Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geremek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Geremek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 marca 2012

Cała prawda, święta prawda i .... „GW“no prawda.



Przy okazji podanych przez „GW“ rewelacji dotyczących przekazania Andrzejowi Lepperowi przez Jarosława Kaczyńskiego wyników badań DNA dziecka Anety Krawczyk, zrozumiałem co na myśli miał Blumsztajn mówiąc o odmiennych niż w tabloidach normach dziennikarskich oraz normach etycznych panujących w „Gazetce“.
Fakt, „Agora“ publikując jako wiekopomny news, zasłyszane od „bab z magla“  rewelacje, odcięła się od zasad które obowiązują w tabloidach.
Niestety, taki „Superak“ czy „Fakt“ swoje rewelacje sprawdzają, by nie narażać się na śmieszność – „Wyborcza“ nie.
Cała ta informacja zanim trafiła na „jedynkę“ blumsztajnzeitung, plątała się między Kaczmarkiem, Giertchem i Wierzejskim i była uznawana za wiarygodną tylko przez nich  trzech, wyłączając nawet ich rodziny.
„Bajdy kaczmarkowe“ uwiarygodniła dopiero „Gazetka“ a koło plotkarskie „maglonewsy KGW“ urosło do rangi centralnej agencji informacyjnej.
Najzabawniejsze, że jest to prawdopodobnie pierwszy przypadek w historii organu krajowej żydokomuny, kiedy za autorytety służą naziole, czy też faszyści (jak zwykli blumsztajmany nazywać chłopców z LPR czy też Młodzieży Wszechpolskiej).
Przyjmijmy, że akurat Panowie G i W, są „dobrymi“ naziolami w przeciwieństwie do całej reszty nazioli, którzy są źli i nie są żadnym przypadku wiarygodni.
W całym tym cyrku jest tylko jeden potężny babol.
Nikt nie jest w stanie potwierdzić tej teorii, gdyż to tylko „jedna pani – drugiej pani...“ a dowodów brak!
Równie dobrze taki Wierzejski mógłby oświadczyć, że wie od Giertcha o tym, kto stał za  zabójstwem Kennedy‘ego, a Kaczmarek może to potwierdzić.
Słabo musi być z „Gazetką“, skoro zajmuje się głupotami kreowanymi przez głupków i w sposób pokrewny gadzinówkom, próbuje dodatkowo głupków robić z czytelników.
Faktycznie kadra trudniąca sie plotkarstwem dziennikarskim, to inna (jak mówił Blumsztajn) grupa zawodowa.
Rzecz jasna część wiernych czytelników „GW“ da wiarę „rewelacjom“, ale to osobny gatunek ludzki, ktory uwierzył by nawet w tytuł mistera universum dla Michnika.

P.S.
A skoro już zajmujemy się potwierdzonymi, w sposób niezwykle wiarygodny informacjami, przypomniałem sobie krótką historię, zasłyszana niegdyś we Francji.
Z góry zaznaczam, że jest oczywiście prawdziwa i nie podlegająca wątpliwości, bo usłyszana od osoby prawej i prawdomównej.
A zatem...
W roku 1979, zwany profesorem Bronisław Geremek bawił w Paryżu. Niby związane było to z jakimś wykładem o średniowiecznych prostytutkach (w czym specjalizował się tow. Geremek), lecz w rzeczywistości wyjazd miał na celu spotkanie z przyjaciółmi – rodakami z paryskiej komuno-masonerii (tej od koktaili mołotowa i bandyckich zadym w 1968 roku).
Miła pogawędka w której uczestniczyli Geremek, Daniel Bensaid, Daniel Cohn-Bendit oraz Herve Shulberg trwała do późnych godzin wieczornych.
Dobrze jedzono i dobrze pito.
Około północy całe towarzystwo, nieźle już „zakropione“ postanowiło opuścić  restaurację i przenieść się do mieszkania wynajmowanego przez Cohn-Bendita.
W trakcie podróży od grupy odłączył się Bensaid, najmocniej podpity i mało kontaktujący.
Po około godzinie, trójka przyjaciół dotarła do celu, zakupując uprzednio kilka butelek whisky.
Kontynuowano przerwane dyskusje oraz wznoszenie toastów.
Po kilku szklankach „wędrowniczka“  Cohn-Bendit rzucił pomysł, by powiększyć grono towarzyskie o „młodą krew“, która miała by dostarczyć cielesnej rozrywki starym rewolucjonistom.
Shulberg nie był zachwycony pomysłem, gdyż znał aktualne erotyczne preferencje przyjaciela (wiedział o jego pedofilskich ekscesach w przedszkolu we Frankfurcie), natomiast Geremek z radością przystał na propozycję.
Cohn-Bendit wyjął notes i po przewertowaniu kilku kartek wybrał na tarczy telefonu znaleziony numer. Padło krótkie „Les deux petits, instantanément. Dany le Rouge.“
Nie upłynął kwadrans a w mieszkaniu zjawił się potężny mężczyzna o urodzie arabskiej w towarzystwie dwóch blond chłopców, na oko w wieku 9-10 lat.
Mężczyzna zainkasował od Bendita plik banknotów i rzucił na wychodnym „Amusez-vous. Deux heures! “
Dalej wszystko potoczyło się według klasycznego scenariusza.
Panowie zamknęli się z młodocianymi przyjaciółmi w osobnych pokojach, natomiast nieco zniesmaczony Shulberg udał się do domu.
Czy profesor Bronisław Geremek czytał chłopcu swoje opracowania dotyczące francuskiej prostytucji epoki średniowiecza, czy wspólnie wypalali fajkę „pokoju“, czy też narzekali pospołu na paskudną „komunę“ w Polsce...?
Opowiadający tę historię dziesięć lat później Herve Shulberg nie miał wątpliwości.
W każdym razie historia ta zrobiła na nim ogromne wrażenie, do tego stopnia, że nawet po upływie dekady, widząc w telewizji Geremka („okrągły stół“) nie był w stanie powstrzymać się od rzucenia krótkiego „pédophile!“.

Autorem relacji jest Herve Shulberg – uczestnik wydarzeń paryskiego maja’68. Były przyjaciel Daniela Cohn-Bendita. Artysta muzyk i sporadycznie malarz.
Historię opowiedział on w Paryżu, w towarzystwie czwórki polskich emigrantów - w kwietniu 1989 roku.
Herve Shulberg zmarł w lutym 2006 roku.
Pozostali uczestnicy spotkania żyją i potwierdzają, iż Shulberg opowiedział im tę historię.

piątek, 8 lipca 2011

Geremek był pierwszy

W związku z „aferą” wykreowaną przez Platformę Obywatelską, a dotyczącą przypomnienia Donaldowi Tuskowi przez Zbigniewa Ziobrę kilku faktów ze sposobu sprawowania władzy, wrócił mi w pamięci pewien dowcip, który na forum PE opowiedział ceniony w kręgach lewicowych pedofil i rewolucjonista Daniel Cohn-Bendit.
Okoliczności tej wypowiedzi były powiedzmy to, według standardów uznawanych przez PO podobne do tych sprzed dwóch dni, albo nawet jeszcze bardziej „antypolskie” w swej wymowie!
Zacznę od początku.

W 2007 roku Polscy parlamentarzyści zostali zmuszeni przez stosowną ustawę do złożenia oświadczeń lustracyjnych. Jedynym, który nie zrobił tego był europoseł Bronisław Geremek (wł. Benjamin Lewartow). Osobnik ten uznał, że jest ponad prawem lub nawet nad...nadludzki ze wszystkich nadludzi.
Odmówił złożenia oświadczenia, a nadto popłakał się i poskarżył na Polski rząd w Brukseli.
Łkając mówił, że Kaczyńscy go prześladują, że to nie do pomyślenia itp...itd.
Znalazł sobie nawet tam w Brukseli grupę wsparcia składającą się z niejakiego Cohn-Bendita (urlopowanego pedofila i byłego zadymiarza, prywatnie przyjaciela Michnika),niejakiego Poetteringa (kolegi i patrona Eriki Steinbach) oraz kilku innych prymitywniejszych osobników, w tym europosłów PO.
Pewnego ładnego dnia cała ta hałastra urządziła sobie spektakl w PE, polegający na prześciganiu się w epitetach pod adresem Polskiego Rządu.
Faszyści, stalinowcy, totalitaryzm.... itd...itd...
A wszystko dlatego, że jeden były aktywista PZPR nie chciał się zlustrować.
Podczas pokazu lewacko-prymitywnej nienawiści, swój poziom bezgranicznej głupoty pokazał Cohn-Bendit, który m. In. stwierdził :
- Walczyłem wspólnie z Geremkiem ze stalinizmem i teraz musimy bez wahania chronić naszego kolegę przed rządem, który zachowuje się w sposób stalinowski i faszystowski.

Wypowiedź powyższą należy odebrać chyba tylko w charakterze miernego dowcipu opowiedzianego przez idiotę bez cienia wiedzy historycznej.
Stalinizm skończył się w 1953 roku wraz ze śmiercią Józefa Stalina. W tymże 1953 roku Bronisław Geremek był już od trzech lat aktywnym działaczem PZPR i stalinowsko-komunistycznym propagandzistą na Uniwersytecie Warszawskim.
Zabawne jest to, że Geremek wystąpił z PZPR dopiero w 1968 roku, gdy gomułkowska propaganda zabrała się za Żydów w partii. Gdyby nie moczarowska nagonka, pewnie aż do 1989 roku tkwił by w komunistycznych strukturach.
Tyle warte są słowa durnia i idioty, wyniesionego swojego czasu na fotel wiceprzewodniczącego PE.
Tyle warta jest wiedza historyczna matoła oraz kolegi Adama Michnika.
Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem ci kim jesteś – mówi przysłowie i jak to z przysłowiami bywa oddaje całą prawdę.

Sytuacja ta miała miejsce ponad cztery lata temu.
Najwyraźniej politycy PO już zapomnieli, że wspólnie Geremkiem szkalowali Polskę i jej demokratycznie wybrane władze, posługując się przy tym lewackim kłamcą czy też jak kto woli pospolitym idiotą.
Teraz zadawanie pytań dotyczących sposobu dyscyplinowania obywateli przez władzę uznają za „antypolskie” i „antypaństwowe”.
Po tych czterech latach „pijarowcy PO” poszli jednak po rozum do głowy i dziś tego jednego matoła zamienili na cały zastęp pomniejszych idiotów.
Idiotów, którzy uwierzyli, że to szkalowanie własnego państwa jest domeną PiS.

sobota, 26 lutego 2011

Tajemniczy świadek „GW”, czyli kosmici we Władywostoku

Jest świadek, który słyszał, jak tuż przed wylotem prezydenckiego Tu-154 dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik zwymyślał kapitana samolotu Arkadiusza Protasiuka. Awanturę słyszał chorąży BOR. Ale nie powiedział o niej prokuratorowi - dowiedziała się "Gazeta Wyborcza".
Tak napisał Onet i zachwycił się ową wielka rewelacją.
Szybko njusa podłapał też TVN i zrobił z niego hit dnia, myśląc że to jest coś, co dopiero zdołuje „mohery”...

Trzeba powiedzieć, że njus jest szokujący i wart.... tyle co relacja z lądowania kosmitów we Władywostoku.
Bo co tak naprawdę z tej informacji dowiedzieliśmy się?
A no, że jakiś (podobno) podchorąży (podobno) słyszał, jak (podobno) Błasik opieprzał (podobno) Protasiuka i (podobno) nie powiedział prokuratorowi o całym zdarzeniu.
Teraz (podobno) chce zachować anonimowość.
Ze swojej strony dodam tylko, że cała ta historia jest (podobno) autentyczna i (faktycznie!) g..no warta, gdyż nie do sprawdzenia i zweryfikowania.
Cieszy, że wreszcie w całym gąszczu wątpliwości jest jeden fakt niezaprzeczalny.
Tyle warta jest rewelacja „GW”.

Nie pierwszy raz „GW” posługuje się prowokacją w calu zamotania i zamieszania gdy jakaś sprawa przyjmuje niekorzystny dla linii gazety obrót.
Sposób postępowania jest prosty, pleciemy co tylko się da, byle ostro i bez szczegółów.
W razie czego, gdy cała bzdura zostanie zdemaskowana, winą obarczany jest informator, a co łatwo się domyśleć szczuje się go (na łamach gadzinówki) mecenasem Rogowskim.
To tak dla zachowania pozorów oraz publicznego oczyszczenia się z wszelkich podejrzeń o matactwo i łgarstwo.

Chyba jednak tym razem Rodzina Agora nieco przedobrzyła.
Na wiarygodność owej (podobno) prawdziwej sytuacji, rzuca cień mało prawdopodobny scenariusz dalszego rozwoju sytuacji.
Jak, bowiem owa (podobno) prawdziwa historia winna się skończyć w rzeczywistości?
Z racji zatajenia ważnej dla śledztwa informacji, ów chorąży BOR winien zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej.
Wcześniej, czy później osoba taka, dotąd anonimowa została by zidentyfikowana, a pośrednio (może nawet bezpośrednio) winna denuncjacji, czyli wydania go w ręce prokuratury została by „GW”, która sprawę rozdmuchała.
Nie rokuje to dobrze na przyszłość, nie zachęca innych informatorów do współpracy z Rodziną Agora.
Aż prosi się dodać coś o donosicielstwie w powiązaniu z komunistycznymi korzeniami protoplastów „GW”, ale....

Mimo pozorów, ludzie nie są takimi idiotami, jak ich „GW” postrzega.
Dlatego prędzej już uwierzą w tych kosmitów we Władywostoku.

------------------------------
Dla wielbicieli rewelacji a la „GW” mam taką oto historię:
„Jest świadek, który słyszał jak w lipcu 1989 roku Bronisław Geremek mówił do Jacka Kuronia, aby ten spalił dokumenty świadczące o ich współpracy z UB oraz pokwitowania odbioru wynagrodzeń z kasy MSW.
Słyszał to były poseł OKP, ale nie powiedział o tym nikomu, nawet prokuratorom IPN.”
------------------------------
Mówiąc prawdę, dla mnie ta druga historia wydaje się być bardziej prawdopodobna... :)

czwartek, 15 lipca 2010

Druga rocznica śmierci Bronisława Geremka. "Palikotyzujmy".

Trzynastego lipca br. minęła druga rocznica wypadku pod Lubieniem, w którym śmierć poniósł eurodeputowany Bronisław Geremek.

Z tej okazji na grobie zmarłego delegacje środowisk czczących dokonania i mit III RP złożyły wieńce i kwiaty. Zadumano się i wielokrotnie wspominano "nieśmiertelne dzieło" zmarłego.

Ja zajmę się tym "śmiertelnym" dziełem.

Z okazji tak doniosłego wydarzenia warto trochę "popalikocić".

Przypomnijmy. 13 lipca 2008 roku, Bronisław Geremek - deputowany do Paralmenrtu Europejskiego, udawał się swoim autem marki mercedes do Brukseli. W miejscowości Lubień (pow. Nowotomyski) miała miejsce kolizja z nadjeżdżającym z przeciwka fiatem ducato. Jak ustaliła policja kierujący mercedesem Geremek, tuż przed zderzeniem zjechał na przeciwległy pas ruchu i spowodował śmiertelny wypadek. Do dziś do publicznej wiadomości nie podano bardziej dogłębnych okoliczności wypadku.

Mimo prowadzonego śledztwa, tylko w sferze hipotez pozostają przeciekające do mediów wiadomości o rzekomym zaśnięciu Geremka za kierownicą. Jak było naprawdę?

Może warto zadać jakieś "palikotyczne" pytania i rozwikłać za policję ten problem?!

Geremek ma ludzką krzywdę na sumieniu, a jego środowisko (Michnik, Komorowski, Tusk....) powinno przeprosić Polaków.

W wypadku poszkodowany został kierowca fiata ducato. Ponad rok spędził na rehabilitacji i szpitalnym, leczeniu. W tym czasie firma jego, bez opieki i zarządzania zbankrutowała. Wprawdzie z racji niezawinionego przez kierowcę ducato wypadku, odszkodowanie mu się należało, lecz brak ekspertyz (wykonanych przez policję) co do przyczyn kolizji, firma ubezpieczeniowa nie wypłaciła należności. Ekspertyzy przeciągały się, gdyż prawdopodobnie szukano "złotego środka" by nie obwinić zmarłego "guru" o taki bezsensowny wypadek.

Cierpiał na tym bogu-ducha winien człowiek, w którego wjechał pirat drogowy.

Dlaczego nie upubliczniono wyników sekcji Geremka? Czy wykonano wszystkie stosowne badania? Dlaczego Bronisław Geremek tak gnał po trasie bez opamiętania? Dlaczego jadąca z nim "asystentka" nic nie pamięta? Czy sprawdzono z kim kontaktował się telefonicznie w czasie jazdy?

Co dały by odpowiedzi na te pytania?

Być może okazało by się, że eurodeputowany był pod wpływem alkoholu, był po wyczerpującej nocy, po zakrapianej imprezie.... co spowolniło jego reakcje.
Zaspał, bo "balował" i "zakrapiał" toteż pędził, bo nadrabiał zaspane godziny.

Asystentka nic nie pamięta, bo może pamiętać nie chce. Czynności wykonywane w czasie podróży, być może nie przynoszą godności kobiecie, tym bardziej na etacie w europarlamencie. Czy to w ogóle była prawdziwa "asystentka"?

Nie jest wykluczone, że Geremek rozmawiał przez telefon komórkowy w momencie kolizji i pośrednią przyczyną zjechania na przeciwległy pas jezdni był upadek, upuszczenie aparatu telefonicznego...dekoncentracja kierowcy.

Jeżeli hipoteza z upuszczeniem telefonu i dekoncentracją Geremka potwierdziłaby się, to również współodpowiedzialnym za wypadek można uznać rozmówcę Geremka.

Wśród "ochów i achów" nad nieszczęsnym budowniczym III RP, warto pochylić się nad tragedią niewinnego kierowcy jadącego z przeciwka. Dziś służby III RP budują granitowy pomnik, który ma podstawę z popękanego kamienia. "Bronku tego nie robi się jadącym z przeciwka" - tak powinien powiedzieć Adam Michnik nad grobem.

Geremek ma ludzką krzywdę na sumieniu! Budowlańcy III RP pomagiery Geremka - przeproście!

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Neonazista, ohydny stalinista i totalitarny komunistyczny karierowicz.

Ledwo wczoraj skończyłem kreślić wpis o komediowych talentach niejakiego Pacewicza, zatrudnionego chyba przez przypadek w „GW” a nie w dobrym i popularnym kabarecie, a już kolejny temat aż prosił się o stosowny wpis.

Jakiż to zbieg okoliczności, że sprawa dotyczy drugiego z zastępców Adama Michnika – Piotra Stasińskiego. Tu jednak nie może być mowy o komedii, humorze czy też kabarecie.
To raczej proza życia czy też bardzij dramat. Pan Stasiński przypomina raczej sposobem bycia i zachowania ekspedienta sklepu z częściami do malucha z okresu lat 80-tych, a z wyglądu oblicze z flagi karaibskich Piratów. Jak mawiają „nie ma śmiania”!

Przed samym snem obejrzałem powtórkę programu Loża Prasowa TVN, bo sprawa w pierwszej części dotyczyła nagrody dla Bogdana Rymanowskiego. Ciekaw byłem stosunku Pana Stasińskiego do skeczu Pacewicza i do nagrody dla dziennikarza TVN. Na rewelacje nie liczyłem i nie zawiodłem się. Stasiński bronił „pamfletu” (jak sam nazwał to dzieło) Pacewicza niczym Ben-Gurion niepodległości Izraela waląc na odlew w Rymanowskiego.
Druga część programu była o wiele ciekawsza, a traktowała o zamieszaniu w TVP.
Tu przechodzę do sedna sprawy. W trakcie gorącej dyskusji nad osobą nominowanego na tymczasowego prezesa telewizji Piotra Farfała, Stasiński raczył wyrazić pogląd (cytuję): „- To neonazista!”

Osobiście mam w ... (tu można wstawić dowolne miejsce, gdzie wydaje się, że go mam) osobę Pana Farfała, jego dokonania i drogę kariery polityczno-zawodowej. Jest mi całkowicie obojętne również kim był niegdyś, co robił i jakim gestem zamawiał piwo.
Dziś (od 2000 r.) Farfał jest działaczem Młodzieży Wszechpolskiej, organizacji legalnej, działającej jawnie w Państwie Polskim w zgodzie z prawem tego Państwa.
Stasiński waląc na odlew „neonazistą” wyszedł na przysłowiowego „jelenia” i „0,25 l”.

Farfał faktycznie przeszedł trudną drogę polityczno-ideologiczną. W wieku 15 lat został skinheadem, do roku 2000 był członkiem, kolejno: Polskiej Wspólnoty Narodowej, Stronnictwa Narodowego „Szczerbiec”, NOP. Wszystko to działo się do jego 22 roku życia.
Później wstąpił do MW (wiadomości te nie są sprawdzone – podaję je za „GW” ;))

Czy etykietka przyklejona do człowieka w wieku 15-22 lat ma obowiązywać do końca jego dni? Według Stasińsiego – tak!
Skoro tak, to przy tej okazji może warto prześledzić kariery polityczne postaci, co do których Stasiński i jego mocodawcy z „GW” nie mają żadnych zastrzeżeń a wręcz ustawiają je sobie na ołtarzyku i modlą się do nich. Może warto zrewidować pogląd „towarzystwa GW” na wiele młodzieńczych postawy i na ich podstawie nazwać rzeczy ostro i po imieniu.

Jacek Kuroń, miał 18 lat gdy wstąpił do PZPR, pracował jako etatowy instruktor w wydziale harcerskim stołecznego ZMP, czyli wbijał młodzieży do głowy komunistyczną papkę. Miał 19 lat gdy został przewodniczącym zarządu uczelnianego ZMP na Politechnice Warszawskiej, a 21 lat gdy założył Krąg Walterowski (był jego komendantem do 27 roku życia w 1961 r.). Jednym słowem typowy komunistyczny beton i karierowicz.
W nomenklaturze podobnej Stasińskiemu: „ohydny stalinista”.

Bronisław Geremek, miał również 18 lat gdy wstąpił do PZPR, do 1954 (22 lata) był II Sekretarzem POP na UW. Wyrzucał wtedy „niepewnych ideologicznie” z uczelni i piętnował reakcjonistów. W wieku 22 lat za zasługi dla komunistycznej władzy, wyjechał do USA na stypendium Smithsonian Institution, w latach 1956-1958 (w wieku 24-26 lat) odbył studia podyplomowe w École pratique des hautes études w Paryżu jako zaufany towarzysz, sprawdzony i pewny ideologicznie. Dopiero w wieku 36 lat (1968 r) wystąpił z PZPR.
W nomenklaturze podobnej Stasińskiemu: „stalinista i totalitarny komunistyczny karierowicz”.

Od dziś będę z nadzieją śledził wszystkie wystąpienia znanego z zamiłowania do radykalnych określeń Piotra Stasińskiego. Może wreszcie coś z prawdy o Kuroniu i Geremku usłyszę. Oczywiście też takim ładnym, typowym dla zastępcy redaktora naczelnego „GW” językiem.


P.S.> Zaczynam podejrzewać, że przy obsadzie stanowisk z-ców red. nacz. w „Gazecie Wyborczej” kierowano się starą zasadą - jeden mądry drugi ładny. W przypadku Stasińskiego i Pacewicza nie wiadomo tylko, który jest który. To tak dla niepoznaki i pełnej konspiracji.

niedziela, 7 grudnia 2008

Dzień poszkodowanego w wypadku pod Lubieniem.

Z okazji przypadającego wkrótce (10. grudnia) Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka, warto zwrócić uwagę na praktyki stosowane przez „ćwiąkraturę” w przypadku rannego pod Lubieniem, w kolizji z „Drogim Bronisławem” kierowcy.

Mówią, że wszyscy obywatele są równi wobec prawa, ale jak widać prawo nie jest równe wobec wszystkich obywateli.

Poszkodowany kierowca Fiata Ducato, nie może doczekać się odszkodowania i zdefiniowania jego roli w wypadku drogowym, bo... już pięć miesięcy badane są okoliczności wypadku.
Gdyby chodziło o zwykłego Kowalskiego, cała sprawa dawno byłaby zamknięta ale przecież to sam „Drogi Bronisław” raczył jechać pod prąd i spowodować tragiczny wypadek.
Na siłę próbuje się znaleźć choćby mały punkt zaczepienia, choćby promyk mogący oświetlić czarna i chmurną nonszalancję oraz głupotę byłego już eurodeputowanego.

Póki co wszystkie dyżurne wątki (zasłabnięcie, atak serca, oślepienie itp.) padły, ku rozpaczy „Gazety Wyborczej”, jej naczelnego i całego środowiska.
Podobno znane są już ekspertyzy i niebawem wszystko się wyjaśni. Dzięki Bogu, z okazji półrocznicy wypadku, może poznamy wreszcie smutną prawdę a poszkodowany w wypadku człowiek doczeka się odszkodowania (czytaj: wypłaty środków do życia).

Ciekawe jak zareaguje „GW”? Co wtedy napisze o brawurze Geremka?
A może jakiś konkurs w tym temacie?