Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bzdury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bzdury. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2015

"Charakteru i honoru nie kupuje się w spożywczaku"

-->
Newsweek doniósł, iż ponoć Jarosław Selin był łaskaw zadeklarować, że jak tylko PiS wygra wybory, to wyrzuci Tomasza Lisa z TVP.
Jak wiadomo Newsweek, to nie tygodnik a stan umysłu, w związku z tym należy patrzeć na ów donos przez palce, bo to jak zwykle u nich – “jedna pani, drugiej pani i do tego jak  poinformował nas anonimowy działacz…”  - czyli kreuje się fakty.
Obecnie w Newsweeku już pokazowo płaczą i łączą się w propagandowym bólu (w blasku fleszy) z Tomaszem Lisem.
Cierniową koronę z redakcyjnego kaktusa i drutu kolczastego z ogrodzenia Krzymowski z Cieślą wykonali i w asyście zespołu redakcyjnego Lisowi na głowę już za wczasu wciskają (również z asyście lamp błyskowych).
Męczennik za prawdę – sprawiedliwy wśród  ogółu TVP – ofiara faszystowskich, pisowskich czystek  - Bertold Brecht naszych ciężkich czasów!
– Charakteru i honoru nie kupuje się w spożywczaku – podsumował wypowiedź Sellina - ociekający krwią oraz biczowany Tomasz Lis, po czym łzy cierpienia popłynęły mu policzkami. W tym momencie cały zespół redakcyjny na kolana padł i łkać począł okropnie. - Nie kupuje się….” – wymamrotali niektórzy.
Jako, że z każdej ułomności zrobić można przymiot, planuje się, już niebawem w siedzibie Newsweeka wmurować tablicę pamiątkową – Tomasz Lis, człowiek który nie kupił charakteru i honoru w spożywczaku…
Istotnie, zarówno charakteru, jak i honoru Lis nie kupił w spożywczaku.
Nie nabył ich zawczasu w ogóle, toteż ani charakteru, ani honoru nie posiada.
Przez to przyszła władza nie narazi go na straty, - co jest powodem do (mimo wszystko) radości.

Zastanawiam się, po co w ogóle ruszać Tomasza Lisa i jego tonący program.  A niech dogorywa sobie w spokoju, tylko w czasie mniejszej oglądalności  i oczywiście za mniejsze pieniądze.  Do końca na pokładzie pozostaną, niczym orkiestra na Titaniku ks. Tow. Sowa,  Hołdys czy inny Bartoś w asyście nielicznych lewackich klakierów…
I to będzie największa kara, jaka może spotkać Lisa -  obojętność i ignorancja ze strony zwycięzców!
Prześladować i niszczyć można kogoś, kto jest “KIMŚ”, kto “COŚ ZNACZY”…
Dupków się olewa, by nie kreowali się na cierpienników.

wtorek, 6 października 2015

Dzień Tomasza Lisa


Nie jest w najlepszej formie Tomasz Lis. Dwa pobyty w szpitalu, wypadające włosy… Żona Hanna (primo voto Kedaj, secundo – Smoktunowicz) ręce łamie i zaklina: Tomek przebadaj się!  A Tomek nic, tylko na nerwach własnych niczym na strunach łkającej wiolonczeli pogrywa żałobną muzę.  O, te dźwięki to psalm pogrzebowy dla Polski – ojczyzny zniewolonej już wkrótce, po 25. Października.
Tomasz Lis cierpi. Cierpi już od wielu lat, bo od czasu, kiedy powstał PiS.
Całe życie Tomasza Lisa, od rana do wieczora podporządkowane jest śledzeniu, punktowaniu i niszczeniu Prawa i Sprawiedliwości. I tak w kółko od 2001 roku.
Od 2012 roku Tomasz Lis może się realizować w prasie drukowanej – jest Redaktorem Naczelnym Newsweek Polska.
Jego tygodnik, z małymi wyjatkami od trzech lat poświęcony jest niemal w całości opisywaniem podłych spraw PiS oraz demaskowaniem podłej postaci Jarosława Kaczynskiego.
Każdy dzień Tomasza Lisa, to udręka, horror i ból.
Tomasz Lis nie ma chwili dla siebie i rodziny – bo myśli bez przerwy tylko o PiSie!
Jak wygląda zwykły dzień Tomasza LIsa?
Okropnie!
Niech to będzie, dajmy na to poniedziałek…

7.30 – Wstaję. Nie mogę spać, bo śnił mi się Kaczyński. Przyśniła mi się też taka fajna afera  PiSu, ale za chwilę zapomnialem o co choziło.
7.55 – Siedzę i myślę, co teraz knuje Kaczyński. Bo na pewno coś knuje.
8.25 – Eureka! Wpadłem na pomysł, że pewnie teraz Kaczyński korumpuje kogoś i podle wykorzystuje.
9.00 – 9.45 – Usiłuję jeść śniadanie. Hanka zamówiła katering. Facet, który przywiózł zamówienie, taki niski… zupełnie jak Kaczyński. Nic nie ruszyłem. Popsuł mi humor.
10.00 – Ubieram się i myślę o tym, co mógł powiedzieć Kaczyński o gejach. Wymyśliłem, że powiedział nieładnie i homofobicznie.
10.30 – Wyjeżdżam noim vanem z garażu. Myślę, co może knuć Kaczyński wyjeżdżajac z garażu. Zamyśliłem się i zawadziłem zderzakiem o bramę…  Znów wszystkiemu winien Kaczyński.
10.40 – Wyjeżdżam z osiedla. Banner na płocie… “Pisanie podań.  Mgr. Jerzy Z….” I znów nerwy – ręce mi sie trzęsą. Słyszycie to? PIS…anie! Muszę się wyciszyć…
11.20 – Wyciszam się ciągle, ale to nic nie daje. Co teraz może robić Kaczynski? Ja tu siedzę w samochodzie a on tam knuje… Niech to szlag.
12.00 – Biorę “calmsa”. Biorę jeszcze dwa “calmsy” I jadę do pracy. Po chwili mam w nosie, co robi Kaczyński. Luz pełen. Teraz myślę, co robi Duda! A niech to… Knuje!
12.45 – Co te światła na skrzyżowaniu? Popsuły się? Stoję na czerwonym już z minutę! Czerwone, czerwone? O, w logo PiS litera “i” jest czerwona! Totalna inwigilacja obywateli! Na każdym kroku…
13.25 – Wjeżdzam do wydawnictwa. Dziś nowy numer “Newsweeka”  - będę oglądał go z kolgami. Czytać nie będę, bo sam to wszystko wymyśliłem I znam na pamięć. A Kaczyński? Co wymyślił?
13.40 - Czekam na windę, na dolnym parkingu. Co teraz robi Kaczyński, czy też może czeka na windę i knuje? Jest! Wchodzę do winy – o cholera, to ta sama winda którą jechał Kaczyński w trakcie wizyty w  Wydawnictwie! Jechał też nią Duda! O matko – duszę się. Ratunku, gorąco mi…
13.41 – Na szczęście na pierwszym wsiada jakaś kobieta. Dobrze, nie jestem sam.  Ale, ale… czy przypadkiem, nie jest nasłana przez Kaczyńskiego? Lepiej uważać I stanąć w kącie.
13.45 – Wysiadam z windy i wchodzę do gabinetu. Pewnie Kaczyński też dziś wchodzi do gabinetu. I pewnie knuje… Co on dzisiaj knuje? Co knuje dziś cały PiS???
14.10 – Oglądam numer. A jaki numer ogląda Kaczyński? Piękny numer.  Cały o Kaczynskim I PiSie. Wiele ciekawych afer.  Jak to ładnie napisane.
Nikt nam nie zarzuci, że to wszystko wymyślone. Żadnej afery nie wymyśliliśmy. To nie my! My wymyśliliśmy tylko informatorów, a oni wymyślili te afery…. Cholera, przez chwilę widziałem twarz Kaczyńskiego, gdy zamknąłem oczy.
14.45 – Przynoszą mi kawę. Dwie kostki cukru i smietankę do kawy. Taaak… Ja tu nerwy, jak postronki, cały jak strzępek nerwów… a prawdziwą smietankę spija PiS. Oczywiście Kaczyński też. Ręce mi się trzęsą. Rozlewam kawę… Znów Kaczyński dał znać o sobie!
15.15 – Przychodzi Cieśla z Krzymowskim… Zamyśliłem się przez chwilę nad perfidią PiSu… i zaskoczyli mnie! Przedstawiło mi się, że to Kaczyński z Dudą! Cieśla podał mi Catopril i serce jakoś wyhamowało! Chłopaki siedzą i opowiadają o nowych, wymyślonych informatorach i ich wymyślonych aferach… nie słucham, bo staram się wydedukować, czego teraz słucha Kaczyński.
15.30 – Idę na obiad. Dołącza Renia Kim i młodszy konfabulant Gajek. W stołówce czeka już cała grupa z naszej redakcji.  Stajemy w kolejce. Zamawiamy, każdy co lubi.  Co dziś w menu?  Kasza, buraki, Kaczka…  Nie! Kaczka?! Kaczka – Kaczyński i tu! Straciłem apetyt!
15.55 – Wrcam głodny do gabinetu. Ciekawe, czy Kaczyński też jest głodny? Jest!!! Głodny władzy – jak zawsze! Odpoczywam w fotelu…
16.20 – Budzi mnie telefon. To Hania. Pyta czy jadłem obiad i czy robiłem siku. Cholera, zapomniałem. Tyle myślałem o PiSie, ze zapomniałem o siku.
No, to teraz ładnie się załatwiłem. Mokry fotel, mokre spodnie… A Kaczyńskiemu już pewnie ktoś doniósł i teraz cieszy się z mojego niesczęścia. Szambo i mocz…
17.00 – Cieśla z Krzymowskim wykąpali mnie pod prysznicem. Woda lała się i lała… zupełnie, jak podczas przemówień Kaczyńskiego. On to wodę leje. Namydliłem się sam. Upadło mi mydło, schylam się i w tym momencie otwieram się szeroko… myśle o wszytskich gejach, tak prześladowanych przez PiS.
17.35 – Wycieram się i przebieram w garnitur. Dziś przecież “Tomasz Lis na Żywo” Będzie fajna ferajna – jak to mówią kupa łajna… Ciekawe, czy Kaczyński zgadnie, kogo zaprosiłem? Inwigilacja totalna, więc pewnie już mu donieśli… Teraz pewnie siedzi tam u siebie na Nowogrodzkiej i śmieje się ze mnie… Że go nie zaskoczyłem. Tupię nogami i gniotę Newsweeka ze złości.
18.00 – Wiozą mnie do TVP. Zjadłem cztery calmsy.  Tak, żeby się wyciszyć i nie myśleć. No i co z tego?  Ja nie myślę, ale Kaczyński cały czas myśli!  Próbuję się zdrzemnąć, ale co zamnknę oczy, to widzę cały PiS, który knuje i prześladuje.
18.35 – W TVP witają mnie bardzo serdecznie. Towarzysz Daszczyński – prezes…. A niech to, Prezes!  Jest tylko jeden prezes nad prezesami – Kaczyński! Znów wraca trauma…  Jadę do studia. Są już zaproszeni funkcjonariusze. Są techniczni…
19.00 – Jakoś nie mogę się skupić. Przynoszą scenariusz… To dziś w pierwszej cześci będą oddelegowany z PO do kościoła, towarzysz Sowa, towarzyszka Szczuka i jeszce ktoś… chyba jakiś gej czy tranwestyta. Nie pamiętam… Nie potrafię się skupić, bo wiem, że w tym studiu kiedyś był nagrywany program z Kaczyńskim.  Horror!
19.25 – Pacykują mnie. Przyszła jakaś kobieta i maluje mi twarz. A tam, gębę – bo twarz to może mieć Kaczyński!  Poprosiłem, żeby na koniec “zrobiła mi oko” i trochę podczerwieniła usta. No i teraz jestem ładniejszy od Kaczyńskiego.
19.50 – Myślę o programie, ale nie idzie mi to jakoś. Nie dość, że myślenie, to nie jest moja mocna strona, to jeszce przypomina mi się postać Kaczyńskiego, który przedstawia swoj program. No i właśnie, ja nie jestem w stanie opanować programu a Kaczyński zna swoj na pamieć! Lizus i kujon!
20.10 – Idę na wszelki wypadek do toalety. No przecież nie mogę znów narobić w majty, bo będę mokry siedzial przed kamerami. No bo jak Hanka nie zadzwoni… to nieszczęście gotowe. A może nie zadzwonić? Może! Dziś ma korepetycje z historii. Zaraz, zaraz… miała nauczyć sie czy to była Wieża Babel czy Wieża Babilon… I coś jeszce o okupacji... A,…  kim był Kutcher czy tam Kutchera…. Cholera go wie kim był!  Ja tam wiem kim jest Kaczyński! A niech go… Znow Kaczyński. Kurcze, przez te głupie ględzenie nasikałem na nogawkę!
20.40 – Wchodzi do studia publiczność. Siadają zgodnie z grafikiem. Od lewej – rodzina Krzymowskiego, Cieśli, prezesa Daszczyńskiego, forum młodych PO, komuniści z SLD, szwagier Palikota z żoną, mongoły od Renatki Kim (to wujostwo męża) i jakaś delegacja ze związku pedalstwa polskiego. Ktoś im tłumaczy, kiedy mają się śmiać a kiedy buczeć…  Na chwię zapominam o PiSie, ale już jakiś dureń wszystko spieprzył. “Czy ma pan może długoPiS!?”  No i wszytsko, jak krew w piach! Znów Kaczyński I ten jego PiS!
21.00 – Wchodzą goście. Sadzam ich i rozdaje kartki z pytaniami. Przeczytali. Teraz rozdaję kartki z odpowiedziami. Czytają, nie znali własnych odpowiedzi. A Kaczyński pewnie znał, bo mu donieśli! Znał wszytskie pytania i wszytskie możliwe odpowiedzi.
Cholera, ta mokra nogawka przeszkadza…
21.30 – Startujemy. Biorę cztery calmsy i szklaneczkę samogonu. Nie będę myślał o Kaczynskim, nie będę… “Witam Panstwa… Tomasz Lis nażyga… “ to jest “na żywo” – dziś moimi gośćmi będą….”Kaczynski”… Co ja gadam!?  Znów ten Kaczynski bruździ…
“Gośmi będą ci, co tutaj siedzą”…. Jeszcze dwa calmsy. Jakoś leci…
22.30 – Program jakoś przeszedł. Sam nie wiem o co chodziło, bo calmsy mnie wyciszyły. Nawet chyba zasnąłem. Śnił mi się przekręt PiSu. Ten sam, co rano.
22.50 – Mówią, że wracam do domu. Chyba wracam. Najpierw jednak zwrócę, bo mgli mnie po tych calmsach. Jacyś ludzie gratulują programu, że niby Sowa pięknie czytał z kartki odpowiedzi, a Szczuka uroczo sepleniła… A bo ja wiem, nie pamiętam. Cholera, Kaczyński, to pewnie wszytsko pamięta… Znów mnie prześladuje, typ jeden…
No i trzęsą mi sie ręcę, tak mnie wkurzył. Dobrze, przystawiam rękę do twarzy – łapa jak wachlarz, tak się trzęsie, że wprawia powietrze w ruch…. Trochę chłodniej.
23.10 – Wsadzają mnie do samochodu. Ruszam z PiSkiem opon… No I znów. No nie pojadę! Zatrzymuję. Trzy calmsy, - może będzie lepiej.  Ruszam ponownie, ale bez PiSku… powoli.
0.20 – Jestem w domu. Jakoś “na wyciszeniu” dojechałem. Wita mnie Hania.  “Byłaś z PiSem na spacerze”- pytam. Cholera, co ja gadam!?  “Z psem…, z PSEM!” I znów ten Kaczyński! Ja nie zasnę!  
0.30 – Hania robi kanapki i stawia na stole, nastawia muzykę. W telewizorze leci jakiś gangsterski film.  “Kupiłam dobrą kaczkę faszerowaną” – mowi. “Jedz Tomuś!” – dodaje.
Z głośników sączy sie “Give Peace of chance”. “Wiesz, przed twoim przyjazdem przez chwlę oglądałam ten film. Ten pierwszy postrzelił tego drugiego z PiStoletu”.
“PiSzą, że to nagrodzony film…” No i dupa – nie zjem kolacji. Na dodatek nie zasnę…
Cztery calmsy. Hania układa mnie na łóżku. Przez mgłę widzę jej twarz ale i twarz Kaczyńskiego z całym PiSem. Dużo ich cholera… Możę przyśni mi się jakiś przekręt PiSowski? Zasypiam z moją ulubioną pluszową kaczuszką.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Jak zagospodrować Artymowicza




Nieopisane pokłady talentów drzemią w wybitnym naukowcu białoruskim - Pawle Artymowiczu (Павэл Николаевич Aртимович).
Z wielką dozą nieskrywanego podziwu należy stwierdzić, że pierwszym, który poznał się na geniuszu astrofizyka, był pan premier.
Dotąd prosty lecz przykładny docent badał sobie spokojnie ciała niebieskie i nie marzył nawet o karierze politycznej a tu pan premier czarodziejską laską… stuk, puk...itd. Itp.
Nie jest łatwo wyjaśnić w jaki sposób astronom, w ewolucji gwiazd podwójnych i układów planetarnych oraz dynamice dysków astrofizycznych zabarwionych pyłem międzygwiazdnym wyczytał rozwiązanie zagadki tragedii smoleńskiej.
To chyba  tylko dzięki ogromnej intuicji, talentowi i oddaniu panu Premierowi.
Jak przystało na zapalonego posiadacza talentów wszelakich, Paweł Artymowicz, jako popisówkę  na prędce sklecił coś na wzór “dobranocki” z epoki “Gąski Balbinki” i nazwał to “symulacja lotu TU-154”, czym ujął do głębi Donalda Tuska zakochanego w filmach rysunkowych.
W przypływie miłości własnej pan premier nakazał zakończyć śledztwo, zamknąć teczki i dla pewnośći spalić... Artmowiczowi polecił przyznać tytuł „Złotego Leminga z gwiazdami oraz pryszczem i ogłosił, że sprawę Smoleńska wyjaśniono, a jak to chce poczytać to MIller właśnie wszystko opisał. Dla spragnionych oryginału, dostępny raport MAK. 

Odtąd świat przed Artmowiczem stanął otworem, a zaufaniem władzy począł cieszyć nieograniczonym.
Jak tu nie wierzyć w przysłowie, iż każdy żołnierz nosi w tornistrze buławę marszałkowską?
Przecież sukces osiągnął skromny astrofizyk, specjalista od gwiazd podwójnych i układów planetarnych oraz dynamiki dysków astrofizycznych czyli o specjalności zupełnie nie przystającej do istoty prowadzonych badań.
Przypadek?
Całkowicie błędne myślenie!
Wszystkim zazdrośnikom oświadczam więc, że Paweł Artymowicz posiada licencję pilota – amatora.  Od czternastu lat kieruje takimi fortecami powietrznymi jak awionetki i coś na podobieństwo latawca ze śmigłem, toteż na ten przykład, taki kapitan Wrona tytułuje go zapewne: “kolego” .
“Nie ma śmiania…”
Skoro sprawa została przez Artymowicza wyjaśniona, komisja Millera zakończyła dłubać w nosie a bohaterscy prokuratorzy wojskowi bez strat w ludziach wrócili z „pobieżnych oględzin“ wraku, można a nawet trzeba tak wybitnego fachowca jak pan Paweł zagospodarować.
Jak?
Otórz, wiadomo że pan Artymowicz posiada również wiele innych uprawnień i dokumentow, które stawiają go w roli fachowca a nawet w danym temacie alfy z omegą włącznie.
Choćby posiadanie takiego „prawa jazdy“ może skłonić władze do zatrudnienie Pawła Artymowicza jako głównego eksperta do spraw motoryzacji a nawet budowy autostrad.
„Karta rowerowa“ w rękach Artymowicza może oznaczać, ni mniej, ni więcej,  iż jest on jedyną osobą mogącą rozwiązać problemy „ścieżek rowerowych“ a bilet miesięczny to przepustka do fotela reformatora transportu miejskiego.
Z kolei karta bankowa to idealny dokument stwierdzający ponadwybitny talent w dziedzinie bankowości. A kwit z pralni to.... itd...itp.
Panie Artymowicz, daj pan się zagospodarować panu premierowi. On tak bardzo potrzebuje dziś fachowców!

poniedziałek, 18 marca 2013

A Lis wielbi Mazowieckiego, który z dyktaturą współpracował


No i mamy Papieża.
Ku radości chrześcijańskiej większości w Polsce, został nim argentyński kardynał Jorge Mario Bergoglio. Kardynał Bergoglio, to spokojny, dobroduszny i prawy człowiek, toteż zjednał sobie ogromne rzesze wiernych oraz ludzi dobrej woli.
Rzecz jasna krajowa „bolszewia“ starała się jak tylko mogła zochydzić zarówno konklawe, jak i postać Ojca Świętego.
Oczywiście prym wiódł „pluszak płemieła“ Lis, który w swoim Newsweeku, za pomocą niejakiego Wachnickiego wypisuje totalne bzdury o rzekomej współpracy kardynała Begoglio z rządem Jorge Rafaela Videli.
Dla niewtajemniczonych podam, że brygadier Videla stał na czele junty wojskowej, która próbowała uratować Argentynę przed tym co spotkało Kubę, czyli komunistycznym puczem i sowieckim wasalizmem w wymiarze realnym.
Dziś lewacka prasa z europki tworzy mity o tysiącach pomordowanych przez Videlę oraz temu podobne głupoty.
Tytuł aż nadto wymowny: „Jak papież Franciszek z dyktaturą współpracował“ – jednoznacznie sugeruje, że kardynał Jorge Mario Bergoglio dopuścił się czegoś złego i nieodpowiedniego.
W tekście też głupio i w stylu lisowym, czyli zero faktów, masa domysłów.
Oczywiście, zwykły i prosty gówniarz jak Wachnicki sam by czegoś takiego nie wymyślił, stąd też oczywiste, że „pluszak płemieła“ natchnął go i poprowadził jego rękę.
Najzabawniejsze, że Wachnicki (o ile taki ktoś w ogóle istnieje) i Lis, sami nie są świadomi jak zaszkodzili swojej „wielkiej i sprawiedliwej“ sprawie, dłubiąc w przeszłości Papieża.
W tym momencie należy przypomnieć „pluszakowi“, że jego ojciec duchowy i „guru“ czyli Mazowiecki Tadeusz, bardziej aktywnie wspierał niegdyś inny reżim, dużo bardziej zbrodniczy – stalinowski.
Pan Mazowiecki popierał komunistyczne akcje represyjne wobec polskiego duchowieństwa a nawet domagał się w sfingowanym procesie, kary śmierci dla biskupa Kaczmarka.
Generalnie „pluszak Lis“ nie ma szcęścia do swoich idoli, gdyż większość z nich ma niestety obsr..ne sumienia.
Ot, choćby wielbiony Geremek – komunista przez większość życia, drugi sekretarz POP na UW,  który gnębił, denuncjował i wyrzucał z uczelni nieprawomyślnych studentów w okresie szalejącego terroru stalinowskiego.
Jeszcze wspomnę o Wisi „stalinicznej“ Szymborskiej układającej peany na cześć Józefa Wissarionowicza w ramach ogłupiania społeczeństwa...
W kolejce dalej: Michnik, Lityński, Kuroń, Bauman....itd. itp...
Czy ci ludzie kiedykolwiek rozliczyli się ze swojej zbrodniczej przeszłości?
Może dlatego zasłużyli na podziw Lisa, że wspierali lewackie zbrodnie a nie dawali im odpór?

P.S. W ramach ciekawostki, przypadek kliniczny niejakiej Ewy Wójciak. Ta podobno komediantka z jakiegoś tam teatru napisała na Facebooku: „No i wybrali ch.ja, który donosił wojskowym na lewicujących księży...“
Trudno się złościć, a wręcz należy współczuć prymitywnej i pozbawionej inteligencji bolszewickiej komediantce.
Bo skoro Wójciakowa przez całe swoje życie ganiała po deskach podłych teatrów w podrzędnych mieścinach i to z gołą dupą, to wszystko może jej się z ch.jem kojarzyć.
Pewnie szczęścia w życiu nie zaznała?

czwartek, 24 stycznia 2013

Żydowski antysemita


Wielkie prawdopodobieństwo, iż świat się faktycznie ma ku końcowi.
W najnowszym Newsweeku *) Żyd oskarża Żyda o.... antysemityzm.
Można a nawet należałoby traktować ten fakt raczej w kategorii dowcipu, gdyby nie poważne argumenty i nastrój nadęto-poważny autora – niejakiego Pazińskiego.
Obiektem oskarżeń jest Rafał Ziemkiewicz, zdaniem Pazińskiego – antysemita i prawdopodobnie też faszysta.
Tu kilka wyjasnień. Otóż Paziński posiadający imię Piotr, to redaktor naczelny głupkowatego i niszowego czasopisma „Midrasz“.
Gazetki,  założonej niegdyś przez Konstatntego Geberta, syna komunistycznego, stalinowskiego bandyty Bolesława, a która ma na celu namącić w głowach nielicznych żydowskich czytelników i wyrobić w nich poczucie wyższości nad gojami.
W „Midrasz“ publikowali m.in. stalinowski bydlak i zbrodniarz Zygmunt Bauman, zakapior z GZP LWP Michał Friedman oraz Henryk Grynberg – komunistyczny kolaborant.
Paziński, zwany „Paziakiem“ znany jest też wielu blogerom ze stron portalu Salon24, gdzie stanowił wazelinową satelitę niejakiego Eli Barbura.

Profil pisma podparty wyżej wymienionymi autorytetami, wyrobiła w Pazińskim przekonanie, że jako Superżyd ma wszelkie prawo do  decydowania, kto jest antysemitą i dlaczego. Korzysta zatem Paziak ze swoich przywilejów aż miło.
Teraz ciosy Pazińskiego sięgają również jego rodaków.
Rafał Ziemkiewicz, który kilka lat temu wspomniał swoje żydowskie pochodzenie, na skutek zdrowego podejścia do historii Żydów polskich stał się w oczach Pazińskiego oraz jego lewackiego środowiska wrogiem publicznym (czytaj antysemitą) numer jeden.
Wystarczyło, że tenże Ziemkiewicz przypomniał czane karty polskiego żydostwa. Zahaczył o kolaborację bolszewicką, zdradę przybranej Ojczyzny, współpracę z zaborcą – okupantem itp...  a dla Pazińskiego wystarczyło to do odsądzenia autora od czci i wiary.
Sprawdziło się tu stare powiedzenie, że ten jest antysemitą, kogo Żydzi nie lubią oraz, że nie wolno nawet krzyknąć na Żyda, który nadepnie ci na nogę, bo jest to oznaką antysemityzmu.
Dotychczas taki system sprawdzał się, bo zgnoić goja to łatwizna, ale do tej pory żaden Żyd nie oskarżył innego Żyda o antysemityzm!
Co w tej sytuacji ?
Posługując się prostą logika należy zupełnie serio zastanowić się, czy to czasem Paziński nie jest antysemitą, bo pomawia i oczernia Żyda Ziemkiewicza?
I do tego, pewnie Ziemiewicz go nie lubi.
Ech, Paziński, ty antysemito i faszysto!

Faktem jest też, że Paziński stek swoich bzdur zamieścił w Newsweeku za zgodą (bądź na życzenie) Tomasza „syna najucziwszego z Polaków“ Lisa. Jak więc nazwać tego goja, który posługuje się Żydem, by oczernić innego Żyda?
Hiperantysemitą i hiperfaszystą.
Tomaszu Lisie, ty.....

I jak to ma nie pierdyknać?


*) Nie ma sensu cytowania czy przytaczania bzdur wypisywanych przez „Paziaka“ bo w wiekszości urąga to ludzkiej inteligencji. Zresztą, kto chce niech kupi Newsweek i przebrnie przez „szambo Paziaka“.  Ale na własną podpowiedzialność.

czwartek, 20 grudnia 2012

Jednak końca świata nie będzie! Koziej załatwił.



- Uznaliśmy, że to jest bardzo mało prawdopodobne – powiedział o prognozowanym na jutro końcu świata generał Stanisław (z) Koziej (d… trąba).
- Może w jakimś końcu świata będzie koniec świata. Nie wiem. W każdym razie w Polsce nie będzie.
No tośmy się uspokoili.
Kto jak kto, ale taaaaki generał wie więcej niż normalni obywatele i wróże.
Zacny szef BBN wykazał się nie lada talentem oraz wielką umiejętnością zapobiegania sytuacjom kryzysowym.
Już sam fakt, że instytucja taka jak Biuro Bezpieczeństwa Narodowego zajmuje się przepowiedniami Majów – budzi poczucie bezpieczeństwa i spokoju.
Śmiem nawet przypuszczać, że ostatnie (wczorajsze) posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego poświecone było temu zatrważającemu wydarzeniu.
Tęgie głowy Palikota, Millera, Tuska oraz prezydenta Komorowskiego zoganizowały burzę mózgów i efekty są widoczne.
Politycy uchwalili model działania – generał wykonał.
Co za szczęście, że mamy dzielnego Stanisława Kozieja, który potrafi sprawić, że (jak powiedział): “może w jakimś końcu świata będzie koniec świata. (…) W każdym razie w Polsce nie będzie”.
Teraz losy Ziemi są w rękach innych szefów bezpieczeństwa narodowego, z innych państw. Niech się uczą od Kozieja, ale szybko, bo jutro będzie za późno.
Aktualnie trwa ustalanie w jakim to końcu świata, nastapi jutro koniec świata i dlaczego własnie tam.
Wielce prawdopodobne, że właśnie tym zajmie się zwołana na prędce Rada Bezpieczeństwa Narodowego.

W kadym razie my już śpimy spokojnie.
Dziękujemy Ci generale!

P.S.  Bohaterski gererał Koziej i jego BBN, pracują obecnie nad sprawą przepowiedni Nostradamusa oraz niektórymi aspektami widzeń Wernyhory.
-----------
* wypowiedzi gernerała Stanisława Kozieja pochodzą z Radia RMF FM

środa, 28 listopada 2012

Kreowanie męczenników


„Gazeta Wyborcza“ postawiła krzyżyk na Olejnikowej i Gronkiewicz-Waltz.  
Dzisiaj, powołując się na swoich informatorów, zamieściła materiał opisujący, jakoby niedoszły i domniemany zamachowiec Brunon K. zamierzał wyżej wymienione panie ukatrupić.
Skąd taka wiadomość?
‚GW“ posiada swoich ludzi u Bondaryka, toteż ma pewne i sprawdzone informacje   z pierwszej reki. To nie ulega watpliwości, co „bondarykowe“ wymyślą – gazetka już o tym wie.
Zastanawia tylko, po co „tuba luksemburgizmu“ taką informację w ogóle podaje?
Brunon K. siedzi w areszcie (i pewnie posiedzi jeszcze trochę) więc nie zagraża nikomu, a głupie i nieodpowiedzialne, nastawione na kasę njusy mogą wykreować jego następów. Mało to w kraju kretynów?
Nie wydaje mi się, że złożona z doświadczonych i zaprawionych w medialnych bojach funkcjonariuszy „Gazeta Wyborcza“ tego wszytskiego nie wie.
Zatem jest to działanie celowe?
Czyżby poświęcenie w imię politycznego celu - wykreowania męczenników III RP?

poniedziałek, 19 listopada 2012

BOR niczym twarda ściana – tynk leci, pustak trzyma się mocno.


Kolejny szofer Wałęsy robi karierę.
Marian Janicki, ksywa generał, tak jak MIeczysław  Wachowski kręci lody i to nie małe.
On dla odmiany jako szef BOR. 
Absolwent AGH, inżynier ceramik, bez tytułu magistra (studia inżynierskie pierwszego stopnia, a nie pięcioletnie magisterskie), to tylko z zamiłowania najwyższy BORowik - bez stosownych kursów oficerskich.
Jak podaje w swojej gazecie Tomasz „syn najuczciwszego z Polaków“ (to taki zawód) Lis, Janicki przypomniał sobie o tym, co blisko trzy lata temu mówił mu ponoć podwładny - płk. Jarosław Florczak.
- Szefie, pan prezydent kiedyś doprowadzi do tragedii, zginie wielu niewinnych ludzi - miał powiedzieć około trzy miesiące przed katastrofą smoleńską Florczak, który zginął 10 kwietnia 2010 roku.
- Szefie, jak zwykle burdel, nikt nic nie wie, programy swoje, a realizacja swoje. Jeżeli pan może, to niech mnie pan więcej nie wysyła (...) Współpracowałem z Kancelarią Prezydenta Kwaśniewskiego, przez osiem lat ta współpraca była ideałem (...). To, jak wygląda nasza współpraca z obecną kancelarią, to jest jedna wielka katastrofa. Prowizorka i jeszcze raz prowizorka - dodał.
Oczywiście, to wszystko miało miejsce zdaniem Janickiego. Na wszelki wypadek prokuratura dała wiarę w jego przekaz, bo Florczak, nie zaprzecza słowom przełożonego.
Nie ulega wątpliwości, że gdyby dziś inżynier-ceramik Janicki doznał oświecenia i zgłosił do prokuratury, iż (dajmy na to) rok przed katastrofą smoleńską Sebastian Karpiniuk informował go o tym, że Prezydent Kaczyński wręcz obsesyjnie pragnie pilotować odrzutowiec, to dziś przyczyny tragedii mięli byśmy już rozwikłane.
No bo Janicki, to według reżimowych, wojskowych służb prawdomówny oraz godny zaufania inżynier-ceramik! Póki co lepi i klei jak może...i z czego może.

Nie wszyscy jednak mają podobne zdanie o inżynierze Janickim.
Według prokuratury Janicki jako szef BOR odpowiada za ochronę prezydenta oraz premiera, ale nie wypełniał tych obowiązków w kwietniu 2010 roku. Zamiast niego ochroną zajmowali się bez upoważnienia - podlegli funkcjonariusze. Zdaniem prokuratury ochrona w Smoleńsku była skandaliczna.
Na miejscu lądowania nie było ani jednego funkcjonariusza BOR-u przydzielonego do ochrony. Zdaniem biegłych na Siewiernym powinien być przynajmniej jeden funkcjonariusz BOR-u, którego zadaniem jest m.in. sprawdzenie, czy specsłużby rosyjskie wywiązały się z nałożonych na nie obowiązków, a także utrzymywanie kontaktu z wieżą kontroli lotów. Co ważne, biegli jednoznacznie stwierdzili, że obowiązkiem funkcjonariusza BOR-u z lotniska było również przekazywanie na bieżąco do Centrum Kierowania BOR-u danych o pogarszających się warunkach pogodowych w rejonie lądowania. Brak funkcjonariusza na lotnisku był jednym z czynników mających znaczący wpływ na obniżenie bezpieczeństwa ochranianych osób.
Biuro Ochrony Rządu powinno nadać wizycie prezydenta Kaczyńskiego w Rosji wysoki stopień zagrożenia. Tymczasem wizyta miała stopień średni. Ale to nie wszystko. Podczas rekonesansu funkcjonariusze BOR-u w Smoleńsku nie tylko nie obejrzeli lotniska Siewiernyj, ale nawet nie zrobili objazdu tras głównej i zapasowej na terenie Rosji, którymi miały przejechać kolumny specjalne. Wreszcie nie wykonano żadnych czynności związanych z opracowaniem wariantu zabezpieczenia prezydenta na wypadek awaryjnego lądowania tupolewa na lotnisku zastępczym. Ponadto nie wyznaczono dowódcy grupy rekonesansowej. W grupie tej w ogóle nie było pirotechnika ani lekarza sanitarnego (badającego stan miejsca lądowania i pobytu pod kątem zagrożeń sanitarno-epidemiologicznych).
Tak oto kierowca-amator i inżynier-ceramik w jednym partoli swoją robotę.
Rzecz jasna, w mormalnym kraju nie wystarczy wozić tyłek kogoś ważnego i farbować hną łeb na czarno by zostać szefem BOR, ale tam są widać inne standardy.
W kraju Tuska, za zasługi w spieprzeniu smoleńskiej wizyty, która zakończyła się tragedią, Marian Janicki został awansowany 15. Czerwca 2011 roku, przez Komorowskiego na stopień generała dywizji BOR.
Być może gdyby Janicki był prawdziwym (wojskowym) generałem, to miałby odwagę strzelić sobie po tym wszystkim w łeb, a tak jako inżynier-ceramik i kierowca takiej potrzeby nie odczuwa.
I na to właśnie zapewne liczyli patroni Janickiego powołując go na szefa BORu.
Taki fachowiec z poza wojskowych elit, nie zobowiązany do przestrzegania  wojskowego kodeksu honorowego jest przynajmniej wielokrotnego użytku.
Kodeks inżynierów-ceramików bądź kierowców nie zakłada honorowego samobójstwa...
Jest wysoce prawdopodobne, że inżynier Janicki wszystko co robił, zrobił według ścisłych dyrektyw i zalożonego planu, więc według własnej oceny jest „czysty“.
Nie on wymyślił „olewkę“ prezydenckiej wizyty, nie on wydał sobie rozkaz dłubania w nosie zamiast osobiście dopilnować przebiegu delegacji..... to nie on!
Na wszelki wypadek, honorowo inżynier Janicki i POmocnicy znaleźli już kozła ofiarnego i zamknięto publicznej opinii lemingów tzw. gębę.
Płk. Paweł Bielawny – za niedopełnienie obowiązków podczas wizyt premiera Donalda Tuska i prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu w kwietniu 2010 r. oraz poświadczenia nieprawdy w dokumencie, został przez szofera Janickiego zawieszony, a przez ministra spraw wewnętrznych Cichockiego zdymisjonowany z funkcji zastępcy szefa BOR.
Taki pic na wodę.
Bielawny zdążył jeszcze odebrać w czerwcu 2011 roku nagrodę od Komorowskiego – „za Smoleńsk“, jaką był  awans na stopień generała brygady BOR, a już w lutym 2012, przykładnie wyleciał z resortu.
Daleko się nie nalatał, bo w kwietniu br. wylądował jako doradca wojewody małopolskiego Jerzego Millera (tego od polskiej wersji raportu MAK – zwanego Raportem Millera).

O inżynierze-ceramiku, szoferze Janickim mówią, że jest nie do ruszenia, bo posiada kwity na całą POwską hałastrę. Widać jest w tym dużo prawdy, bo niczym w uderzonej ścianie – tynk odpada (leci zastępca) a pustak siedzi mocno... mimo tęgiego uderzenia.
Teraz szofer Janicki rozpoczął wraz z POmocnikami drugą fazę operacji. Rozpoczął medialną akcję (dezy)informacyjną, używając do tego zaufanej WSIowej „dziennikarskiej elyty “.
Pomocny, jak zawsze okazuje się Tomasz „syn najuczciwszego z Polaków“ Lis.
Dziś tani amant z Zielonej Góry poinformował na stronie internetowej swojego "Newsweeka", że zna treść 70 tomów akt śledztwa smoleńskiego, i to może nawet na pamięć.
Nic dziwnego, skoro występujące tam rewelacje zapewne pomagał wymyślać i redagować.
Czekamy zatem na nowe rewelacje Janickiego, autorstwa Lisa...
A nawet Janicki tak pięknie nie nałga, jak Lis opisze.
Najwyżej znów tynk odpadnie.... i będzie po staremu.

wtorek, 27 marca 2012

Cała prawda, święta prawda i .... „GW“no prawda.



Przy okazji podanych przez „GW“ rewelacji dotyczących przekazania Andrzejowi Lepperowi przez Jarosława Kaczyńskiego wyników badań DNA dziecka Anety Krawczyk, zrozumiałem co na myśli miał Blumsztajn mówiąc o odmiennych niż w tabloidach normach dziennikarskich oraz normach etycznych panujących w „Gazetce“.
Fakt, „Agora“ publikując jako wiekopomny news, zasłyszane od „bab z magla“  rewelacje, odcięła się od zasad które obowiązują w tabloidach.
Niestety, taki „Superak“ czy „Fakt“ swoje rewelacje sprawdzają, by nie narażać się na śmieszność – „Wyborcza“ nie.
Cała ta informacja zanim trafiła na „jedynkę“ blumsztajnzeitung, plątała się między Kaczmarkiem, Giertchem i Wierzejskim i była uznawana za wiarygodną tylko przez nich  trzech, wyłączając nawet ich rodziny.
„Bajdy kaczmarkowe“ uwiarygodniła dopiero „Gazetka“ a koło plotkarskie „maglonewsy KGW“ urosło do rangi centralnej agencji informacyjnej.
Najzabawniejsze, że jest to prawdopodobnie pierwszy przypadek w historii organu krajowej żydokomuny, kiedy za autorytety służą naziole, czy też faszyści (jak zwykli blumsztajmany nazywać chłopców z LPR czy też Młodzieży Wszechpolskiej).
Przyjmijmy, że akurat Panowie G i W, są „dobrymi“ naziolami w przeciwieństwie do całej reszty nazioli, którzy są źli i nie są żadnym przypadku wiarygodni.
W całym tym cyrku jest tylko jeden potężny babol.
Nikt nie jest w stanie potwierdzić tej teorii, gdyż to tylko „jedna pani – drugiej pani...“ a dowodów brak!
Równie dobrze taki Wierzejski mógłby oświadczyć, że wie od Giertcha o tym, kto stał za  zabójstwem Kennedy‘ego, a Kaczmarek może to potwierdzić.
Słabo musi być z „Gazetką“, skoro zajmuje się głupotami kreowanymi przez głupków i w sposób pokrewny gadzinówkom, próbuje dodatkowo głupków robić z czytelników.
Faktycznie kadra trudniąca sie plotkarstwem dziennikarskim, to inna (jak mówił Blumsztajn) grupa zawodowa.
Rzecz jasna część wiernych czytelników „GW“ da wiarę „rewelacjom“, ale to osobny gatunek ludzki, ktory uwierzył by nawet w tytuł mistera universum dla Michnika.

P.S.
A skoro już zajmujemy się potwierdzonymi, w sposób niezwykle wiarygodny informacjami, przypomniałem sobie krótką historię, zasłyszana niegdyś we Francji.
Z góry zaznaczam, że jest oczywiście prawdziwa i nie podlegająca wątpliwości, bo usłyszana od osoby prawej i prawdomównej.
A zatem...
W roku 1979, zwany profesorem Bronisław Geremek bawił w Paryżu. Niby związane było to z jakimś wykładem o średniowiecznych prostytutkach (w czym specjalizował się tow. Geremek), lecz w rzeczywistości wyjazd miał na celu spotkanie z przyjaciółmi – rodakami z paryskiej komuno-masonerii (tej od koktaili mołotowa i bandyckich zadym w 1968 roku).
Miła pogawędka w której uczestniczyli Geremek, Daniel Bensaid, Daniel Cohn-Bendit oraz Herve Shulberg trwała do późnych godzin wieczornych.
Dobrze jedzono i dobrze pito.
Około północy całe towarzystwo, nieźle już „zakropione“ postanowiło opuścić  restaurację i przenieść się do mieszkania wynajmowanego przez Cohn-Bendita.
W trakcie podróży od grupy odłączył się Bensaid, najmocniej podpity i mało kontaktujący.
Po około godzinie, trójka przyjaciół dotarła do celu, zakupując uprzednio kilka butelek whisky.
Kontynuowano przerwane dyskusje oraz wznoszenie toastów.
Po kilku szklankach „wędrowniczka“  Cohn-Bendit rzucił pomysł, by powiększyć grono towarzyskie o „młodą krew“, która miała by dostarczyć cielesnej rozrywki starym rewolucjonistom.
Shulberg nie był zachwycony pomysłem, gdyż znał aktualne erotyczne preferencje przyjaciela (wiedział o jego pedofilskich ekscesach w przedszkolu we Frankfurcie), natomiast Geremek z radością przystał na propozycję.
Cohn-Bendit wyjął notes i po przewertowaniu kilku kartek wybrał na tarczy telefonu znaleziony numer. Padło krótkie „Les deux petits, instantanément. Dany le Rouge.“
Nie upłynął kwadrans a w mieszkaniu zjawił się potężny mężczyzna o urodzie arabskiej w towarzystwie dwóch blond chłopców, na oko w wieku 9-10 lat.
Mężczyzna zainkasował od Bendita plik banknotów i rzucił na wychodnym „Amusez-vous. Deux heures! “
Dalej wszystko potoczyło się według klasycznego scenariusza.
Panowie zamknęli się z młodocianymi przyjaciółmi w osobnych pokojach, natomiast nieco zniesmaczony Shulberg udał się do domu.
Czy profesor Bronisław Geremek czytał chłopcu swoje opracowania dotyczące francuskiej prostytucji epoki średniowiecza, czy wspólnie wypalali fajkę „pokoju“, czy też narzekali pospołu na paskudną „komunę“ w Polsce...?
Opowiadający tę historię dziesięć lat później Herve Shulberg nie miał wątpliwości.
W każdym razie historia ta zrobiła na nim ogromne wrażenie, do tego stopnia, że nawet po upływie dekady, widząc w telewizji Geremka („okrągły stół“) nie był w stanie powstrzymać się od rzucenia krótkiego „pédophile!“.

Autorem relacji jest Herve Shulberg – uczestnik wydarzeń paryskiego maja’68. Były przyjaciel Daniela Cohn-Bendita. Artysta muzyk i sporadycznie malarz.
Historię opowiedział on w Paryżu, w towarzystwie czwórki polskich emigrantów - w kwietniu 1989 roku.
Herve Shulberg zmarł w lutym 2006 roku.
Pozostali uczestnicy spotkania żyją i potwierdzają, iż Shulberg opowiedział im tę historię.

środa, 6 lipca 2011

Jeden-dwa-trzy. Zły dzień dla platformy

To nie był dobry dzień dla partii „cudotwórcy z Kaszub”.
Tak im się wszystko pogmatwało i popieprzyło, ze aż miło patrzeć.

Najpierw „Rzeczpospolita” ujawniła przekręty w strukturach partyjnych w lubuskiem, gdzie platformiacy raczyli zapisywać do partii kogo popadnie, nawet nie pytając ludzi o zdanie.
Sprawę bada już prokuratura, bo w jakiś sposób dzielni działacze PO weszli w posiadanie danych osobowych niczego nie świadomych obywateli.
Oczywiście gdy sprawa została nagłośniona, ku radości gawiedzi wywalono na zbity pysk szefa tamtejszej PO oraz rozwiązano lubuskie struktury partii.
I bardzo dobrze.
Teraz należy zbadać „świadome członkostwo w PO” w innych regionach, bo niby czemu lubuskie miało by być wyjątkowe?
Może nawet okazać się, że sam Tusk nie wie, że do PO należy, bo bez jego wiedzy ktoś go do partii zapisał.
Bez śmiechu, to bardzo prawdopodobne, gdyż premier ostatnio udaje Gierka (albo Greka, jak kto woli) i o wszystkich niemiłych dla niego sprawach dowiaduje się „z prasy”.


Trochę później Trybunał Konstytucyjny orzekł, że nie wolno obrażać Prezydenta Polski.
Ten, kto używa w stosunku do Głowy Państwa słów obraźliwych, obelżywych popełnia przestępstwo. W świetle tej decyzji okazuje się, że „ałtorytet” PO - elektryk Wałęsa Lech, to przestępca.
Istnieje też szansa, że „sierżant” sejmu Niesiołowski, dołączy „z paragrafu” do kumpla Wałesy i razem sobie jak „git herbatniki” pod celą pogrypsują.


Sam Premier pojechał poopowiadać bajki do Brukseli.
Nawet zgrabnie mu to szło. Typowy zestaw obietnic i zachcianek, oraz klepanych od czterech lat farmazonów o tym z czego mamy być dumni i jak się mobilizować, by osiągnąć sukces.
Wszystko super i prawidłowo, tylko, że nawet tu w ojczyźnie premiera nikt jeszcze tego sukcesu nawet na rodzimym podwórku nie widział i zapewne już nie zobaczy.
Może oznaczać to, że również tuskowa prezydencja w UE zakończy się tym samym czy w Polsce.
Obietnicami.
Przemówienie bardzo podobało się. Szczególnie lewakom i partyjnym kolegom Tuska zatrudnionym w EuroKołchozie na lepszych i lepiej płatnych stanowiskach.
Spróbowali by powiedzieć, że im się nie podobało...
Niestety byli też tacy, którzy zrównali z ziemią całą szopkę Tuska i wyśmiali opowiadane baje.
Na dokładkę, poseł Zbigniew Ziobro przypomniał premierowi, a uświadomił zagranicznym europarlamentarzystom, że ten który udaje Gierka (albo Greka, jak kto woli) i plecie dyrdymały o standardach demokratycznych, sam wprowadza do życia publicznego zwyczaje białoruskie i prześladuje krytycznych wobec swojej władzy blogerów.

Po tym wystąpieniu zapewne z ulgą odetchnęli europejscy krytycy Tuska. Szczęście, że krytyczne słowa wypowiadali w demokratycznej europie, a nie w Polsce...



Na koniec jeszcze wystąpił jeden komunistyczno-pezetpeerowski działacz, obecnie socjaldemokrata, który w obecności gremium europosłów określił funkcjonariuszy ABW jako „uzbrojoną bandę”.
Biedny zapomniał, że jeszcze do 1989 roku sam zasilał jedną „bandę” nierzadko uzbrojoną i chyba tylko z racji jej samorozwiązania został się później demokratą.
Ten to były „bandyta” swoją wypowiedzią miał wspierać premiera.
To kolejna wtopa.
Numer cztery.

wtorek, 7 września 2010

Przebiegły komunista Niesiołowski

"(...) Jarosław Kaczyński fałszuje historię i robi to, co komuniści. Do wydarzeń, które były ważne dla nich, oni dopisywali z politycznych powodów postacie, które nie odegrały żadnej roli w tych wydarzeniach, i fundowali własnych bohaterów."

Tak bełkotał dziś w Radiu ZET Niesiołowski, koń Tuska którego ten zrobił wicemarszałkiem sejmu. Właściwie życiorys Niesiołowskiego i jego stan psychiczny po kolejnych wizytach u lekarzy specjalistów wystarczy za komentarz. I po sprawie.

Sprawa ta jednak dotyczy nie tylko Niesiołowskiego.

Do poziomu swojego marszałka dostosowało się wielu posłów i senatorów PO.

Każdy, kto wsłuchał się choćby w wystąpienie Kaczyńskiego na jubileuszu Solidarności wie, że nic takiego ni miało miejsca. Kto bowiem nie odegrał roli w powstaniu Wolnych Związków Zawodowych? Lech Kaczyński, Andrzej Gwiazda, Alina Pieńkowska, Anna Walentynowicz?

Brednie Niesiołowskiego powoli stają się "normalką" w życiu politycznym. Nie od dziś wiadomo, że muchołap jest osobą wysoce pazerną na kasę i zaszczyty, toteż każdy kto mu powierzy stanowisko i zapłaci, ma w nim szczekaczkę, czy też maszynę do plucia i besztania.

Wprawdzie arsenał jego wyzwisk dawno już osłuchał się i raczej zaczyna denerwować, niż śmieszyć, ale politykom PO to wystarczy. Tacy wielbiciele odgrzewanych kotletów.

Ciekawym eksperymentem było by podpłacenie Niesiołowskiego i wydanie mu polecenia plucia na Wałesę. Kładę rękę....

Mam pewność, że za 5-6 lat, gdy PO już trafi szlag, Stefan Niesiołowski swoje "niegodziwości, łgarstwa, fanatyków nienawiści i resztę" skieruje wobec Tuska z przyległościami, a może i Wałęsie się dostanie?

Będą jaja....

Póki co zwyczaje komunistów zapożyczyła właśnie Platforma Obywatelska. Prym wiedzie rzecz jasna koń Niesiołowski, tak uroczo kablujący już na pierwszym przesłuchaniu po aresztowaniu członków "Ruchu". Uczynny Stefan pomagał Ludowej Władzy - to się ceni.

Właściwie warto zastanowić się, czy to była głupota, konformizm, strach czy może kolaboracja. Ocenę pozostawiam czytającym.

To Niesiołowski na czele wiernej gwardii umniejsza dokonania osób, które z narażeniem życia, w imię idei solidaryzmu postawiły się komunie, a klei mit Heni Krzywonos (zwanej Henia z akumulatorkiem), która według własnej relacji zatrzymała już zatrzymany tramwaj.

Może to dalekowzroczność Niesiołowskiego, która każe mu zadbać o własne interesy po rozpadzie PO? Mości sobie zawczasu gniazdko w postkomunistycznych kręgach Jolanty Kwasniewskiej, która z Panią Krzywonos się nad wyraz kumpluje.

Przebiegły ten Stefan.

czwartek, 2 września 2010

Krzywonosy i długie nosy

Mam nieodparte przekonanie, że wystąpienie Henryki Krzywonos na obchodach rocznicy sierpnia '80, było sterowane i uzgodnione z partią rządząca.
Być może nawet sam Sławomir Nowak maczał w nim paluchy.
Do takiego wniosku skłoniła mnie wnikliwa obserwacja zachowania pro-platformowych mediów oraz polityków.

Skoro nie udało się rozmyć Jarosława Kaczyńskiego w trakcie wyborów prezydenckich i zaraz po nich, to należało opracować inną taktykę.
Wymyślono taktykę szczucia brata przeciw bratu.

Jest to, jakby użyć ulubionych słów Niesiołowskiego - niegodziwe, haniebne godne tylko karłów moralnych, tym bardziej że jeden z braci nie żyje.
Platforma z przyległościami wymyśliła sobie, że będzie przedstawiać w ciepłych barwach zmarłego Prezydenta Kaczyńskiego i przeciwstawiać go apodyktycznemu i paskudnemu Jarosławowi.
Idea jest zaskakująco skuteczna, bowiem Lech Kaczyński nie może już nikomu powiedzieć: „odczepcie się ode mnie i mojego brata” i zaprotestować przeciw chamstwu platformiaków.
Dodatkowo haniebne jest to, że właśnie dzięki zaniedbaniom wielu z tych, którzy dziś szczują - Prezydent Rzeczpospolitej zginął w katastrofie lotniczej.

Jako pierwsza nową politykę wojenną wprowadziła w życie Henryka Krzywonos, która niby to w obronie Tuska wygwizdanego w Gdyni zaatakowała Kaczyńskiego próbując wbić klin między braci.
Nie przypadkowo Tusk & Co. wytypowali właśnie prostą, żeby nie powiedzieć prostacką kobietę do przeprowadzenia próbnego ataku. W razie czego, oni czyści jak łza, a to tylko zwykła baba nagadała...

Jednak powiodło się.
Rodzina Agora oraz "walterownia" podchwyciły temat i od kilku dni czytamy i słyszymy, że Lech Kaczyński nie pozwolił by sobie...że Lech Kaczyński był miłym, starszym panem... że Lech Kaczyński wiedział jak było naprawdę... że Lech Kaczyński...itd.. itp.

W TV występują najróżniejsze Lisy, Borusewicze, Janasy i Frasyniuki, które pietruszą najróżniejsze farmazony o Jarosławie a o zmarłym Prezydencie opowiadają w samych superlatywach. Co za zaskakujący zwrot w klimacie wypowiedzi.
Lista kłamstw i głupot opowiadanych przez mizdrzących się do postkomuny i platformii byłych działaczy "Solidarnosci" wydłuża się.

Na szczęście wiarygodność wielu z nich dawno już została zweryfikowana poprzez ich decyzje i preferencje polityczne.
Nikt zdrowo myślący nie uwierzy już w jakiekolwiek rewelacje Frasyniuka czy Janasa, w prawdy Borusewicza czy Celińskiego. Nie znane są bowiem przypadki by oszust nagle zasmakował w mówieniu prawdy.
Do życia politycznego - model PO, wchodzi podwójna moralność czy też "kalizm".
Na ten przykład według ikony "koncesjonowanej opozycji" Mazowieckiego, słowa o Geremku, jakie padły z ust Jarosława Kaczyńskiego są podłością, natomiast opowiadane baje o Lechu Kaczyńskim (co by zrobił, a czego nie) przez Krzywonos czy też Frasyniuka są korekt.
A przecież obaj nie żyją, nie wytłumaczą się...

Podłość jak widać zależy od tego, kto wypowiada się i o kim.
Obecnie w mediach trwa festiwal łgarstw wypowiadanych przez "autentycznych bohaterów z S" (created by Agora) a mających na celu zawłaszczenie mitu Solidarności.
Plotą. Bzdurzą, kłamią, a.... nosy im rosną.

Henryka Krzywonos była pierwsza.
Jej mocodawcy wystawili tę masywną, prostą kobicinę, zapomnianą przez nich samych na wiele lat, najprawdopodobniej w celu ustanowienia własnej, państwowej ikony Solidarności i Strajków.
Mięli nadzieję, że po śmierci Anny Walentynowicz uda im się zastąpić legendę marną podróbką (taką na jaką ich stać), a co za tym idzie mieć wszystkie asy we własnym rękawie.

Tramwajarka jednak to nie ten kaliber ani nawet cień formatu Anny Walentynowicz.
Lansująca się w przeddzień promocji własnej książki (Sic!), przypominająca raczej wóz bojowy niż oazę pokoju Henryka Krzywonos, będzie mogła co najwyżej być atrapą symbolu i to dość podłej jakości.
Podobnie zresztą jak wielu z jej mocodawców, którzy na kombatantów się nadają jak Wałęsa na mędrca.

P.S. z ostatniej chwili:
No i okazało się, że nowa ikona strajkowa PO, Henryka Krzywonos wcale nie rozpoczęła strajku w MZK.
Tusk i reszta nie doczytali dokumentów z IPN, no i dali ciała.
Być może Krzywonos zatrzymała tramwaj i rozpoczęła swój prywatny strajk?
Prywatny, bo związkowy w Zakładach Komunikacyjnych trwał już od kilku godzin.
Dziś Pani Krzywonos też rośnie nos!

środa, 19 maja 2010

Przychodzi Wajda do lekarza...

Nawiązując do wspaniałego dowcipu opowiedzianego przez reżysera Wajdę w niedzielne popołudnie w Łazienkach, prezentujemy kilka dalszych kawałów na ten sam śmieszny temat...
















Przychodzi trup Wajdy do lekarza, który ma inne poglądy polityczne niż on i kładzie się na kozetce.
Lekarz: Co się pan tak rozkłada?
Wajda: A co, mam gnić w poczekalni?!

Przychodzi Wajda do lekarza, który ma inne poglądy polityczne niż on.
- Proszę się rozebrać
- A gdzie mam położyć ubranie?
- Obok mojego...

Przychodzi Wajda do lekarza, który ma inne poglądy polityczne niż on, z telefonem w brzuchu.
- Kto panu taki numer wykręcił?

Przychodzi Wajda do lekarza, który ma inne poglądy polityczne niż on... zielony i z antenkami na głowie.
Lekarz: Co Pan jest?
Wajda: Reżyser nie z tej ziemi!

Przychodzi Wajda do lekarza, który ma inne poglądy polityczne niż on, i pyta:
- W jakich porach pan przyjmuje?
- W dżinsach...

Przychodzi Wajda do lekarza okulisty, który ma inne poglądy polityczne niż on, i mówi:
- Panie doktorze, z bliska źle widzę.
- A z daleka? - pyta lekarz.
- Z Suwałk...

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, a lekarz.... też Wajda.

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z koparką na plecach, a lekarz:
- Ale się pan wkopał...

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, w wigilię i ... mówi ludzkim głosem.

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, a lekarz mówi:
- Niech pan przestanie tu przychodzić bo ludzie zaczęli o nas gadać.

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on i skarży się:
- Panie doktorze, wszyscy mnie ignorują.
Lekarz: Następny proszę!

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z... betoniarką na plecach, "co pan jest" pyta lekarz, a on się zmieszał...


Przyszła połowa Wajdy do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on. Lekarz pyta:
- A gdzie druga połowa?
- Wypilimy...

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z żabą na głowie;
Lekarz: co pan jest?
Żaba: a cos mi się do du... przykleiło.

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z kierownicą na plecach, a lekarz:
- kto pana tu skierował?

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on;
- Panie doktorze, mam wodę w kolanach!
Lekarz: A ja cukier w kostkach.

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on i się skarży:
- Panie doktorze, ludzie mi do okien zaglądają!
Lekarz: To nic dziwnego.
Wajda: Ale ja mieszkam na 10 piętrze...

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, w okularach na brzuchu. Lekarz się pyta:
- co pan jest?
A Wajda na to:- ślepa kiszka!

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z mózgiem na ręku. Lekarz się pyta:- co to jest???
A Wajda na to:- to się w głowie nie mieści!

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z kostką maggi w ustach i ze sterem w d...
- Co pan jest?
- Magister...

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z ptasim gównem na głowie.
- Co się panu stało?
- Widziałem orła cień...

Przychodzi Wajda do lekarza który ma inne poglądy polityczne niż on, z rumem i burakiem na rękach. Lekarz się pyta:
-Co pan jest?
- Rumburak......