Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Newsweek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Newsweek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 października 2015

Złodziej czy oszust?


Jak wynika z szerokiej reklamy w mediach, Newsweek wszedł w posiadanie niepublikowanych wspomnień Jarosława Kaczyńskiego.
Onet podaje: Wyciekły niepublikowane wspomnienia Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS Jarosław Kaczyński jeszcze nie wydał swoich spisanych już wspomnień pt. "Białe jest białe". Wyciekły one jednak z Nowogrodzkiej i zostały częściowo ujawnione przez Michała Krzymowskiego w książce "Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego"

Książka jest już w sprzedaży. Wydawcą jej jest Axel Springer Polska a jedynym autorem Michał Krzymowski. Cena w granicach 29-39 zł w zależności od dystrybutora.

ZŁODZIEJ
Z wszech I wobec głoszonych faktów wynika zatem, iż Michał Krzymowski mógł dopuścił się kradzieży wartości inteletualnej, podpisując książkę własnym nazwiskiem. Dopuścił się też  paserstwa, a być może nawet kradzieży (co powinna zbadać prokuratura).
Jak to mówią, książka Kaczyńskiego sama z komputera nie wyszła.
Jak zatem można nazwać gościa, który bez oporów korzysta z pracy innych, nie podaje w przypisach źródła wiadomości oraz czerpie zyski materialne z kradzionej własności cudzej?

OSZUST
Na podstawie analizy materiałów dotychczas zamieszczanych w Newsweeku, łatwo wywnioskować że dowodów na to że są to oryginalne “rękopisy” Kaczyńskiego a nie blagierskie wymysły – nie ma. “Dziennikarze”, tacy jak Krzymowski, Cieśla, Gajek, Kim (czyli cała padliniarska menażeria Lisa) nie mają w zwyczaju podawać personaliów rozmówców i zazwyczaj w miejscu, gdzie rzetelny dziennikarz podaje nazwiska – oni podają tajemniczego “bliskiego współpracownika”, “jedną z osób zbliżonych do prezesa”…itp.  Jednym słowem konkretów zero, wiarygodności – null!
Jak zatem można nazwać gościa, który bez oporów konfabuluje, tworzy fakty na własny użytek i w ten sposób oszukuje czytelników?

Kim zatem jest Krzymowski? 
Moim zdaniem, nie należy rozpatrywać tego pytania, w kwestii “albo-albo”.
Możliwe, że jest zarówno ZŁODZIEJEM, jak i OSZUSTEM. W przypadku “kreatywnego dziennikarstwa” rodem z Newsweeka możliwe jest koloryzowanie mało atrakcyjnych dla złodzieja faktów i przenikanie abstrakcji oraz rzeczywistości.

P.S.
Po opublikowaniu przez Zbigniewa Stonogę maili z komputera Ryszarda Petru, Tomasz Lis powiedział: "To podłe czytać prywatne maile".
Jak w takim razie nazwać czytanie i publikowanie cudzych wspomnień, bez wiedzy i zgody właściciela?

piątek, 9 października 2015

"Charakteru i honoru nie kupuje się w spożywczaku"

-->
Newsweek doniósł, iż ponoć Jarosław Selin był łaskaw zadeklarować, że jak tylko PiS wygra wybory, to wyrzuci Tomasza Lisa z TVP.
Jak wiadomo Newsweek, to nie tygodnik a stan umysłu, w związku z tym należy patrzeć na ów donos przez palce, bo to jak zwykle u nich – “jedna pani, drugiej pani i do tego jak  poinformował nas anonimowy działacz…”  - czyli kreuje się fakty.
Obecnie w Newsweeku już pokazowo płaczą i łączą się w propagandowym bólu (w blasku fleszy) z Tomaszem Lisem.
Cierniową koronę z redakcyjnego kaktusa i drutu kolczastego z ogrodzenia Krzymowski z Cieślą wykonali i w asyście zespołu redakcyjnego Lisowi na głowę już za wczasu wciskają (również z asyście lamp błyskowych).
Męczennik za prawdę – sprawiedliwy wśród  ogółu TVP – ofiara faszystowskich, pisowskich czystek  - Bertold Brecht naszych ciężkich czasów!
– Charakteru i honoru nie kupuje się w spożywczaku – podsumował wypowiedź Sellina - ociekający krwią oraz biczowany Tomasz Lis, po czym łzy cierpienia popłynęły mu policzkami. W tym momencie cały zespół redakcyjny na kolana padł i łkać począł okropnie. - Nie kupuje się….” – wymamrotali niektórzy.
Jako, że z każdej ułomności zrobić można przymiot, planuje się, już niebawem w siedzibie Newsweeka wmurować tablicę pamiątkową – Tomasz Lis, człowiek który nie kupił charakteru i honoru w spożywczaku…
Istotnie, zarówno charakteru, jak i honoru Lis nie kupił w spożywczaku.
Nie nabył ich zawczasu w ogóle, toteż ani charakteru, ani honoru nie posiada.
Przez to przyszła władza nie narazi go na straty, - co jest powodem do (mimo wszystko) radości.

Zastanawiam się, po co w ogóle ruszać Tomasza Lisa i jego tonący program.  A niech dogorywa sobie w spokoju, tylko w czasie mniejszej oglądalności  i oczywiście za mniejsze pieniądze.  Do końca na pokładzie pozostaną, niczym orkiestra na Titaniku ks. Tow. Sowa,  Hołdys czy inny Bartoś w asyście nielicznych lewackich klakierów…
I to będzie największa kara, jaka może spotkać Lisa -  obojętność i ignorancja ze strony zwycięzców!
Prześladować i niszczyć można kogoś, kto jest “KIMŚ”, kto “COŚ ZNACZY”…
Dupków się olewa, by nie kreowali się na cierpienników.

wtorek, 6 października 2015

Dzień Tomasza Lisa


Nie jest w najlepszej formie Tomasz Lis. Dwa pobyty w szpitalu, wypadające włosy… Żona Hanna (primo voto Kedaj, secundo – Smoktunowicz) ręce łamie i zaklina: Tomek przebadaj się!  A Tomek nic, tylko na nerwach własnych niczym na strunach łkającej wiolonczeli pogrywa żałobną muzę.  O, te dźwięki to psalm pogrzebowy dla Polski – ojczyzny zniewolonej już wkrótce, po 25. Października.
Tomasz Lis cierpi. Cierpi już od wielu lat, bo od czasu, kiedy powstał PiS.
Całe życie Tomasza Lisa, od rana do wieczora podporządkowane jest śledzeniu, punktowaniu i niszczeniu Prawa i Sprawiedliwości. I tak w kółko od 2001 roku.
Od 2012 roku Tomasz Lis może się realizować w prasie drukowanej – jest Redaktorem Naczelnym Newsweek Polska.
Jego tygodnik, z małymi wyjatkami od trzech lat poświęcony jest niemal w całości opisywaniem podłych spraw PiS oraz demaskowaniem podłej postaci Jarosława Kaczynskiego.
Każdy dzień Tomasza Lisa, to udręka, horror i ból.
Tomasz Lis nie ma chwili dla siebie i rodziny – bo myśli bez przerwy tylko o PiSie!
Jak wygląda zwykły dzień Tomasza LIsa?
Okropnie!
Niech to będzie, dajmy na to poniedziałek…

7.30 – Wstaję. Nie mogę spać, bo śnił mi się Kaczyński. Przyśniła mi się też taka fajna afera  PiSu, ale za chwilę zapomnialem o co choziło.
7.55 – Siedzę i myślę, co teraz knuje Kaczyński. Bo na pewno coś knuje.
8.25 – Eureka! Wpadłem na pomysł, że pewnie teraz Kaczyński korumpuje kogoś i podle wykorzystuje.
9.00 – 9.45 – Usiłuję jeść śniadanie. Hanka zamówiła katering. Facet, który przywiózł zamówienie, taki niski… zupełnie jak Kaczyński. Nic nie ruszyłem. Popsuł mi humor.
10.00 – Ubieram się i myślę o tym, co mógł powiedzieć Kaczyński o gejach. Wymyśliłem, że powiedział nieładnie i homofobicznie.
10.30 – Wyjeżdżam noim vanem z garażu. Myślę, co może knuć Kaczyński wyjeżdżajac z garażu. Zamyśliłem się i zawadziłem zderzakiem o bramę…  Znów wszystkiemu winien Kaczyński.
10.40 – Wyjeżdżam z osiedla. Banner na płocie… “Pisanie podań.  Mgr. Jerzy Z….” I znów nerwy – ręce mi sie trzęsą. Słyszycie to? PIS…anie! Muszę się wyciszyć…
11.20 – Wyciszam się ciągle, ale to nic nie daje. Co teraz może robić Kaczynski? Ja tu siedzę w samochodzie a on tam knuje… Niech to szlag.
12.00 – Biorę “calmsa”. Biorę jeszcze dwa “calmsy” I jadę do pracy. Po chwili mam w nosie, co robi Kaczyński. Luz pełen. Teraz myślę, co robi Duda! A niech to… Knuje!
12.45 – Co te światła na skrzyżowaniu? Popsuły się? Stoję na czerwonym już z minutę! Czerwone, czerwone? O, w logo PiS litera “i” jest czerwona! Totalna inwigilacja obywateli! Na każdym kroku…
13.25 – Wjeżdzam do wydawnictwa. Dziś nowy numer “Newsweeka”  - będę oglądał go z kolgami. Czytać nie będę, bo sam to wszystko wymyśliłem I znam na pamięć. A Kaczyński? Co wymyślił?
13.40 - Czekam na windę, na dolnym parkingu. Co teraz robi Kaczyński, czy też może czeka na windę i knuje? Jest! Wchodzę do winy – o cholera, to ta sama winda którą jechał Kaczyński w trakcie wizyty w  Wydawnictwie! Jechał też nią Duda! O matko – duszę się. Ratunku, gorąco mi…
13.41 – Na szczęście na pierwszym wsiada jakaś kobieta. Dobrze, nie jestem sam.  Ale, ale… czy przypadkiem, nie jest nasłana przez Kaczyńskiego? Lepiej uważać I stanąć w kącie.
13.45 – Wysiadam z windy i wchodzę do gabinetu. Pewnie Kaczyński też dziś wchodzi do gabinetu. I pewnie knuje… Co on dzisiaj knuje? Co knuje dziś cały PiS???
14.10 – Oglądam numer. A jaki numer ogląda Kaczyński? Piękny numer.  Cały o Kaczynskim I PiSie. Wiele ciekawych afer.  Jak to ładnie napisane.
Nikt nam nie zarzuci, że to wszystko wymyślone. Żadnej afery nie wymyśliliśmy. To nie my! My wymyśliliśmy tylko informatorów, a oni wymyślili te afery…. Cholera, przez chwilę widziałem twarz Kaczyńskiego, gdy zamknąłem oczy.
14.45 – Przynoszą mi kawę. Dwie kostki cukru i smietankę do kawy. Taaak… Ja tu nerwy, jak postronki, cały jak strzępek nerwów… a prawdziwą smietankę spija PiS. Oczywiście Kaczyński też. Ręce mi się trzęsą. Rozlewam kawę… Znów Kaczyński dał znać o sobie!
15.15 – Przychodzi Cieśla z Krzymowskim… Zamyśliłem się przez chwilę nad perfidią PiSu… i zaskoczyli mnie! Przedstawiło mi się, że to Kaczyński z Dudą! Cieśla podał mi Catopril i serce jakoś wyhamowało! Chłopaki siedzą i opowiadają o nowych, wymyślonych informatorach i ich wymyślonych aferach… nie słucham, bo staram się wydedukować, czego teraz słucha Kaczyński.
15.30 – Idę na obiad. Dołącza Renia Kim i młodszy konfabulant Gajek. W stołówce czeka już cała grupa z naszej redakcji.  Stajemy w kolejce. Zamawiamy, każdy co lubi.  Co dziś w menu?  Kasza, buraki, Kaczka…  Nie! Kaczka?! Kaczka – Kaczyński i tu! Straciłem apetyt!
15.55 – Wrcam głodny do gabinetu. Ciekawe, czy Kaczyński też jest głodny? Jest!!! Głodny władzy – jak zawsze! Odpoczywam w fotelu…
16.20 – Budzi mnie telefon. To Hania. Pyta czy jadłem obiad i czy robiłem siku. Cholera, zapomniałem. Tyle myślałem o PiSie, ze zapomniałem o siku.
No, to teraz ładnie się załatwiłem. Mokry fotel, mokre spodnie… A Kaczyńskiemu już pewnie ktoś doniósł i teraz cieszy się z mojego niesczęścia. Szambo i mocz…
17.00 – Cieśla z Krzymowskim wykąpali mnie pod prysznicem. Woda lała się i lała… zupełnie, jak podczas przemówień Kaczyńskiego. On to wodę leje. Namydliłem się sam. Upadło mi mydło, schylam się i w tym momencie otwieram się szeroko… myśle o wszytskich gejach, tak prześladowanych przez PiS.
17.35 – Wycieram się i przebieram w garnitur. Dziś przecież “Tomasz Lis na Żywo” Będzie fajna ferajna – jak to mówią kupa łajna… Ciekawe, czy Kaczyński zgadnie, kogo zaprosiłem? Inwigilacja totalna, więc pewnie już mu donieśli… Teraz pewnie siedzi tam u siebie na Nowogrodzkiej i śmieje się ze mnie… Że go nie zaskoczyłem. Tupię nogami i gniotę Newsweeka ze złości.
18.00 – Wiozą mnie do TVP. Zjadłem cztery calmsy.  Tak, żeby się wyciszyć i nie myśleć. No i co z tego?  Ja nie myślę, ale Kaczyński cały czas myśli!  Próbuję się zdrzemnąć, ale co zamnknę oczy, to widzę cały PiS, który knuje i prześladuje.
18.35 – W TVP witają mnie bardzo serdecznie. Towarzysz Daszczyński – prezes…. A niech to, Prezes!  Jest tylko jeden prezes nad prezesami – Kaczyński! Znów wraca trauma…  Jadę do studia. Są już zaproszeni funkcjonariusze. Są techniczni…
19.00 – Jakoś nie mogę się skupić. Przynoszą scenariusz… To dziś w pierwszej cześci będą oddelegowany z PO do kościoła, towarzysz Sowa, towarzyszka Szczuka i jeszce ktoś… chyba jakiś gej czy tranwestyta. Nie pamiętam… Nie potrafię się skupić, bo wiem, że w tym studiu kiedyś był nagrywany program z Kaczyńskim.  Horror!
19.25 – Pacykują mnie. Przyszła jakaś kobieta i maluje mi twarz. A tam, gębę – bo twarz to może mieć Kaczyński!  Poprosiłem, żeby na koniec “zrobiła mi oko” i trochę podczerwieniła usta. No i teraz jestem ładniejszy od Kaczyńskiego.
19.50 – Myślę o programie, ale nie idzie mi to jakoś. Nie dość, że myślenie, to nie jest moja mocna strona, to jeszce przypomina mi się postać Kaczyńskiego, który przedstawia swoj program. No i właśnie, ja nie jestem w stanie opanować programu a Kaczyński zna swoj na pamieć! Lizus i kujon!
20.10 – Idę na wszelki wypadek do toalety. No przecież nie mogę znów narobić w majty, bo będę mokry siedzial przed kamerami. No bo jak Hanka nie zadzwoni… to nieszczęście gotowe. A może nie zadzwonić? Może! Dziś ma korepetycje z historii. Zaraz, zaraz… miała nauczyć sie czy to była Wieża Babel czy Wieża Babilon… I coś jeszce o okupacji... A,…  kim był Kutcher czy tam Kutchera…. Cholera go wie kim był!  Ja tam wiem kim jest Kaczyński! A niech go… Znow Kaczyński. Kurcze, przez te głupie ględzenie nasikałem na nogawkę!
20.40 – Wchodzi do studia publiczność. Siadają zgodnie z grafikiem. Od lewej – rodzina Krzymowskiego, Cieśli, prezesa Daszczyńskiego, forum młodych PO, komuniści z SLD, szwagier Palikota z żoną, mongoły od Renatki Kim (to wujostwo męża) i jakaś delegacja ze związku pedalstwa polskiego. Ktoś im tłumaczy, kiedy mają się śmiać a kiedy buczeć…  Na chwię zapominam o PiSie, ale już jakiś dureń wszystko spieprzył. “Czy ma pan może długoPiS!?”  No i wszytsko, jak krew w piach! Znów Kaczyński I ten jego PiS!
21.00 – Wchodzą goście. Sadzam ich i rozdaje kartki z pytaniami. Przeczytali. Teraz rozdaję kartki z odpowiedziami. Czytają, nie znali własnych odpowiedzi. A Kaczyński pewnie znał, bo mu donieśli! Znał wszytskie pytania i wszytskie możliwe odpowiedzi.
Cholera, ta mokra nogawka przeszkadza…
21.30 – Startujemy. Biorę cztery calmsy i szklaneczkę samogonu. Nie będę myślał o Kaczynskim, nie będę… “Witam Panstwa… Tomasz Lis nażyga… “ to jest “na żywo” – dziś moimi gośćmi będą….”Kaczynski”… Co ja gadam!?  Znów ten Kaczynski bruździ…
“Gośmi będą ci, co tutaj siedzą”…. Jeszcze dwa calmsy. Jakoś leci…
22.30 – Program jakoś przeszedł. Sam nie wiem o co chodziło, bo calmsy mnie wyciszyły. Nawet chyba zasnąłem. Śnił mi się przekręt PiSu. Ten sam, co rano.
22.50 – Mówią, że wracam do domu. Chyba wracam. Najpierw jednak zwrócę, bo mgli mnie po tych calmsach. Jacyś ludzie gratulują programu, że niby Sowa pięknie czytał z kartki odpowiedzi, a Szczuka uroczo sepleniła… A bo ja wiem, nie pamiętam. Cholera, Kaczyński, to pewnie wszytsko pamięta… Znów mnie prześladuje, typ jeden…
No i trzęsą mi sie ręcę, tak mnie wkurzył. Dobrze, przystawiam rękę do twarzy – łapa jak wachlarz, tak się trzęsie, że wprawia powietrze w ruch…. Trochę chłodniej.
23.10 – Wsadzają mnie do samochodu. Ruszam z PiSkiem opon… No I znów. No nie pojadę! Zatrzymuję. Trzy calmsy, - może będzie lepiej.  Ruszam ponownie, ale bez PiSku… powoli.
0.20 – Jestem w domu. Jakoś “na wyciszeniu” dojechałem. Wita mnie Hania.  “Byłaś z PiSem na spacerze”- pytam. Cholera, co ja gadam!?  “Z psem…, z PSEM!” I znów ten Kaczyński! Ja nie zasnę!  
0.30 – Hania robi kanapki i stawia na stole, nastawia muzykę. W telewizorze leci jakiś gangsterski film.  “Kupiłam dobrą kaczkę faszerowaną” – mowi. “Jedz Tomuś!” – dodaje.
Z głośników sączy sie “Give Peace of chance”. “Wiesz, przed twoim przyjazdem przez chwlę oglądałam ten film. Ten pierwszy postrzelił tego drugiego z PiStoletu”.
“PiSzą, że to nagrodzony film…” No i dupa – nie zjem kolacji. Na dodatek nie zasnę…
Cztery calmsy. Hania układa mnie na łóżku. Przez mgłę widzę jej twarz ale i twarz Kaczyńskiego z całym PiSem. Dużo ich cholera… Możę przyśni mi się jakiś przekręt PiSowski? Zasypiam z moją ulubioną pluszową kaczuszką.

środa, 9 września 2015

Cieśla & Krzymek - Lisie Dranie (Newsweek Song)

Hit w wykonaniu duetu Cieśla & Krzymek - raperów ze stajni Lisweeka (dawnej Newsweeka). Podopieczni Tomasza Lisa opowiadają o kulisach i trudnej pracy prowokatora w Newsweeku.

wtorek, 8 września 2015

Ciosane dziennikarstwo


Wychodzi na to, że głównym specjalistą od czanej roboty wsród paradziennikarskiej braci nie jest już Wojciech Czuchnowski (zwany dotąd „Cynglem z Agory“).
Wojtuś Cz. spuścił mocno z tonu i dał się na prostej wyprzedzić przez innego Wojtusia – Wojtusia Cieślę z Newsweeka.
Przyznać trzeba, że Cieśla w metodach i krętactwie bije na głowę Czuchnowskiego.
Takiego stylu działania nie powstydzili by się czołowi funkcjonariusze Trybuny Ludu i Głosu Pracy w zamierzchłej epoce peerelu.
Ataki na Prezydenta Andrzeja Dudę oraz Przewodniczącego „Solidarności“ Piotra Dudę to iście podręcznikowe metody ubeckiej prowokacji, wpajanej niegdyś prominentnym dziennikarzynom z prominentnych organów PZPR.
Ciosane dziennikrstwo Cieśli, to przede wszystkim rzucanie odchodami bez dowodów, bo a nuż coś się przyklei do ofiary oraz insynuacje i niedomówienia.
W najnowszym Newsweeku, funkcjonariusz-prowokator Cieśla obrzuca Szefa „Solidarności“ gorącą kupą, przyniesioną z namaszczeniem wprost z URMu.
Wszak idą wybory, a Duda (Piotr) wspiera opozycję.

Blisko trzydzieści pięć lat temu identyczne sposoby stosowały komunistyczne gadzinówki w stosunku do Lecha Wałęsy i innych działaczy „Solidarności“.
Wynajdowano niestworzone historie i absurdy, które przypisywano związkowym przywódcom.

Przyznać trzeba, że Cieśla jest wnikliwym i solidnym uczniem Akademii prowokacji im. Jerzego Urbana. Za Jaruzelskiego, by go pewnie żywcem do KC przenieśli.  Może nawet za to jakiś medal by dostał...?
Jak do tej pory Cieśla może się pochwalić jedną nagrodą, ale jak znaczącą – Hieną Roku.
W 2009 roku przeprowadził wywiad... którego nie bylo.
„Hiena“ wymyślił sobie pytania i odpowiedzi – rzecz jasna pod ustalona tezę i opublikował to w „Dzienniku“.
Chodziło o Palikota i jego rzekome zaciąganie wielomilionowych pożyczek w bankach.
Osobą, z którą „preprowadzał wywiad“ był Prezes Banku Rotschild – Jacek Chwedoruk.
Naiwność i nie przymierzając głupota Cieśli, najwyraźniej nie dopuszczała myśli, że „ofiara“ wywiadu to przeczyta.
Przeczytała i trzeba było się ostro gimnastykować oraz użyć wpływów, żeby skonczyło się to tylko na przeprosinach.
Rzecz jasna i Chwedoruka i Palikota.
W 2010 roku Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich odebrało mu nagrodę i wręczyło ją całej redakcji „Dziennika“, uznając że nie sam Cieśla to wszystko wymyślił, lecz była to praca kolektywna.
Nie zmienia to faktu, że solidną cząstkę nagrody, jako pracownik „Dziennika“ jednak otrzymał.
Mam nadzieję, że już niebawem będzie sposobność wręczyć Cieśli ponownie „Hienę“. Za aferę z Dudą – której nie bylo.

środa, 2 września 2015

Wpadka Newsweeka.

 Organ PZPO - Newsweek zaliczył wpadkę. Jak zawsze nie starczyło inteligencji, rozumu i umiejętności. Tomasz (Syfi)Lis rwie włosy z głowy, bo zleceń od (póki co jeszcze) rządu może więcej nie być. Wydawca NW już zastanawia się, czy nie pogonić całego zespołu redakcyjnego - jak kto woli Zespołu Downa. Pamiętaj Newsweek, to nie tygodnik - to stan umysłu!




piątek, 28 sierpnia 2015

Newsweek, to stan umysłu.


Nie wiem, czy kryterium angażu do Newsweeka jest kombatancka, czekistowska  przeszłość w „Gazecie Wyborczej“ – jak sugerują niektórzy.
Wiem natomiast, że najłatwiej zabłyszczeć mając wokoło głupszych od siebie.
Z tego założenia wychodzi właśnie  red. Tomasz Lis.
Choć w przypadku szefa tygodnika Newsweek jest niezmiernie trudne, to jednak się udaje.
Można powiedzieć śmiało, że właśnie poziom umysłowy, niższy od i tak nie wysokiego poziomu umysłowego redaktora naczelnego, jest własnie tym głównym kryterium przyjęcia do peowskiej gadzinówki.
W ten to sposób termin „newsweek“ stał się synonimem stanu umysłowego, zawieszonego na bardzo niskim poziomie.

Dziennikarstwo, to trudna sztuka wymagająca sprawności umysłowej i umiejętności wyciagania wniosków z przedstawianych faktów.
Najwyraźniej nie dotyczy to „paradziennikarzy“ z Newsweeka.
26. sierpnia niejaki Wojciech Cieśla (były funkcjonariusz Gazety Wyborczej) z niejakim Michałem Krzymowskim (byłym praktykantem Gazety Wyborczej) napisali do Newsweeka tekst pt. „Niewygodne rachunki prezydenta”, w którym zarzucali Andrzejowi Dudzie, że za sejmowe pieniądze jeździł niegdyś do Poznania, gdzie nawet za sejmowe spał w hotelach i jadł a wszystko by uprawiać prywatę, czyli wykładać na Prywatnej Uczelni w stolicy Wielkopolski.
Nikt normalny nie potraktował wypocin „paradziennikarzy“ serio, więc trudno o poważny komentarz.
W TVP,  przyparty do muru przez Krzysztofa Ziemca, Prezydent Duda, jednoznacznie i krótko podsumował njusłykowe insynuacje, zaprzeczając iż kiedykolwiek prowadził wykłady w Poznaniu.


Głupota jednak zobowiązuje, więc Cieśla z Krzymowskim, kilka dniu później „pociągnęli temat“ i z kolei sami zaprzeczyli, że kilka dni wcześniej napisali iż Duda wykładał na Uczelni w Poznaniu (?!)
By nadać wydźwięku, tak mocnemu i zdecydowanemu twierdzeniu, już na początku nowego tekstu „Prezydent wciąga nas w kampanię, my wciąż czekamy na jego odpowiedź“ – potwierdzają tezę o wykładach Dudy w Poznaniu a kilka linijek dalej zaprzeczając, że o wykładach Dudy w Poznaniu napisali!



Istnieje prawdopodobieństwo, że może to Cieśla pisał o wykładach w Poznaniu, a Krzymowski nie wiedział o tym i stąd ta rozbieżność na odcinku zaledwie 14 linijek tekstu.
Wniosek, w tym wypadku nasuwa się jeden, że prócz umiejętności pisania cenne są w dziennikarstwie umiejętności czytania, bo całość zawiłej myśli tam zawartej przez super-duo, wygląda na twórczość nie zespołu dziennikarzy a raczej „Zespołu Downa“ i potwierdza tezę zawartą w tutule wpisu.

poniedziałek, 18 maja 2015

Newsweek agituje symboliką zdjęcia


Media nie znoszą pustki.
Dlatego też Bronisław Maria Komorowski, nie jest ostatnio lubianym tematem prasy i TV.
Jakoś zmalało Bronkowi szkło do parcia.
Zwężyły się też szpalty.
Chyba chłopina czuje swój koniec... ale może to tylko z kanalizacji tak waniajet?
Do końca przy prezydencie pozostaje nieeoceniony Newsweek i agituje, jak umie i może.
Dziś (tj. w poniedziałek 18. Maja) dość wymowna okładka – pan prezydent stoi na tle prezydenckiego okna z rękami w prezydenkich sztanach i prezydenckim wzrokiem wbitym w prezydenckie firanki. Postać ustwiona jest tak, że widzimy prezydencki zadek, niedaleko prezydenckiego fotela. Wszystko w prezydenkich kolorach, czyli w szarościach.
Co autor miał na myśli, dokonując takiego artystycznego zabiegu?
Cóż to redaktor Tomasz Lis wykoncypował sobie za sesję fotograficzną i cóż ona symbolizuje?
Szarości nie wróżą najlepiej.
Śmierć w rodzinie? Koniec czegoś, kogoś?
Wpatrzenie w firankę, to może żal i tęsknota, za czymś co odeszło?
Ręce w kieszeniach natomiast, to może być podświadomy sygnał: Patrzcie, ten facet ma brudne ręce i chowa je przed wzrokiem innych.
Ubiór modela, też wiele symbolizuje.
Bronisław Maria Prezydent Komorowski, stoi w wypastowaych lakierkach, garniturowych portkach, bez marynarki. Czy ma krawat nie wiadomo, bo nie widać z tyłu.
Buty i to starannie wyczyszczone mogą wskazywać na próbę przyciągnięcia na nie wzroku czytelników. Patrzcie, mówią – nasz właściciel nie dał się dotąd puścić w samych skarpetkach (Wałęsa miał aferantów puszczać w samych skarpetkach). Trzyma chłop w władzą i lobbingiem – my ciągle jesteśmy na miejscu i  to w znakomitej formie.
Zatrważa nieco brak marynarki. Może mieć to coś symbolicznie wspólnego z opisaną w dziele wieszcza Mickiewicza „suknią plugawą“ – stąd jej brak.
Niewiadoma obecność krawata na szyi prezydenta, może również symbolicznie wskazywać, iż niepowidzenie w kampanii wyborczej będzie skutkowało jakimiś drastycznymi krokami.
No i na koniec pusty fotel.
Tu zdania są podzielone. Może być to symbol, iż pan Bronisław już nie będzie na nim zasiadał – nastapi zmiana warty w Belwederze, może, że fotel jest niewygodny, albo po prostu, że tyłek prezydenta boli i siedzieć na fotelu nie może.
Tymczasem, poniżej kilka wersji okładki Newsweeka z wypowiedziami Pana Prezydenta w czasie robienia zdjęć...












niedziela, 1 marca 2015

Gdzie są dokumenty z uniewinienia? U Bronka!


Jak podają funkcjonariusze Newsweeka, kandydat Duda powinien wytłumaczyć się z uniewinnienia przez Lecha Kaczyńskiego faceta, który był kolegą zięcia córki prezydenta.
Dodatkowo, jak informuje biuro polityczne i prasowe Newsweeka, dokumenty z tego uniewinniena zniknęły.
Kryminał i afera trzydziestolecia!
Sam Krzymowski, oficer polityczny - autor i główny ideolog nagonki, ponoć spać z wrażenia nie może już od tygodnia – tak go to zbulwersowało!
Także Bronisław Bul-Komorowski wraz z trzodą belwederską spekulują całymi dniami jaki to wielki przekręt i gdzie podziały się te dokumenty.
No bo gdzie one są?!
Sprawa choć wygląda na mocno skomplikowaną, posiada banalnie proste rozwiązanie.
Dokumenty są u Bronka!
Bo gdzie indziej mogą być?
10.IV.2010 roku, jeszcze przed opublikowaniem oświadczenia o śmierci Prezydenta RP – ówczesny marszałek sejmu Komorowski, wraz z bandą Michałowskiego wparował do Pałacu Prezydenckiego i ogłosił się „pełniącym obowiazki...“.
Przejął wszystkie dokumenty i uprawnienia prezydenckie bez przekazania ich przez urzędników byłego Prezydenta.
Oznacza to, iż za wszystko, czego dziś brakuje ponosi odpowiedzialnosć Komorowski czy raczej Michałowki – szef jego kancelarii.
Jeżeli dziś czegoś w dokumentacji nie ma, to może trzeba sprawdzić kieszenie Michałowskiego albo pogrzebać w koszach na śmieci, bo może małżonka prezydenta Komorowskiego zawinęła mu w dokumenty kanapki do pracy...
Cwane gapy - Komorowski, Michałowski  z resztą Trzaskających Wieczorków – takie łuckie numery, to nie z nami!

piątek, 23 maja 2014

Lis na tropie (trupie?)

Lis odkrył pożyczkę zaciągniętą przez Kaczyńskiego. 
Wprawdzie to Krzymowski, na zlecenie paltformersów popełnił tekst w organie syfiLIStyków - Newsweku, ale pierś do orderu wypnie i tak Lis. Bo to wszystkie machlojki PiSu własnie Lis zawsze wywącha.
Wszelkie obyczajowe i finansowe afery szóstym zmysłem Lis wykrywa - a modlitwa jedna: „Jak powiedział jeden z bliskich współpracowników... jak powiedziała osoba zbliżona do władz PiS... jak poinformował nas wysoko postawiony członek kierownictwa PiS.... Amen.“
Taka moda na lisusostwo prasowe i anonimformacje medialne.
A propos, kiedyś usłyszałem od jednego z dziennikarzy szmatławych (z poprzedniej epoki ustrojowej), bardzo ciekawą opowieść o nagłym przypływie gotówki na koncie Tomasza, Lisem zwanego.
Otóż późniejszy teść onego me(n)diamana, patrzący łaskawym okiem na romans jego córki z gwiazdą mediów, udzielił mu pokaźnej pożyczki na (powiedzmy) rozbudowę domu. 
Jako, że umowa była na gębę a teść zmarł, pożyczki nie trzeba już spłacać i w ten to sposób konto syna „najuczciwszego człowieka z Zielonej Góry“ powiększyło się o znaczną kwotę. Nieopodatkowaną.
Trzeba wiedzieć od kogo się pożycza. Zainteresować się człowiekiem, popytać o zdrowie.... Zapobiegliwym fortuna sprzyja.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Zakompleksieni pseudo-dziennikarze, żałośni frustraci z Newsweeka


„Grupa zakompleksionych pseudo-dziennikarzy, żałośni frustraci robiący biznes na kłamstwach....“
Takie zdanie na temat twórców materiału z najnowszego Newsweka, dotyczącego rodziny i najbliższych Ryszarda Czarneckiego ma Monika Olejnik.
Ów materiał stworzył „czołowy listrator“ NW – Michał Krzymowski, ale jest wiadome, że na życzenie i pod dyktando Tomasza Lisa (prawdziwe nazwisko Lisenko).
Na temat dziennikarstwa lustracyjnego wypowiedział się też chyba tydzień temu Jacek Żakowski.
Po prostu zabrakło im pracowitości i talentu, odkryli, że pisząc kłamstwa, można bardzo dobrze zarobić. Trzeba patrzeć na tę grupę (dziennikarzy-lustratorów) trochę tak, jak na wszystkich handlarzy fałszywym towarem. Jak na dilerów narkotykowych. Oni muszą z czegoś żyć, w biednych krajach zwłaszcza...“
Tak to w oczach własnych kolegów-funkcjonaruszy resoru prasowego, Michał Krzymowski wyszedł na narkotykowego dealera i frustrata bez talentu.
Dużo w tym prawdy, bo zdaje się u Lisa inteligenci nie pracują, jednak aż taka krytyka ze strony kolegów z „kominformu “ jest szokująca.
Powyższe cytaty, rzecz jasna nie dotyczyły wprost Michała Krzymowskiego i nie były mu dedykowane w oryginale, tylko zostały wypowiedziane w kontekście autorów „Resortowych Dzieci“.
To książka owa, tak rozsierdziła „Kominform“, że na tematu dziennikarzy lustrujących rodzinne koligacje znanych obywateli, padły tak mocne słowa.
Ale czy słowa te, mają być odpowiednie tylko dla niewygodnych dla „kominformu“ dziennikarzy? Skoro to właśnie „kominformowcom“ tak szczególnie zależy na „pozorowanej demokracji w wolnej prasie“, to wyrazy potępienie tak niegodnego uczynku winny dotyczyć każdego. W tym Krzyzmowskiego i Lisa.
Zatem to już ustaliliśmy, - za lustrację Kaczyńskiego i CzarneckiegoKrzymowski z Lisem stali się dla ich kolegów z „kominformu“ – skończonym bydłem.
W sumie dobrze im tak, szczególnie że większość materiałów „dziennikarskich“ pochodzących z Newsweka opiera się na pomówieniach i relacjach wymyślonych informatorów. Stało się regułą, że każda wypowiedź, dotycząca Prawa i Sprawiedliwości podpisywana jest: „jak powiedział nam anonimowy działacz PiS“ bądź „jak stwierdził jeden z najbliższych współpracowników Kaczyńskiego“, czyli pochodzi z chorych imaginacji  „kominformowców“.
Być może kryterium pozwalajacym na zatrudnienie u Lisa w Newsweeku, jest bujna wyobraźnia i dryg do kłamstwa.
Oj, panowie od Lisa, wychodzi na to, że to o was Monika Olejnik powiedziała, co na wstępie...

A pierwszy „listrator“ Michał Krzymowski?
Cóż, liczę, że już wkrótce na łamach Newsweeka zamiast Hoffmana, czy tam Brudzińskiego, „zlistruje“ na ten przykład trzy donosicielki – panie: KRZYMOWSKĄ HANNĘ - IPN BU 0242/2232, KRZYMOWSKĄ KRYSTYNĘ - IPN BU 645/507 oraz KRZYMOWSKĄ MAGDALENĘ - IPN BU 776/66.
Tu już nie będzie musiał posługiwać się w wypowiedziach „anonimowymi działaczami“.  Napisze wprost: „jak powiedziała ciocia, mamusia czy też kuzynka...“


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rodacy, my jesteśmy cacy!

Organ niepełnosprawnych intelektualnie, skupionych przy jedynej słusznej idei ogólnoeuropejskiego internacjonalizmu czyli Newsweek pod światłym przywództwem Tomasza Lisa, stara się jak może, by zagonieni przez codzienne problemy w ślepy zaułek obywatele, z łatwością odróżnili kto jest “cacy” a kto jest “be”.
W jaki sposób najłatwiej to stwierdzić?
A po wyglądzie!
Tak, gdyż lemingowa społeczność, wartość człowieka ocenia po fizjonomii. 
Im kto piękniejszy, tym (ich zdaniem) mądrzejszy. 
Hołdujący tej idei swojego czasu pragnęli widzieć na urzędzie prezydenckim nawet Tomasza Lisa i nie przeszkadzało im to, że ów ma permanentne problemy z logicznym myśleniem i nawet rozumowaniem na poziomie gimnazjalnym.
Koniec dyskusji - ładny, znaczy mądry i znaczy, że nasz!
Przecież Kaczyński jest brzydki.
To właśnie Newsweek wział na siebie odpowiedzialność za walkę z brzydotą prawicową  i dba, by ci “be” byli szpetni, a ci “cacy” śliczni.
W ramach odkłamywania ohydnej pisowskiej propagandy głoszącej, że mądrość nie zawsze idzie w parze z urodą, redaktor Lis zamieścił u siebie w Newsweeku, na samej okładce - cudną jak letnia stokrotka - redaktor Monikę Olejnik upiększoną odpowiednio w nieocenionym photoshopie.
Wiele uśmiechu wzbudziła u mnie reakcja na owe dzieło, wiekowego, acz ciągle bystrego redaktora Andrzeja Bobera. 
Ów, gdy cud ten ujrzał, zakrzyknął “Rany Boskie” oraz stwierdził, “…jest na niej (okładce) twarz bardzo ładnej, i bardzo młodej dziewczyny, z podpisem „Monika Olejnik”. Monikę widziałem kilka dni temu, (…) ze 100-procentową pewnością mogę zaświadczyć, że na okładce, to jednak nie ona… (cytat za wpisem Andrzeja Bobera na jego własnym blogu).
Zapewne to intelekt pani redaktor, wsparty rozumem redaktora Lisa prowadził rękę artysty upiększającego jej oblicze na fotografii, tak by piękność równoważyła jej mądrość.
Trochę jednak ów intelekt przesadził, gdyż wielu czytelników (jak Andrzej Bober) nie rozpoznało gwiazdy dziennikarstwa na okładce tgodnika. 
Na szczęście czujny redaktor Lis nakazał podpisać fotogram: MONIKA OLEJNIK.
To załatwiło sprawę.
Teraz już wiadomo.

Posiadając wielką potrzebę udania się w słusznym kierunku,  wraz z nurtem njusłykowych trendów, opracowałem poniżej kilka okładek z obliczami pięknych, bo mądrych autorytetów Tomasza Lisa. Może pan nadredaktor użyje…



niedziela, 23 czerwca 2013

Tomasz Lis czyli Томас Лисиенко


Szanowny Panie, jako osoba znająca historie rodzinną oraz dzieje sowieckich agentów -  Lisienkowów, pragnę podzielić się z Panem garścią informacji na ich temat.
Jestem mieszkańcem Zielonej Góry (od połowy lat czterdziestych) gdzie w skutek rodzinnych powiązań zostałem „wplątany“ w ową rodzinę.(...)

Tak rozpoczynający się list otrzymałem od pewnego Pana, który zapragnął podzielić się ze mną (oraz czytelnikami mojego bloga) garścią informacji nt. „Pluszaka płemieła“ oraz piewcy geniuszu PO: Tomasza Lisa i jego rodziny.
Grzebanie w rodzinnych korzeniach, nie jest zajęciem ani miłym ani godnym - lecz w przypadku „listratora“ i „gównodłuba“ Lisa, z mojej strony stanowi spełnienie marzeń o dokopaniu „sowieckiemu pomiotowi“ oraz urzeczywistnieniu treści przysłowia, że jaką ktoś bronią wojuje, od takiej ginie...

Wycieczkę po historii rodziny Lisów można zacząć od pierwszego zamieszkałego w Zielonej Górze przedstawiciela rodu.
Wasilij Lisienko (ur. 23.11.1903 – zm. 13.05.1974) – pradziad redaktora Tomasza Lisa, urodził się w Pińsku na Zachodnej Białorusi. Pracował wpierw jako pomocnik młynarza oraz po ukończeniu 13 roku życia trafił do pracy w garbarni.
Tam poznał idee socjalistyczne i związał się z „bolszewikami“.
W czasie Rewolucji Październikowej, Wasilij Lisienko, jako 15 letni młodzieniec z bronią ręku brał udział w walce z kapitalistami i wrogami ludu.
Zamieszany był też w wir wojny Polsko-bolszewickiej 1920 roku, już jako żołnierz czerwonego zwiadu. W roku 1921 poślubił osiemnastoletią Jelenę, która dwa lata później urodziła mu syna Eduarda Wasiljewicza (ur. 26.05.1923 – zm. 23.12.1969).
W tym czasie Lisienkowowie mieszkali w MIńsku.
Do 1941 roku Wasilij Lisienko pracował w miejskim aparacie partyjnym jako zastępca kierowika Wydziału Zwalczania Dywersji Gospodarczej.
Gdy przyszła wojna jako podporucznik przeszedł szlak bojowy i razem z 1. Frontem Ukraińskim dotarł do Zielonej Góry.
Tu też po wojnie pozostał, wraz z sowieckią jednostką wojskową, a w 1947 roku ściągnął do miasta rodzinę.
Niestety żona Jelena nie mogła odnaleźć się na obcej ziemi i w 1950 roku powrócia do Związku Sowieckiego, podając jako pretekst chorobę siostry i pomoc podstarzałej matce. Zmarła wkrótce w Moskwie - w 1952 roku.
Syn Wasilija – Eduard, jako osiemnastoletni młodzieniec został w 1941 roku wcielony do armii i wojnę zakończył pod Kołobrzegiem w szpitalu wojennym. Tak jak ojciec pozostał w Polsce i po wyjściu ze szpitala, w 1947 roku „zameldował się“ w Zielonej Górze. Tam poznał pochodząca z Kesów Polkę – Mirosławę (ur. 14.02.1928 – 06.01.1976),  z którą w 1948 roku wziął ślub.
Niedługo później, w tym samym roku urodził się ich syn Stiepan Eduardowicz - ojciec Tomasza Lisa.
Tak więc, prócz Wasilija zaaklimatyzowanego już na nowych terenach, w Zielonej Górze zamieszkali też jego syn Edward wraz z żoną i synem Steipanem.
Cała rodzina, jako sprawdzeni komunistyczni agitatorzy i propagandziści, szybko znaleźli zatrudnienie w aparacie partyjnym oraz bezpieczeństwa PRL.
Na fali odwilży i zmian w 1953 roku, cała rodzina Lisienków (z wyjatkiem Wasilija) zmieniła nazwisko na posko brzmiące „Lis“ z uwagi na coraz większą niechęć otoczenia do „ruskich“.
Wojskowa, ubecka kariera najstarszego z rodu wkrótce zakończyła się. Powołana w 1956 roku tzw. „komisja Mazura“ dopatrzyła się przekroczenia przez niego prawa w czasie służby i wysłano go na emeryturę.
Został on zwolniony z wojska na mocy decyzji Dowódcy Jednostki Zmechanizowanej w Zielonej Górze, gdzie służył w pionie kontrwywiadu.
Było to następstwem udowodnienia mu bestialskiego znęcania się nad aresztantami. Dawni towarzysze nie dali jednak Edwardowi zginać. Znaleziono mu robotę na kolei i zatrudniono jako sekretarza POP w DOKP Zielona Góra.
Edward Lis, syn Wasilija pracował do smierci w KW PZPR w Zielonej Górze i w przedzień wilgilii 1969 roku zmarł na zawał serca w drodze do domu (w wieku 46 lat).
Sześć lat później w wypadku drogowym zginęła jego żona Mirosława.
Ojciec Tomasza Lisa – Stiepan  (od 1953 roku Stefan) - imał się różnych prac.
Zawsze jedak pod „patronatem“ lokalnego Urzędu Bezpieczeństwa. Z wykształcenia inżynier zootechnik, w wyuczonym zawodzie nie przepracował jednak wiele. W poczatkach kariery zatrudniony w 128 Pułk Artylerii Przeciwlotniczej, jako podoficer polityczny, z czasem „służył” w KW PZPR oraz WUSW. Był, jak mówią o nim współpracownicy – specjalistą od prowokacji i dywersji (http://kontrowersje.net/tresc/jaka_role_odegral_stefan_lis_w_akcji_elekcja_zorganizowanej_przez_czeslawa_kiszczaka). W 1965 roku Stefan ożenił się z równolatką Wandą, która rok później dała mu syna Tomasza.
Po 1989 roku, Stefan Lis, już jako wojskowy emeryt, został dyrektorem Okręgowej Stacji Hodowli Zwierząt w Zielonej Górze.

Wszyscy zmarli przodkowie Tomasza Lisa są „dostępni“ na Cmentarz Komunalny przy ulicy Wrocławskiej w Zielonej Górze
Pradziad: Wasilij Lisienko (ur. 23.11.1903 – 13.05.1974) - kwatera 15 - rząd 7 - grób 22
Dziad: Edward (Lisienko) Lis (ur. 26.05.1923 – 23.12.1969) - kwatera 3 - rząd 11 - grób 8
Babka: Mirosława (Lisenko) Lis (ur. 14.02.1928 – 06.01.1976) - kwatera 3 - rząd 11 - grób 8

niedziela, 12 maja 2013

SyfiLIStycy

Wychodzi na to, że za sprawą Tomasza Lisa, powstało w Polsce nowe dziennikarstwo. Dziennikarstwo kreacyjne, inaczej (od nazwiska twórcy) syfilistyczne.
Polega ono na dopasowywaniu wykreowanych faktów, do przyjętej uprzednio końcowej tezy.
A jest to tak, mówiąc wprost i dla przykładu: chcemy dokopać panu X.
Wymyślamy sobie, że ten X. jest malwersantem i złodziejem.
Następnie również wymyślamy grupę  świadków, na których słowa powołujemy się przy oczernianiu pana X.
Aby było tajemniczo, wiarygodnie i nie do ustalenia - piszemy, że świadkowie to „osoby anonimowe z bliskiego otoczenia X“.
Walimy z grubej rury, ile się da w pana X. powołując się na wymyślone przez siebie „fakty“  włożone w usta wymyślonych przez siebie postaci „anonimowych współpracowników X.“
I tak jedziemy po całości i do końca.
Aż X. zdechnie.
Czytelnicy są zachwyceni, władza również.
Gorzej ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, bo póki co za takie coś otrzymuje się tam tytuł „Hieny Roku“.
Ale zdaniem Lisa, stowarzyszenie wykazuje daleko idącą niesprawiedliwość i chamstwo, bo przecież takie wymyślanie faktów wymaga nie lada „główkowania“ i ciężkiej pracy.
Dziennikarstwo syfilistyczne staje się coraz bardziej popularne w kręgach zblizonych do lisiego Newsweeka.
Właściwie większość „dziennikarzy“ tam pracujących opanowało ten gatunek do perfekcji. Michał Krzymowski, Rafał Kalukin, Anna Szulc to tylko ci najwybitniejsi kreatorzy faktów. 
Aż miło się czyta co trzeci akapit „jak powiedział jeden z działaczy...“ albo „ jak przyznał anonimowy działacz...“.
Prawdę powiedziawszy, na początku mnie to nieźle wkurzało, ale z czasem pomyślałem sobie, że nie powinno.
Dla tej głupszej, lemingowatej części społeczeństwa nie są ważne fakty czy dowody. Im wystarczy napisać, że ten a ten jest „be“ i „przekręt“. Dowody nie są ważne.
Ważne jest, że tak powiedział Lis czy inna Olejnik – przewodnicy stada lemingów.
Myślący człowiek, co najwyżej takim tekstem sobie tyłek podetrze.
Leming powiesi w ramce i będzie powoływał się na to w dyskusji.

Ostatnimi czasy, wydaje się jakby w krainie Newsweeka jeden z uczniów przerósł mistrza. Pierwszym „syfilistykiem“ stał się wspominany powyżej Michał Krzymowski.
To obecnie pierwszy leming gazety Lisa.
Krzymowski chyba już nie umie inaczej. Całośc jego „dokonań“ to wyłącznie dziennikarstwo syfilistyczne.
Temat, jak w całym Newsweeku – PiS!
Że Kaczyński – to, że tamto, że owo... Krzymowskiemu mówią o tym „anonimowi politycy z otoczenia Prezesa“.
Że PiS dokonuje malwersacji finansowych – syfilistykowi mówią to „ludzie anonimowi z PiS“....  i tak dalej.... i tak dalej.
Przyznam, że mimo całej niechci i obrzydzenia w stosunku do „syfilistyków“ zapragnąłem, tak na próbę sprawdzić się w tym gatunku.
O kim to ja mógłbym napisać?
A choćby o redaktorze Michale Krzymowskim!
No to jedziemy...

http://smolensk-2010.pl/wp-content/uploads/2010/11/Micha%C5%82-Krzymowski-Wprost.jpg 
SYFILISTYK
Zaufany współpracownik Tomasza Lisa, to człowiek mało inteligentny i ograniczony.
Jak powiedzial w rozmowie ze mną „pewien anonimowy członek rodziny Michała Krzymowskiego“ – Michaś to była w dzieciństwie, wyjątkowa ciućma i głupol.
Miał problemy z nauką już w pierwszej klasie podstawówki. Ojciec musiał dawać prezenty nauczycielom, żeby przepuścili go z klasy do klasy.
Nie inaczej było w szkole średniej.
Tu znów „anonimowy, były nauczyciel Krzymowskiego“ określa go jako „tępaka i nieuka“ jadącego przez całą szkołę na łapówkach i pozycji ojca.
Skoro jesteśmy już przy ojcu Krzymowskiego, to sporo informacji na ten temat przekazał mi jego „anonimowy kolega z pierwszej pracy“.
- Jaki ojciec, taki syn. Stary Krzymowski to był typ... On właściwie nazywał się Rzymowski, a to „K“ to sobie dodał w dowodzie już po wyjeździe z miasta. Rozumiesz Pan, od donosił na kumpli do ubecji i brał za to pieniądze. Wszyscy o tym wiedzieli... oni musieli wyjechać i zmienić nazwisko, bo by ich ludzie zatłuki za swoje krzywdy.
On i cała rodzina Rzymowskich to byli konfidenci... toć oni są na „liście Wildsteina panie...
Z kobietami Michał Krzymowski też nie radził sobie.
Nie miał śmiałości i do tego nie bardzo go pociągały.
Jak twierdzi „anonimowy kolega z ogólniaka“ Michał wolał chłopców.
Miał też brzydkie przyzwyczajenia. Był ekhibicjonistą i onanistą.
Jak opowiada ów kolega, Krzymowski wielokrotnie był przyłapywany na golasa przez ludzi w parkach i zaułkach ulicznych. Miał później zawsze poobijaną twarz.
Jego skłonności do mężczyzn i ekshibicjonizmu nie zmieniły się chyba do dziś, bo jak mówi „anonimowy pracownik wydawnctwa Axel Springer“ – był świadkiem niedwuznacznej sytuacji w wykonaniu Krzymowskiego i Lisa, w gabinecie tego ostatniego. – Z rozpędu wtargnąłem do gabientu Lisa, nie zapukałem cholera... a tam Krzymowski nago, Lis bez koszuli... i się głaszczą... Tyle anonimowy pracownik.

Chilowo wystarczy tej historii Krzymowskiego.
Może za jakiś czas coś dopiszę, jak tylko wymyślę sobie informatorów, a oni wymyślą fakty.
Syfilistyczne dziennikarstwo, jak armia radziecka – nie zna granic!