Seremetowi i będzie gnębił człowieka dotąd, aż ten w delikatny sposób nie da mu odpowiedzi w rodzaju „a od...psz się Pan”.
Choć Libickiemu trudno w to uwierzyć, Prokuratura Generalna nie jest na usługach posłów i senatorów.
Nie jest też na ich usługach Prokurator Generalny, co najwyraźniej Libickiemu się wydaje.
„Czy PiS jest legalną partią? To zbada Seremet” - ale kto zbada posła Libickiego?
czwartek, 19 maja 2011
Idu faszysty, idu…
Śmiać się, płakać, zgłosić gdzieś...?
Lektura wypowiedzi „honorowego” prezesa SDP Stefana Bratkowskiego, dotyczącej powstającego w Polsce faszyzmu zmusza do zastanowienia się. Nie, żeby rwać włosy z głowy i rozdzierać szaty nad biedną ojczyzną wpadającą w łapy brudnych nazioli, lecz nad kondycją tzw. „autorytetów moralnych” III RP.
Autor, Stefan Bratkowski przez niektórych uznawany za pół-boga lub też nawet całego boga polskiego dziennikarstwa, z wiekiem staje się co raz to bardziej odważny i bezkompromisowy. Głosi, że PiS to faszyści a Kaczyński to Hitler czy też Mussolini J. Klaszczą mu podobni do niego spolegliwi przez lata, a w jesieni swojego życia heroicznie nastawieni do otaczającej rzeczywistości oraz młodzi, zdolni i wykształceni wielbiciele PO.
Właściwie trudno nawiązać polemikę z Bratkowskim, szczególnie gdy się zna (nawet w średnim zakresie) historię Europy I połowy XX wieku. Całe te odkrywcze i demaskatorskie wersy nie trzymają się przysłowiowej kupy.
Marsz na Rzym... to niby obchody rocznicy „10. Kwietnia”, hasła o Polsce – to hitleryzm....
Trudno dyskutować, bądź udowadniać, że patriotyzm to nie faszyzm, bądź wiec ludzi z biało-czerwonymi flagami to nie początek kryształowej nocy...
Dla człowieka ukształtowanego przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą elementy dumy narodowej i polskości zawsze będą przejawem nazizmu czy też faszyzmu.
Starsi znają to z historii, gdy sądy bolszewickie w PRL wszystkim żołnierzom z AK, WIN czy też powracającym „od Andersa” przyczepiały łatę faszysty.
Człowiekowi z ponad dwudziestopięcioletnim stażem w PZPR, trudno jest wyzbyć się przyzwyczajeń i przywar. Póki zdrowie i zdolność hamowania swoich ocen panowały nad byłym towarzyszem Bratkowskim, zdawał się on być nawet przystępnym i miłym człowiekiem, oczywiście póki się nie odezwał.
Dziś syndrom odtrącenia, świadomość umykającego czasu oraz pospolite zramolenie dały znać o sobie. Nikt z „lewicowych” polityków już nie potrzebuje Bratkowskiego do noszenia za nim klapek na basenie i długich dyskusji o budowie struktur poziomych w partii.
Nikt nie potrzebuje też jego umoralniających wykładów dotyczących funkcjonowania człowieka socjalistycznego we współczesnym państwie.
Przykro pisać mocne i krytyczne słowa o człowieku starym i doświadczonym przez życie. W końcu Stefan Bratkowski miał w życiu też i sukcesy. Udało mu się być ojcem niezłej dziennikarki i niegdyś mężem zdolnej plastyczki. Udało mu się też przez jakiś czas być niezastąpionym „technicznym” Mieczysława F. Rakowskiego, za którym targał sprzęt wodny na basenie.
Udało mu się też zostać autorytetem w III RP, choć to akurat nie jest czym nadzwyczajnym.
W całym tym zamieszaniu z poskramianiem domniemanego „polskiego faszyzmu” i walce o praworządność i prawa obywatelskie niszczone przez PiS, Bratkowskiemu kompletnie umknęło stosowanie rzeczywistych praktyk Stalinowskich przez obecną, a chwaloną przez niego władzę.
Jakoś słowem nie wspomniał o zatrzymywaniu ludzi za antyrządowe hasła, stosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec kibiców i straszenie oraz inwigilacja zatrzymanych.
Cóż, dla Bratkowskiego bardziej zrozumiałe i godne przemilczenia są rzeczywiste metody stalinowskie stosowane w Polsce, niż wyimaginowane i chyba powracające do niego niczym koszmar nocny „hitleryzmy”.
Koszula bliższa ciału, zwłaszcza koszula socjalistycznego aktywisty.
------------------------------------
Na koniec osobista dygresja.
W zamierzchłych latach pracowałem w pewnym tygodniku razem z Panią Bożeną Bratkowską (pierwszą żoną Stefana Bratkowskiego).
Były to wczesne lata 80-te.
Już wtedy o swoim byłym mężu nie mówiła inaczej jak: "ta stara idiota".
Minęło trzydzieści lat.... i Pan Bratkowski jeszcze bardziej się zestarzał.
Lektura wypowiedzi „honorowego” prezesa SDP Stefana Bratkowskiego, dotyczącej powstającego w Polsce faszyzmu zmusza do zastanowienia się. Nie, żeby rwać włosy z głowy i rozdzierać szaty nad biedną ojczyzną wpadającą w łapy brudnych nazioli, lecz nad kondycją tzw. „autorytetów moralnych” III RP.
Autor, Stefan Bratkowski przez niektórych uznawany za pół-boga lub też nawet całego boga polskiego dziennikarstwa, z wiekiem staje się co raz to bardziej odważny i bezkompromisowy. Głosi, że PiS to faszyści a Kaczyński to Hitler czy też Mussolini J. Klaszczą mu podobni do niego spolegliwi przez lata, a w jesieni swojego życia heroicznie nastawieni do otaczającej rzeczywistości oraz młodzi, zdolni i wykształceni wielbiciele PO.
Właściwie trudno nawiązać polemikę z Bratkowskim, szczególnie gdy się zna (nawet w średnim zakresie) historię Europy I połowy XX wieku. Całe te odkrywcze i demaskatorskie wersy nie trzymają się przysłowiowej kupy.
Marsz na Rzym... to niby obchody rocznicy „10. Kwietnia”, hasła o Polsce – to hitleryzm....
Trudno dyskutować, bądź udowadniać, że patriotyzm to nie faszyzm, bądź wiec ludzi z biało-czerwonymi flagami to nie początek kryształowej nocy...
Dla człowieka ukształtowanego przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą elementy dumy narodowej i polskości zawsze będą przejawem nazizmu czy też faszyzmu.
Starsi znają to z historii, gdy sądy bolszewickie w PRL wszystkim żołnierzom z AK, WIN czy też powracającym „od Andersa” przyczepiały łatę faszysty.
Człowiekowi z ponad dwudziestopięcioletnim stażem w PZPR, trudno jest wyzbyć się przyzwyczajeń i przywar. Póki zdrowie i zdolność hamowania swoich ocen panowały nad byłym towarzyszem Bratkowskim, zdawał się on być nawet przystępnym i miłym człowiekiem, oczywiście póki się nie odezwał.
Dziś syndrom odtrącenia, świadomość umykającego czasu oraz pospolite zramolenie dały znać o sobie. Nikt z „lewicowych” polityków już nie potrzebuje Bratkowskiego do noszenia za nim klapek na basenie i długich dyskusji o budowie struktur poziomych w partii.
Nikt nie potrzebuje też jego umoralniających wykładów dotyczących funkcjonowania człowieka socjalistycznego we współczesnym państwie.
Przykro pisać mocne i krytyczne słowa o człowieku starym i doświadczonym przez życie. W końcu Stefan Bratkowski miał w życiu też i sukcesy. Udało mu się być ojcem niezłej dziennikarki i niegdyś mężem zdolnej plastyczki. Udało mu się też przez jakiś czas być niezastąpionym „technicznym” Mieczysława F. Rakowskiego, za którym targał sprzęt wodny na basenie.
Udało mu się też zostać autorytetem w III RP, choć to akurat nie jest czym nadzwyczajnym.
W całym tym zamieszaniu z poskramianiem domniemanego „polskiego faszyzmu” i walce o praworządność i prawa obywatelskie niszczone przez PiS, Bratkowskiemu kompletnie umknęło stosowanie rzeczywistych praktyk Stalinowskich przez obecną, a chwaloną przez niego władzę.
Jakoś słowem nie wspomniał o zatrzymywaniu ludzi za antyrządowe hasła, stosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec kibiców i straszenie oraz inwigilacja zatrzymanych.
Cóż, dla Bratkowskiego bardziej zrozumiałe i godne przemilczenia są rzeczywiste metody stalinowskie stosowane w Polsce, niż wyimaginowane i chyba powracające do niego niczym koszmar nocny „hitleryzmy”.
Koszula bliższa ciału, zwłaszcza koszula socjalistycznego aktywisty.
------------------------------------
Na koniec osobista dygresja.
W zamierzchłych latach pracowałem w pewnym tygodniku razem z Panią Bożeną Bratkowską (pierwszą żoną Stefana Bratkowskiego).
Były to wczesne lata 80-te.
Już wtedy o swoim byłym mężu nie mówiła inaczej jak: "ta stara idiota".
Minęło trzydzieści lat.... i Pan Bratkowski jeszcze bardziej się zestarzał.
środa, 11 sierpnia 2010
Patriotyczna demostracja - widziana z innej perspektywy
Właśnie wraz z Marzenką wróciliśmy spod Pałacu Prezydenckiego.
Piękna inicjatywa upamiętniająca czwartą miesięcznicę tragedii smoleńskiej zgromadziła tłumy warszawiaków. Zarówno ci biorący udział w oficjalnej demonstracji, jak i ci którzy znaleźli się po za barierkami i przyszło im obserwować wiec z odległości, wzięli udział w niezapomnianym wieczorze pełnym patriotycznych haseł, religijnych pieśni i głębokich obywatelskich żądań.
My ulokowaliśmy się vis-a-vis Krzyża za barierką dla widzów.
Oczywiście „sympatycy PO” również byli obecni.
Pozwolę tu sobie poświęcić więcej miejsca napitej hałastrze od Tuska i Palikota.
Przewodnią siłę narodu reprezentowali, jak to bywało dotychczas napici (i napaleni) młodzi , nazwani dla ułatwienia „palikotami”, którzy próbowali zakłócać modlitwy głośną muzyką płynącą z magnetofonu.
Aby poznać nieco tok myślenia zionącej alkoholem hałastry wykonaliśmy rundę w okolicach „palikotów”, bawiących się piłką i wykrzykujących jakieś nieartykułowane wyrazy.
Niestety nasza potrzeba poznania nie została zaspokojona, działania ich wydawały się być „spontanicznie-instynktowne”. Wykonywano coś na wzór Tańca Św. Wita w połączeniu z zawodzeniem jakiegoś monstrum, który kiedyś prawdopodobnie było dziewczyną.
Ponieważ muzyka wydobywająca się z ich magnetofonu stawała się denerwująca i uciążliwa dla ucha, udaliśmy się do stojących przy barierkach policjantów z prośbą o interwencję.
Pan policjant wyższy szarżą (pasek i gwiazdka na nim) nie bardzo mógł zrozumieć, że odtwarzanie muzyki w miejscu publicznym wymaga wniesienia opłaty do ZAIKSU, i że radosne „palikoty” dokonują przestępstwa.
W końcu obiecał zająć się sprawą i skierować tam funkcjonariuszy.
Gdy wróciliśmy do miejsca wśród ludzi normalnych, skupienie w modlitwie próbował zakłócać napity szczupły gość w pasiastej koszulce z telefonem przy uchu. Co chwila bił brawo, wymachiwał łapami i coś wykrzykiwał, rozmawiając przy tym przez „komórkę”.
Przyznam, że po kilu chwilach zaczął działać mi na nerwy i nie tylko mnie. Zachowywał się wyjątkowo prowokująco (może specjalny wysłannik „szabrownika z Biłgoraja”?) wymachiwał rękami tuż przy twarzach wchodzących z nim w dyskusję, głośno wykrzykiwał antykościelne hasła (jednak musiał być od Palikota!).
Na szczęście po chwili oddalił się w stronę radosnej hałastry z plażową piłką.
Pojawił się natomiast inny model.
Gość po pięćdziesiątce (z hakiem) łysiejący z lokowaną fryzurą a la Majcherek próbował wydawać z siebie dźwięki przypominające odgłosy modlitwy arabskiej. Że niby to „Taliban”.
W odróżnieniu o reszty, w końcu dał głos w jakiej sprawie „odstawia cyrk”.
-„To za ten transparent, na którym plujecie na Tuska” – stwierdził (transparent domagający się trybunału stanu dla premiera).
Jakoś nikt nie wdawał się z nim w polemikę, toteż oddalił się szukać szczęścia gdzie indziej.
Aż korciło mnie odpowiedzieć mu, że gdyby tu był „Taliban”, to on byłby krótszy o głowę z racji ewidentnych zachowań w stylu homoseksualnym.
Nie minęło dziesięć minut, a zjawił się powrotnie napity „palikotek” w pasiastej koszulce. Tym razem bardziej pobudzony i agresywny. Ludzie wokoło nie zwracali jednak na niego uwagi, toteż zaczął być bardziej namolny i głośny.
W pewnej chwili stojący za moimi plecami człowiek błysnął w jego kierunku fleszem z aparatu... To rozsierdziło „palikotka”. W jednej chwili wyrwał mu aparat z ręki i rzucił nim w kierunku szpaleru policjantów. Dało się usłyszeć dźwięk rozbijającego się urządzenia.
Właściciel aparatu rzucił się w kierunku łobuza. Ten natomiast rzucił się do ucieczki. Wraz z Marzenką pobiegliśmy za „peowcem”. Goniliśmy go już w cztery osoby, bo dołączył do nas ciemnowłosy człowiek, z którym „palikotek” również miał na pieńku.
Tuż pod dawnym kinem „Kultura” moja Marzena wraz z właścicielem aparatu dopadli gościa. Wraz z ciemnowłosym dobiegliśmy do nich i przyparliśmy faceta do muru. Natychmiast zjawiał się policja.
„Zniszczył mi aparat... wyrzucił” – krzyczał jego właściciel. „Nazwał mnie paskudnym Żydem...” – krzyczał ciemnowłosy – „To antysemita”!
Na wszelki wypadek włączyłem się – „Tak, sam słyszałem, że do tego Pana tak powiedział” –dorzuciłem na wszelki wypadek, gdyby potrzebny był świadek.
Po chwili policja odprowadziła „palikotka” do radiowozu. Świadkowie byli niepotrzebni, więc wróciliśmy do naszego miejsca przy barierkach.
Prowokatorzy peowscy jakoś zmiękli i wyciszyli się. Tylko koło z piłką plażową nadal wznosiło pijackie zawodzenia. Nie przerwało ich nawet w momencie zbiorowego śpiewania Hymnu Narodowego.
Cóż, ludzie od Tuska mogą nawet nie znać melodii ani słów.
Gdyby był to na przykład hymn niemiecki...
Resztę czasu spędziliśmy na głębokiej zadumie i modlitwie.
Demonstracja po woli zbliżała się do końca. Tu za barierkami tłum rzedniał a uwagę moją zwracały postaci przemykające za moimi plecami.
Zadziwiające jak łatwo było rozróżnić uczestników demonstracji od „sympatyków PO”.
Głównie „brałem ich” na węch. Zionie gorzałą – znaczy peowiec.
Jeszcze jedna charakterystyczna rzecz zdradzała „palikotów” - telefon komórkowy przy uchu. Czyżby zdawali relację „na żywo” do KC PO?
W wolnym tempie kierowaliśmy się w stronę domu.
P.S> Proszę nie mieć mi za złe, że tyle uwagi poświęciłem otoczce patriotycznej demonstracji zamiast jej samej, ale zapewne lepiej opisze ją ktoś, kto był tuż pod krzyżem, a takich na pewno wśród naszych blogerów nie brakuje.

1. Widok z „naszego miejsca”

2. „Pasiasty” chuligan – sympatyk Palikota, aresztowany przez policję.

3. „Talib” a la Majcherek – wielbiciel Tuska.

4. Krąg „niedorozwiniętych” bez piłki – słucha co tam grają (hymn grają!).

5. Ten sam krąg już z piłką plażową
Piękna inicjatywa upamiętniająca czwartą miesięcznicę tragedii smoleńskiej zgromadziła tłumy warszawiaków. Zarówno ci biorący udział w oficjalnej demonstracji, jak i ci którzy znaleźli się po za barierkami i przyszło im obserwować wiec z odległości, wzięli udział w niezapomnianym wieczorze pełnym patriotycznych haseł, religijnych pieśni i głębokich obywatelskich żądań.
My ulokowaliśmy się vis-a-vis Krzyża za barierką dla widzów.
Oczywiście „sympatycy PO” również byli obecni.
Pozwolę tu sobie poświęcić więcej miejsca napitej hałastrze od Tuska i Palikota.
Przewodnią siłę narodu reprezentowali, jak to bywało dotychczas napici (i napaleni) młodzi , nazwani dla ułatwienia „palikotami”, którzy próbowali zakłócać modlitwy głośną muzyką płynącą z magnetofonu.
Aby poznać nieco tok myślenia zionącej alkoholem hałastry wykonaliśmy rundę w okolicach „palikotów”, bawiących się piłką i wykrzykujących jakieś nieartykułowane wyrazy.
Niestety nasza potrzeba poznania nie została zaspokojona, działania ich wydawały się być „spontanicznie-instynktowne”. Wykonywano coś na wzór Tańca Św. Wita w połączeniu z zawodzeniem jakiegoś monstrum, który kiedyś prawdopodobnie było dziewczyną.
Ponieważ muzyka wydobywająca się z ich magnetofonu stawała się denerwująca i uciążliwa dla ucha, udaliśmy się do stojących przy barierkach policjantów z prośbą o interwencję.
Pan policjant wyższy szarżą (pasek i gwiazdka na nim) nie bardzo mógł zrozumieć, że odtwarzanie muzyki w miejscu publicznym wymaga wniesienia opłaty do ZAIKSU, i że radosne „palikoty” dokonują przestępstwa.
W końcu obiecał zająć się sprawą i skierować tam funkcjonariuszy.
Gdy wróciliśmy do miejsca wśród ludzi normalnych, skupienie w modlitwie próbował zakłócać napity szczupły gość w pasiastej koszulce z telefonem przy uchu. Co chwila bił brawo, wymachiwał łapami i coś wykrzykiwał, rozmawiając przy tym przez „komórkę”.
Przyznam, że po kilu chwilach zaczął działać mi na nerwy i nie tylko mnie. Zachowywał się wyjątkowo prowokująco (może specjalny wysłannik „szabrownika z Biłgoraja”?) wymachiwał rękami tuż przy twarzach wchodzących z nim w dyskusję, głośno wykrzykiwał antykościelne hasła (jednak musiał być od Palikota!).
Na szczęście po chwili oddalił się w stronę radosnej hałastry z plażową piłką.
Pojawił się natomiast inny model.
Gość po pięćdziesiątce (z hakiem) łysiejący z lokowaną fryzurą a la Majcherek próbował wydawać z siebie dźwięki przypominające odgłosy modlitwy arabskiej. Że niby to „Taliban”.
W odróżnieniu o reszty, w końcu dał głos w jakiej sprawie „odstawia cyrk”.
-„To za ten transparent, na którym plujecie na Tuska” – stwierdził (transparent domagający się trybunału stanu dla premiera).
Jakoś nikt nie wdawał się z nim w polemikę, toteż oddalił się szukać szczęścia gdzie indziej.
Aż korciło mnie odpowiedzieć mu, że gdyby tu był „Taliban”, to on byłby krótszy o głowę z racji ewidentnych zachowań w stylu homoseksualnym.
Nie minęło dziesięć minut, a zjawił się powrotnie napity „palikotek” w pasiastej koszulce. Tym razem bardziej pobudzony i agresywny. Ludzie wokoło nie zwracali jednak na niego uwagi, toteż zaczął być bardziej namolny i głośny.
W pewnej chwili stojący za moimi plecami człowiek błysnął w jego kierunku fleszem z aparatu... To rozsierdziło „palikotka”. W jednej chwili wyrwał mu aparat z ręki i rzucił nim w kierunku szpaleru policjantów. Dało się usłyszeć dźwięk rozbijającego się urządzenia.
Właściciel aparatu rzucił się w kierunku łobuza. Ten natomiast rzucił się do ucieczki. Wraz z Marzenką pobiegliśmy za „peowcem”. Goniliśmy go już w cztery osoby, bo dołączył do nas ciemnowłosy człowiek, z którym „palikotek” również miał na pieńku.
Tuż pod dawnym kinem „Kultura” moja Marzena wraz z właścicielem aparatu dopadli gościa. Wraz z ciemnowłosym dobiegliśmy do nich i przyparliśmy faceta do muru. Natychmiast zjawiał się policja.
„Zniszczył mi aparat... wyrzucił” – krzyczał jego właściciel. „Nazwał mnie paskudnym Żydem...” – krzyczał ciemnowłosy – „To antysemita”!
Na wszelki wypadek włączyłem się – „Tak, sam słyszałem, że do tego Pana tak powiedział” –dorzuciłem na wszelki wypadek, gdyby potrzebny był świadek.
Po chwili policja odprowadziła „palikotka” do radiowozu. Świadkowie byli niepotrzebni, więc wróciliśmy do naszego miejsca przy barierkach.
Prowokatorzy peowscy jakoś zmiękli i wyciszyli się. Tylko koło z piłką plażową nadal wznosiło pijackie zawodzenia. Nie przerwało ich nawet w momencie zbiorowego śpiewania Hymnu Narodowego.
Cóż, ludzie od Tuska mogą nawet nie znać melodii ani słów.
Gdyby był to na przykład hymn niemiecki...
Resztę czasu spędziliśmy na głębokiej zadumie i modlitwie.
Demonstracja po woli zbliżała się do końca. Tu za barierkami tłum rzedniał a uwagę moją zwracały postaci przemykające za moimi plecami.
Zadziwiające jak łatwo było rozróżnić uczestników demonstracji od „sympatyków PO”.
Głównie „brałem ich” na węch. Zionie gorzałą – znaczy peowiec.
Jeszcze jedna charakterystyczna rzecz zdradzała „palikotów” - telefon komórkowy przy uchu. Czyżby zdawali relację „na żywo” do KC PO?
W wolnym tempie kierowaliśmy się w stronę domu.
P.S> Proszę nie mieć mi za złe, że tyle uwagi poświęciłem otoczce patriotycznej demonstracji zamiast jej samej, ale zapewne lepiej opisze ją ktoś, kto był tuż pod krzyżem, a takich na pewno wśród naszych blogerów nie brakuje.

1. Widok z „naszego miejsca”

2. „Pasiasty” chuligan – sympatyk Palikota, aresztowany przez policję.

3. „Talib” a la Majcherek – wielbiciel Tuska.

4. Krąg „niedorozwiniętych” bez piłki – słucha co tam grają (hymn grają!).

5. Ten sam krąg już z piłką plażową
piątek, 2 lipca 2010
wtorek, 13 kwietnia 2010
Może Ryszard Bugaj?
Przez media przetacza się dyskusja „Komu powierzymy mandat Naszego Prezydent”. Głupio może trochę i nietaktownie, bo szczątki Pana Lecha Kaczyńskiego, tragicznie zmarłego prezydenta RP jeszcze nie udały się w ostatnią drogę a już trwają dywagacje kto po nim.
Życie jednak nie znosi pustki a terminy naglą. Po tym jak Komorowskiemu ubyło dwóch kontrkandydatów, wydaje mu się, że nic nie może go już powstrzymać i niczym lokomotywa z impetem wjedzie do Pałacu Prezydenckiego. Tym bardziej rozpiera go radość, gdyż tylko sześćdziesiąt dni dzieli nas od ostatecznej daty wyborów.
Jak mówią Platforma zwarta i gotowa a PiS oraz SLD w lesie.
Zastąpić Profesora Kaczyńskiego nie będzie łatwo. Wielu zrozpaczonych Rodaków rozkładają bezradnie ręce i kiwa głową, że nie ma nikogo na jego miejsce.
Właściwie jest to prawda. Człowieka o tak silnym charakterze i charyzmie trudno znaleźć wśród potencjalnych kandydatów. Padają kandydatury Zbigniewa Ziobry, Zbigniewa Romaszewskiego, Ryszarda Terleckiego, Jarosława Kaczyńskiego a nawet Kornela Morawieckiego.
Właściwie wszyscy z nich mogli by postarać się o udział w wyborach. Jedni mieli by większe inni mniejsze szanse z uwagi na medialność i rozpoznawalność, wszystkich jednak łączyła by wspólna cecha: państwowość i uczciwość.
Do tej grupy, tak od siebie dodam jeszcze jednego kandydata. Pod rozwagę.
Ryszard Bugaj.
Człowiek uczciwy, dobry i rozsądny. Bardziej łączący niż dzielący Polaków. Potrafiący w swych ocenach być wyważonym i mądrym. Wiele lat doradzał też Prezydentowi Kaczyńskiemu w sprawach ekonomicznych. Dużym plusem było by też to, że swój głos mogli by oddać na niego potencjalni wyborcy lewicowi, co w przypadku II tury mogło by być zbawienne. Pomyślmy.
Życie jednak nie znosi pustki a terminy naglą. Po tym jak Komorowskiemu ubyło dwóch kontrkandydatów, wydaje mu się, że nic nie może go już powstrzymać i niczym lokomotywa z impetem wjedzie do Pałacu Prezydenckiego. Tym bardziej rozpiera go radość, gdyż tylko sześćdziesiąt dni dzieli nas od ostatecznej daty wyborów.
Jak mówią Platforma zwarta i gotowa a PiS oraz SLD w lesie.
Zastąpić Profesora Kaczyńskiego nie będzie łatwo. Wielu zrozpaczonych Rodaków rozkładają bezradnie ręce i kiwa głową, że nie ma nikogo na jego miejsce.
Właściwie jest to prawda. Człowieka o tak silnym charakterze i charyzmie trudno znaleźć wśród potencjalnych kandydatów. Padają kandydatury Zbigniewa Ziobry, Zbigniewa Romaszewskiego, Ryszarda Terleckiego, Jarosława Kaczyńskiego a nawet Kornela Morawieckiego.
Właściwie wszyscy z nich mogli by postarać się o udział w wyborach. Jedni mieli by większe inni mniejsze szanse z uwagi na medialność i rozpoznawalność, wszystkich jednak łączyła by wspólna cecha: państwowość i uczciwość.
Do tej grupy, tak od siebie dodam jeszcze jednego kandydata. Pod rozwagę.
Ryszard Bugaj.
Człowiek uczciwy, dobry i rozsądny. Bardziej łączący niż dzielący Polaków. Potrafiący w swych ocenach być wyważonym i mądrym. Wiele lat doradzał też Prezydentowi Kaczyńskiemu w sprawach ekonomicznych. Dużym plusem było by też to, że swój głos mogli by oddać na niego potencjalni wyborcy lewicowi, co w przypadku II tury mogło by być zbawienne. Pomyślmy.
wtorek, 9 czerwca 2009
„Kapłani miłości” w akcji
Pobicie aktorki występującej w spocie wyborczym PiS wprowadza do polskiego życia politycznego nowe normy. Są to normy i zwyczaje dobrze znane głównie z zamierzchłych czasów, a występujące jeszcze sporadycznie na świecie, lecz głównie daleko od Europy.
Na naszym kontynencie tego typu praktyki są stosowane może jedynie na Białorusi i w Rosji.
Tak więc, zaczerpnięte stamtąd wzorce wprowadza do polityki krajowej jedynie słuszna władza Donalda Tuska.
Na naszym kontynencie tego typu praktyki są stosowane może jedynie na Białorusi i w Rosji.
Tak więc, zaczerpnięte stamtąd wzorce wprowadza do polityki krajowej jedynie słuszna władza Donalda Tuska.
Nie ma sensu rozpisywanie się nad samym zdarzeniem. Ot, zorganizowana grupa napadła aktorkę, naubliżała od „PiSowski k...” i dotkliwie pobiła.
Całe wydarzenie miało miejsce jeszcze przed wyborami do PE, lecz władza zadbała, aby ta informacja nie przeciekła do prasy przed niedzielą, gdyż mogło to obniżyć poparcie dla PO.
Nawet tak bystrzy dziennikarze jak Sekielski, Morozowski czy inny tam robocop z TVN – Kuźniar nie wyłowili takiego newsa. Zadziwiające.
To, że Kurski czy Mularczyk puścili bąka od razu urasta do rangi megasensacji i „hotshota” w tefauenie, polityczny rozbój zaś jest pomijany.
Młodszym wiekiem czytelnikom przypomnę, że takie metody działania środków masowego przekazu dotyczyły nie tylko hitlerowskich Niemiec czy sowieckiej-stalinowskiej Rosji, czego mogli się uczyć z podręczników.
Dwadzieścia lat temu polityczne (ubeckie) ramię ówczesnej władzy, na miesiąc przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu zamordowało dwóch kapłanów: Ks. Suchowolca i Ks. Niedzielaka.
Był to wkład ówczesnej władzy w proces normalizacji i demokratyzacji w kraju.
Gest przyjaźni i dobrych intencji ze strony Kiszczaka i Jaruzelskiego.
Również jak obecnie, z podaniem tej informacji, telewizja czekała kilka dni. Aby nie drażnić społeczeństwa zapatrzonego w Okrągły Stół – niegdyś, aby nie obniżać poparcia PO – dziś.
(Nawet próba uczczenia minutą ciszy zmarłych duchownych – poddana przez mec. Siłę-Nowickiego została wycięta z transmisji obrad.)
Wszystko wskazuje, że obecna władza albo kompletnie nie panuje nad tym co się dzieje w kraju i własnych szeregach albo... niech każdy sobie dopowie.
Niezależnie od tego kto nasłał bandziorów, dlaczego i po co, nie ulega wątpliwości, że i tak winę ponosi Platforma Obywatelska.
Wulgarno-agresywny język Palikota, Niesiołowskiego, „piana z gęby” Bartoszewskiego, idiotyczne słowa Schetyny i całej reszty – to źródło i ochocze przyzwolenie na działania chuligańskie bądź takie, na krawędzi przestępstwa.
Całe wydarzenie miało miejsce jeszcze przed wyborami do PE, lecz władza zadbała, aby ta informacja nie przeciekła do prasy przed niedzielą, gdyż mogło to obniżyć poparcie dla PO.
Nawet tak bystrzy dziennikarze jak Sekielski, Morozowski czy inny tam robocop z TVN – Kuźniar nie wyłowili takiego newsa. Zadziwiające.
To, że Kurski czy Mularczyk puścili bąka od razu urasta do rangi megasensacji i „hotshota” w tefauenie, polityczny rozbój zaś jest pomijany.
Młodszym wiekiem czytelnikom przypomnę, że takie metody działania środków masowego przekazu dotyczyły nie tylko hitlerowskich Niemiec czy sowieckiej-stalinowskiej Rosji, czego mogli się uczyć z podręczników.
Dwadzieścia lat temu polityczne (ubeckie) ramię ówczesnej władzy, na miesiąc przed rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu zamordowało dwóch kapłanów: Ks. Suchowolca i Ks. Niedzielaka.
Był to wkład ówczesnej władzy w proces normalizacji i demokratyzacji w kraju.
Gest przyjaźni i dobrych intencji ze strony Kiszczaka i Jaruzelskiego.
Również jak obecnie, z podaniem tej informacji, telewizja czekała kilka dni. Aby nie drażnić społeczeństwa zapatrzonego w Okrągły Stół – niegdyś, aby nie obniżać poparcia PO – dziś.
(Nawet próba uczczenia minutą ciszy zmarłych duchownych – poddana przez mec. Siłę-Nowickiego została wycięta z transmisji obrad.)
Wszystko wskazuje, że obecna władza albo kompletnie nie panuje nad tym co się dzieje w kraju i własnych szeregach albo... niech każdy sobie dopowie.
Niezależnie od tego kto nasłał bandziorów, dlaczego i po co, nie ulega wątpliwości, że i tak winę ponosi Platforma Obywatelska.
Wulgarno-agresywny język Palikota, Niesiołowskiego, „piana z gęby” Bartoszewskiego, idiotyczne słowa Schetyny i całej reszty – to źródło i ochocze przyzwolenie na działania chuligańskie bądź takie, na krawędzi przestępstwa.
Może jacyś prymusi platformiani zbyt dosłownie zrozumieli słowa Radosława Sikorskiego o „dożynaniu watach”? Jeżeli tak, to i tak szczęśliwie się to skończyło do aktorki.
W każdym razie Tobie też dziękujemy Mr. Applebaum!
A gdzie polityka miłości? Gdzie dbałość , o to aby żyło się lepiej – wszystkim?
A no w d...ie, czyli tam gdzie obecna władza ma obywateli.
Bojówki za ulice, pała, strach, knebel i jedyna słuszna droga – ta którą podąża Tusk z hałastrą.
Próbkę „kultury” i niejako uwerturę do bandyckich wybryków dali zwolennicy PO jeszcze w trakcie krajowych wyborów parlamentarnych. Zaproszona na debatę Kaczyński-Tusk hołota platformerska buczała i wydzierała się zwierzęco.
Wtedy był to tylko „wybryk” przez niektórych (tych co durniejszych) nazwany reakcją obywatelską, dziś jest to już bandyctwo polityczne.
Skoro tego typu akcje zostały już w imię „polityki miłości” wprowadzone do obyczajów społeczno-politycznych w kraju, nie pozostaje nic innego jak bronić się.
W końcu każdego, kto ośmieli się być przeciw jedynej słusznej władzy może spotkać akt miłości, ze strony aktywnych zwolenników PO.
Zatem aby nie dać się „zacałować na śmierć” przez grupę czatujących w bramie „miłośników” warto by było pomyśleć nad metodami obrony.
Dotyczy to też blogerów krytykujących Tuska.
W końcu jak pokazał „Dziennik” nie jest trudno namierzyć, a dalej przekazać gdzie trzeba dane adresowe niepokornej/niepokornego.
W nawiązaniu do przypadającej właśnie rocznicy historycznego telewizyjnego występu Pani Szczepkowskiej i wiekopomnych jej słów „Proszę Państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm” warto dziś, po dwudziestu latach od tego wydarzenia pokusić się o podobne oświadczenie, tym razem o treści „Proszę Państwa, 6 czerwca 2009 roku rozpoczął się w Polsce polityczny zamordyzm”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

