Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Lis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanna Lis. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2013

Miękka kita Lisa

-->
Cykl materiałów poświęconych pedofilii w kościele wydaje się być miodem lanym na serce szefa Newsweeka. Dlaczego?
Odpowiedzią mogą być zdrowotne problemy Tomasza Lisa. Jednym słowem jest jak w powiedzeniu o „psie ogrodnika“.

Tomasz Lis nie lubi księży. Może z wyjatkiem jednego, ks. Sowy, nie toleruje „czarnych“, gdyż każdy ksiądz, w jego mniemaniu to pedofil. Taka sytuacja budzi niechęć  dziennikarza i powoduje stres wynikający z... zazdrości.
Nie, nie chodzi akurat o seks uprawiany z dziećmi lecz uprawiany seks w ogóle.
Według informacji pozyskanych od przyjaciół domu Lisów, w małżeństwie onych nie dzieje się najlepiej. Wskazują na to, co raz rzadsze wizyty dziennikarza w łożnicy małżonki i niechęć do wspólnych weekendowych wyjazdów plenerowych.
Jak twierdzi przyjaciółka domu Lisów, piękna pani Lis zwierzyła się, iż zakupiła nawet małżonkowi stosowne preparaty znanej firmy Pfizer, lecz mimo wielkich oczekiwań, nie dokonują one cudu. Martwi to oboje i powoduje stres przeradzający się często w agresje.
Redaktor Tomasz nie toleruje nikogo, kto ma udane pożycie intymne i przy każdej okazji manifestuje to wybuchając nerwowo.
Zazdrość jest silniejsza niż zdrowy rozsądek.
Jak przekazał wieloletni przyjaciel Tomasza Lisa, małżonka jego w ostatnich dniach postawiła mu ultimatum dotyczące poprawy stanu zdrowia i dostosowania męskości pana Tomasza, do wymogów i wyobrażeń żony.
Sytuacja taka doprowadziła do radykalnych kroków podjetych przez szefa Newsweeka.
W zeszłym tygodniu redaktor Lis zamknął się w jednej z prywatnych warszawskich klinik i podjał poważną kurację lekową, polegającą na dozowaniu preparatu leczniczego poprzez kroplówkę. Anonimowy lekarz z tejże kliniki, nie jest jednak dobrej myśli.
          - Na 50 takich przypadków kuracji, w 3 przyniosło to umiarkowane efekty. W przypadku Pana Tomasza póki co, nie zanotowano poprawy... choć samopoczucie u niego jakby lepsze.
 Trudno przewidzieć, jakie metody medyczne podejmie jeszcze pan redaktor, lecz nie ulega wątpliwości, że takie z pewnością się pojawią. Odstawiona od łoża Pani Lis, tym razem (jak twierdzi przyjaciółka domu) nie odpuści i doprowadzi sprawę do końca.
Oznacza to albo „sprawną kitę“ albo rozwód.
Tak to się zatem oberredaktor zmaga z własnymi słabiościami, przekuwając w pracy  zawodowej swoje ułomności w propagandową robotę. Łączy zatem własne nieszczęście ze szcześciem lewackiej tłuszczy.
Pedoflia księży, pedofilia w kościele... A gdy się nudno już robi, to stosunki płciowe w pracy... Wszystko czego redaktor Lis nie doświadcza.
Pięć jedynek w Newsweeku, cztery programy w TV a wszystko przez miękką kitę.
Pozostaje chyba już tylko Harry z Tybetu albo Donald Tusk, który leczy wszystko.


Hanna Lis podaje mężowi specyfik medyczny (Viagra)

Tomasz Lis w prywatnej klinice medycznej, w trakcie kuracji kroplówką.

Koszulka sfotografowana w letniej rezydencji Lisów. Hanna Lis przygotowała T-Shirt aby dokuczyć mężowi z racji jego impotencji.


czwartek, 22 listopada 2012

Nat King Kolo - Morda Lisa

Ze starej płytoteki.... Znany na całym świecie przebój Nat King Cole'a w wersji krajowej. Hołd dla postaci wybitnej - "dziennikarza inaczej", "Goebbelsa uwolii" oraz "Kononowicza polskiej prasy" - Tomasza "syna najuczciwszego z Polaków" Lisa.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Haniu jestem z ciebie dumny!

...czyli pieszczoty ssaków z rodziny Vulpes.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Urban stanu "tuskizmu"


 “Braun Boy” in the ring…”Braun Girl” in the ring!

Ile kosztuje, nas podatników, pieszczoch i maskotka władzy – Tomasz Lis?
Ile i dlaczego tak dużo inkasuje za jeden program w publicznej telewizji zarozumiały i nadmuchany pychą Tomuś zwany “Hot Dogiem”?
Czy inny dziennikarz ma szansę osiągnąć w TVP taki pułap zarobków za jeden występ, jak Lis?

Na wszystkie powyższe pytania odpowiedzi są bardzo proste.
Po pierwsze – Lis kosztuje nas dużo, po drugie – jest to kwota około 300 tys. miesięcznie, bo doceniając Jego zasługi dla władzy mniejsza kwota byłaby jedynie jałmużną, a po trzecie – po prostu NIE… i  długo, długo, nie!

W jaki zatem sposób i jaką metodą posługuje się rządząca partia, by tak dobitnie “docenić” najwybitniejszego - od czasów jego teściowej Barbary Kedaj – publicystę reżimowego?

Mechanizm jest prosty i podłączony do publicznych pieniędzy, czyli tych 13%  pochodzących z abonamentu oraz pozostałych 87% “odpalanych” z budżetu państwa, na państwową telewizję.
Czapą dla całej maszynerii jest firma Deadline Productions, której właścicielem jest Tomasz Lis i na której konto kwoty z TVP są przelewane.

Nie ma to jak się dobrze podwiesić (jak mawiał osławiony Stanisław Anioł – gospodarz budynku przy Alternatywy 4), a Lis Tomasz podwiesił się nie najgorzej.
Dźwigający dyndającego u swojego paska Lisa, Prezes TVP Juliusz Braun, odziedziczył publicystę-literata po poprzedniku. Odziedziczył, ale nie wraz z tak gigantyczną umową dla twórcy autorskiego programu.
To właśnie Braun, w przypływie dobrego humoru lub pod presją obowiązującego radosnego nastroju “polityki miłości” obecnej władzy, sypnął kasą dla Lisa.
Bo Lis jest cool i spoko!

Tomasz Lis jest do tego stopnia “cooli - spoko”, że jego walory oraz oddanie, rządząca ekipa wyceniła w sposób następujący:  Ponad 92 tys. zł brutto dla firmy Tomasza Lisa Deadline Productions. Do tego dochodzi honorarium tylko dla niego - 20 tys. Ponad drugie tyle wynoszą koszta producenckie. W sumie daje to około 300 tys. zł za jeden odcinek, ślimaczącego się i nudnego programu “Tomasz Lis na Żywo”.
Jak łatwo obliczyć, w ciągu miesiąca na konto lisiej firmy wpływa ok. 1.200.000 zł.
A wszystko w dobie szczególnej dbałości o finanse publiczne oraz niebywałych oszczędności zarządzonych przez prezesa radiokomitetu Juliusza Brauna.

Dobry człowiek z tego Juliusza Prezesa, sam nie doje ale Lisowi da.
Biedę teraz chłopina klepie, bo cóż można za takie nędzne 25.000 zł miesięcznie (a tyle właśnie wynosi pensja Prezesa Radiokomitetu), ale oszczędzać trzeba, bo jest KRYZYS.
W dbałości o kręgosłup Brauna i jego właściwą postawę, od  maja 2012 roku doczepiono Prezesowi do paska kolejnego Lisa. Tym razem samicę – Hannę.
To tak, aby się równo trzymał, bo ze zwisającym po jednej stronie Tomaszem niewygodnie oraz niezdrowo. Teraz ciężar rozkłada się równo, toteż i Lisy szczęśliwe i Braun zdrowszy.
Wszyscy są zadowoleni, bo kasa się kręci w dobrym kierunku, czyli z budżetu TVP do Lisów.

W rewanżu “wadza” może liczyć na wsparcie oraz bezgraniczną lojalność obu futrzaków.
Miło się płaci “swojakom” cudzymi pieniędzmi – mniej to kosztuje, a “tuski i brauny” z domu skąpe są niebywale.

*) Dodam jeszcze małe wyjaśnienie, dlaczego przez internautów Tomasz Lis nazwany został “Hot Dogiem”. Otóż na swoim portalu, nie tak dawno “odstawił krypciochę” na temat parówek w bułce na stacjach benzynowych jednej z firm. Poświęcił im cały wpis, być może w zamian za owe opisywane dobra konsumpcyjne. Lisy mocno pazerne a i mięsożerne są.

Złote chłopaki

Miło jest siedzieć na plikach banknotów i puszczać bąki w banderolki.
Miło też, choć mniej wygodnie siedzieć na złocie. Ale jakoś już tak jest w życiu, że twardość złotych sztabek zmiękcza świadomość ich posiadania, stąd przesiadywanie nie jest już tak bolesne.
Ach, jak tam musiało być sielsko i miękko w Amber Gold!

Doświadczył zapewne tego niejaki Paweł Adamowicz, zatrudniony z ramienia PO jako prezydent Gdańska. Nie jestem rzecz jasna pewien, czy Adamowicz osobiście na sztabkach przesiadywał, w każdym razie Marcina P. na imprezie ku czci dzieła Wajdy pt. “Wałęsa” wychwalał pod niebiosa a jego działania określał mianem “innowacyjnych”


– Czujecie ten moment, czujecie innowacyjność. Wałęsa też był innowacyjny dla swoich czasów. Bardzo wam dziękuję – mówił Adamowicz i w czółko Marcina P. cmokał bez opamiętania.
Nieco później, na konferencji (7 maja br.) ogłosił, że miasto Gdańsk przekazało na film 500 tys. zł. Aby nie było niedomówień już po chwili poprawił się i oddał pokłon przedstawicielom Amber Gold za całą tą forsę, bo tak na prawdę to Adamowicz z resztą ferajny groszem na takie fanaberie nie śmierdzą.

Kto wynalazł Adamowiczowi Marcina P.?
Z dokumentów wynika, że sam “mistrz” Wajda.
Pod koniec 2011 roku do skazanego siedmioma wyrokami za oszustwa finansowe Marcina P. pisał Adamowicz: „Na prośbę Pana Andrzeja Wajdy przesyłam Panu ofertę współpracy przy realizacji jego najnowszego filmu pt. »Lech Wałęsa«. Gorąco namawiam Pana do wsparcia tego projektu"…

 
Kto jak kto, ale Wajda już najlepiej wywącha gdzie szukać konfitur. W końcu zawsze, niezależnie od epoki I ustroju potrafił je wyniuchać.
Obu panom petentom prawdopodobnie nie przeszkadzał fakt, że kaska hojną łapką sypnięta przez Marcina P. jest delikatnie mówiąc - śmierdząca.
Gdy prezydent Gdańska chadzał wraz z Wajdą po prośbie do szefa Amber Gold, właścicielem spółki interesowały się już służby specjalne i trwało prokuratorskie śledztwo. W maju, gdy Adamowicz, całował namiętnie w czoło prezesa Amber Gold za hojne dary, było już prowadzone postępowanie w sprawie podejrzenia prania brudnych pieniędzy przez firmę. Czy o tym nie wiedzieli?
“Taki bajer to na Grójec“ – jak mawiał Maniuś Kitajec, bohater nie zapomnianej powieści Wiecha “Café pod Minogą”.

Płachta na byka czy Plichta na Lisa

Niezwykle mocne zainteresowanie walorami pieniężnymi oraz różnymi dobrami doczesnymi pchnęło redaktora Tomasza Lisa w nowe rejony biznesu.
Z samej dziennikarki trudno wyżyć, szczególnie gdy ma się wielkopańskie nawyki wyniesione z rodzinnego domu, gdzie zasady kindersztuby wytyczał peerelowski trep.
Ale… wszystko po kolei.


Na wspomnianym wyżej samym bankiecie, gdzie to Paweł Adamowicz wykazywał innowacyjność w działaniach prezesa Amber Gold, już po części oficjalnej miało miejsce spotkanie Marcina P. z Tomaszem Lisem.
Mistrzem ceremonii był zaufany człowiek Prezydenta Gdańska niejaki Antoni (nazwisko znane autorowi).
To on poznał ze sobą obu “biznesmenów”.
Jak podaje osoba mocno zbliżona do gdańskiego ratusza, Lis liczył na mecenat Marcina P. oraz sponsoring kolejnej, przygotowywanej od roku książki.


Jedną z form okazania wdzięczności za wsparcie literackiego kunsztu “Hot Doga” miała być wizyta P., jako jednego z gości w cyklicznym programie “Tomasz Lis na Żywo”.
Program miał w całości być poświęcony epokowemu dziełu Wajdy Andrzeja p.t. “Wałęsa”.
Konspekt był już ponoć rozpisany, a listę gości mięli uzupełniać, Andrzej Wajda, Robert Więckiewicz oraz Zdzisław Pietrasik.
Do realizacji nie doszło, gdyż P. nie był zainteresowany upublicznieniu swojego wizerunku.
Pomimo, że z wiarygodnych, rządowych źródeł dochodziły już informacje o niejasnej przeszłości Plichty, Tomasz Lis nie zaniechał starań o uzyskanie “sponsoringu”.


Nie cały miesiąc po raucie w gdańskim ratuszu, ponownie, za pośrednictwem Adamowicza (czyli przez jego “prawą rączkę” Antoniego) miał miejsce kontakt z P.
Jak podaje jeden ze współpracowników Lisa z Deadline Production, jego szef spotkał się z P. w warszawskim hotelu Sheraton.
Przebieg “biznesowych rozmów” był dla Lisa nadzwyczaj satysfakcjonujący, gdyż (jak wspomina pracownik) “Tom wrócił ze spotkania wesoły i tak rozpromieniony jak nigdy dotąd. Wielu z nas, na co dzień krnąbrnego i chamskiego Lisa, tak grzecznego i radosnego nigdy nie widziało…”.

 
Radość nie trwała długo, niczym małżeństwo Lisa z Rusinową.
Kilka tygodni po meetingu w Sheratonie, telefon Marcina P. przestał odpowiadać. Ponoć szczególnie wtedy, gdy dzwonił Lis. Jak przystało na osobę o niezbyt wysokiej inteligencji, potrzeba było aż kilku dni, by redaktor “Hot Dog” wpadł na to, że P. go unika i z forsy obiecanej nic nie będzie.
Złość Lisa nie miała granic.
Podobno (jak opowiada pracownik Deadline Production) furia literata-redaktora przypominała atak szału Stefana Niesiołowskiego podczas badań psychiatrycznych w 1987 roku. Skończyło się nawet wyrzuceniem pracownika, który miał czelność uśmiechać się w czasie szaleńczego zawodzenia swojego szefa.
Od tej pory, wymawianie nazwiska Marcina P. w obecności Lisa grozi eksplozją wulgaryzmów i obelg.

Lis-trator w imię trepowskiej moralności

Zainteresowania biznesowe oraz koneksje redaktora Tomasza Lisa dane nam było poznać w powyszych fragmentach. Prócz niewątpliwych zalet i nieskazitelnej, wręcz kryształowej uczciwości redaktor odznacza się również przymiotami o najwyższej moralnej próbie.
Rzec można, iż gdyby w Sevres ustanowiono wzorzec uczciwości i moralności, to bez wątpienia nosiłby on imię “Lisa”.
Dajmy na to taki Adamowicz czy pan P. mogliby szczycić się oceną powiedzmy…“¼ Lisa”… taka to wyśrubowana miara jednostki.
Właściwie, to trudno się nawet dziwić.


Kultura osobista i zasady wyniesione w rodzinnego domu, gdzie za wychowanie syna odpowiadał “najuczciwszy z Polaków” była podwaliną, kamieniem węgielnym, na którym wzniesiono dopiero solidną piramidę moralności.
Edukował się zatem Lis i czerpał pełnymi garściami ze sprawdzonych wzorców, takich jak Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń oraz wiele innych najwybitniejszych moralnych kalek.


Nie tak dawno spore zamieszanie wywołał wpis Sylwestra Latkowskiego na Twitterze. Wyjaśniał, że zdecydował się niegdyś na odejście z redakcji „Wprost”, ponieważ Tomasz Lis oraz Tomasz Machała zamierzali żerować na taniej sensacji i szukać haków na leżącą w szpitalu matkę Jarosława Kaczyńskiego.
Latkowski napisał: “Niech Tomek z Tobą przyzna się, dlaczego odszedłem z "Wprost", bo chcieliście prześwietlać życiorys leżącej w szpitalu matki JK “.
Kanon lisiej moralności dopuszcza zatem zarówno nepotyzm, kręcenie lodów jak i kontakty z szemranymi typami. Jako gratis Lis dorzuca jeszcze, tak przez siebie niegdyś potępiane zbieranie haków.
Jak na wychowanka szkoły “trepowskiej moralności” zupełnie nieźle. A “Hot Dog” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

wtorek, 9 czerwca 2009

Koniec sezonu ochronnego na Lisy?

Pupil i pieszczoch prezesury publicznej telewizji, niejaki Lis Tomasz znów zaplusował.
Zaplusował i zasłużył na premię. Dokopał PiSowi i obśmiał Kaczora niemiłosiernie, a stało się to w cyklicznym programie „Tomasz Lis na Żywo”.

Otóż aby było wesoło i „antypisowsko” w sondzie, będącej stałym punktem programu zadał telewidzom pytanie „Czy J. Kaczyński miał rację mówiąc, że Z. Ziobro powinien uczyć się języków?”. Forma pytania skonstruowana została tak, aby cokolwiek wypadło, było powodem do śmiechu i nabijania się z PiS.

Mimo, że Lis zaprosił nawet do studia notorycznego „bezjęzykowca” Olejniczaka, wolał pytać widzów w sodzie o nieobecnego Ziobrę. Mimo, że miał w studio antyiteligentną Rózię Thun, której dla odmiany język polski jest najsłabszą stroną (jak to mówią: ona włada polskim jak, Olejniczak angielskim) wolał walić w PiS.
Tak bardziej programowo. Bogu (Adamowi M.) świeczkę i diabłu (Piotrowi F.) ogarek.

W związku z powyższym wesoło było i radośnie.
Oczywiście, wiadomo, że polityk jest zwierzyną łowną i nie posiada nawet okresu ochronnego, dlatego każdy kto chce, może jeździć po nim jak po łysej kobyle.
Ale, ale... dotyczy to również artystów oraz ludzi zwanych „celebrytami”, czyli Pana Lisa też!
Ciekawym było by, gdyby Tomasz Lis zaczął nabijać się publicznie również z siebie.
Akurat w jego wypadku prawo do intymności i zachowania prywatności minęło bezpowrotnie z momentem publicznego manifestowania czy jak kto woli reklamowania ostentacyjnie wsparcia swojej drugiej połowy słynnym „Haniu jestem z Ciebie dumny” na podkoszulce w czasie meczu piłkarskiego.

Z czego akurat Lis był tak dumny, pozostanie jego słodką tajemnicą. Może był dumny z tego, że małżonka była łaskawa wylecieć z pracy w telewizji, może z tego, że podczas pracy strzelała focha za fochem... Może. Mniejsza z tym...

W związku z powyższym, skoro minął już sezon ochronny na Lisy, może uda się oddać salwę?
Ot choćby w formie takiej oto sondy w następnym programie „Tomasz Lis na Żywo”.
Obywatele, chwytajcie już za telefony...