Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uwolia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uwolia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 września 2014
Tomasz LIs - na żywca. ROZMOWA Z NOWYM PREMIEREM!!
Jak zawsze, Tomasz Lis (ulubieniec władzy oraz ludu peowskiego) wychodzi przed szereg! Jako pierwszy zaprosił do studia nowego premiera z PO!
czwartek, 22 listopada 2012
Nat King Kolo - Morda Lisa
Ze starej płytoteki.... Znany na całym świecie przebój Nat King Cole'a w
wersji krajowej. Hołd dla postaci wybitnej - "dziennikarza inaczej",
"Goebbelsa uwolii" oraz "Kononowicza polskiej prasy" - Tomasza "syna
najuczciwszego z Polaków" Lisa.
Etykiety:
bul,
Donald Tusk,
durnie,
Hanna Lis,
Komorowski,
Mazowiecki,
Platforma Obywatelska,
sprzedwczyki,
Tomasz Lis,
Unia Wolności,
uwolia,
Wałęsa
piątek, 9 września 2011
Maniuś, nie szczekaj już...
Rozochocił się i wigoru nabrał pozostający obecnie na etacie leciwego i bezzębnego psa Burka - Maniuś Kuczyński.
Niczym przyzagrodowy czworonóg w wieku połańcuchowym, sili się odważne ataki z wywieszonym ozorem i wyszczerzonymi kłami próbując kąsać każdego, kto wchodzi w obejście. W obejście rodzinne familii Agora.
Leciwy i przytępiony Maniuś widzi nawet rzeczy, których nie było, a które tak bardzo chciałby zobaczyć, więc w nie uwierzył.
Uwierzył i szczeka, licząc na nagrodę od gospodarzy.
Dziś Widzi „komisarzy z PiS, którzy przeprowadzali czystki w urzędach państwowych”.
W urzędach, które winne być apolityczne, niezależne – jak pisze.
Dowcipy na starość trzymają się bezzębnego Burka.
Pewnie też wydaje się Kuczyńskiemu, że te urzędy do tej pory były niezależne i apolityczne i tylko IV RP je upolityczniła.
Maniuś niestety nie precyzuje o które urzędy mu chodzi, ale mniejsza z tym – pewnie kosmici też mu koło budy wylądowali...
Odpornym na bzdury polecam wycie i skomlenie Maniusia Kuczyńskiego na wp.pl
Maniusia?
Właśnie Maniusia!
Bo właściwie “Burek” na imię ma Marian, a Waldmar to jego imię drugie.
Niby nic takiego, ale w życiu Kuczyńskiego wszystko jest „tak, a właściwie… nie tak”.
Niby Waldemar a właściwie Marian.
Niby opozycjonista, a wielbiciel gierkowskiego Peerelu.
Niby bojownik i rewolucjonista a tchórz i dekownik.
Niby niezłomny i niezależny a czerpiący z szerokiego gestu komunistów pełną garścią i uginający się w hołdach.
Historia życia tegoż Burka - Kuczyńskiego Maniusia, w sumie dość paskudna i pieska odpowiednio przez niego samego barwiona nabierała z latami kolorytu.
Tchórzliwy zagrodowy kundelek o charakterze lizusowskim, stawał się w skutek odpowiedniej propagandy i kreowania własnej postaci - silnym i mężnym dobermanem.
Dziś odpowiednio pokolorowaną historię swojej „walki o społeczny dobrobyt i demokrację” – Maniuś prezentuje na własnej stronie w internecie.
Coś, co zmieściło by się w dwóch zdaniach, Kuczyński rozwinął do niezłej historii o zabarwieniu heroiczno-literackim.
Kim naprawdę jest doradca „targowiczanina” Mazowieckiego, „złoga komunizmu” Cimoszewicza i ojca chrzestnego „gabinetu ciemnych postaci” Buzka?
Wystarczy powiedzieć, że z pewnością nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić.
Marian Waldemar Kuczyński jako dobry socjalista i wyznawca idei towarzysza Uljanowa, należał do PZPR i tylko dzięki własnej niefrasobliwości, z niej został później wyrzucony. To tylko tak formalnie. Zawodowo i towarzysko pozostawał w niezłych kontaktach z oficjelami partyjnymi, którzy nie dali mu zginąć z głodu,
Gdy powstała “Solidarność” Maniuś, podobnie jak większość koncesjonowanych cwaniaków, szybko począł kręcić się wokół robotników, niby jako “fachowiec-doradca”.
Komunistycznej władzy było to na rękę.
Gwarantowało wszak realny wpływ na działania opozycji.
W nagrodę, już po wypowiedzeniu wojny Polakom, komuniści zadbali o dobre samopoczucie i zdrowie Maniusia. Skierowany został do ośrodka wypoczynkowego w Jaworzu (tam też przebywał Bronisław Komorowski) gdzie przez pół roku na państwowym, wystawnym wikcie zgłębiał istotę tak ukochanego socjalistycznego porządku świata.
Po opuszczeniu ośrodka wczasowego. Maniuś, by dowartościować się a także zapewnić socjalistycznej władzy wpływy w kręgach emigracyjnych (opozycjonistów, którym udało się umknąć z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego) udał się na pobyt czasowy do Paryża. Niby w celach leczniczych, zdrowotnych.
Pobyt Kuczyńskiego we Francji przysporzył ekipie generała Wojciecha Jaruzelskiego wiele radości, gdyż na skutek dywersyjnych działań niektórych „koncesjonowanych opozycjonistów” udało się skłócić wewnętrznie emigrację.
W nagrodę juz po powrocie do kraju i wprowadzeniu w życie układu Michnik-Jauzelski, Kuczyński odwołany został z funkcji prowokatora a objął intratne stanowisko - doradcy premiera Mazowieckiego Tadeusza.
Dwa razy jeszcze udawało się później Maniusiowi Kuczyńskiemu “podłapać” państwową fuchę, gdy tylko dawni mocodawcy ze swoimi ugrupowaniami obejmowali władzę.
Dzisiaj odtrącony i zapomniany usiłuje zwrócić na siebie uwagę tym, co umie najlepiej: prowokowaniem, lżeniem, poniżaniem…
Niestety obecnie już, sposoby i metody prowokatora-Maniusia, straciły na skuteczności.
Wyleniał i zezgredział...
Język partyjnego betonu jest dziś mało zrozumiały dla ludzi młodych a niczego nowego Kuczyński już nie jest w stanie nauczyć się.
Biednemu Burkowi pozostaje tylko leżeć z łańcuchem na szyi koło swojej budy, raz na jakiś czas nastroszyć się i poujadać cienkim głosikiem. W nagrodę Pan pogłaszcze po siwym łebku i rzuci ochłap...
Maniuś Kuczyński dostał niedawno od prezydenta Order Orła Białego, wszak naujadał się w ostatnim czasie, choć na próżno ale niemiłosiernie.
Niczym przyzagrodowy czworonóg w wieku połańcuchowym, sili się odważne ataki z wywieszonym ozorem i wyszczerzonymi kłami próbując kąsać każdego, kto wchodzi w obejście. W obejście rodzinne familii Agora.
Leciwy i przytępiony Maniuś widzi nawet rzeczy, których nie było, a które tak bardzo chciałby zobaczyć, więc w nie uwierzył.
Uwierzył i szczeka, licząc na nagrodę od gospodarzy.
Dziś Widzi „komisarzy z PiS, którzy przeprowadzali czystki w urzędach państwowych”.
W urzędach, które winne być apolityczne, niezależne – jak pisze.
Dowcipy na starość trzymają się bezzębnego Burka.
Pewnie też wydaje się Kuczyńskiemu, że te urzędy do tej pory były niezależne i apolityczne i tylko IV RP je upolityczniła.
Maniuś niestety nie precyzuje o które urzędy mu chodzi, ale mniejsza z tym – pewnie kosmici też mu koło budy wylądowali...
Odpornym na bzdury polecam wycie i skomlenie Maniusia Kuczyńskiego na wp.pl
Maniusia?
Właśnie Maniusia!
Bo właściwie “Burek” na imię ma Marian, a Waldmar to jego imię drugie.
Niby nic takiego, ale w życiu Kuczyńskiego wszystko jest „tak, a właściwie… nie tak”.
Niby Waldemar a właściwie Marian.
Niby opozycjonista, a wielbiciel gierkowskiego Peerelu.
Niby bojownik i rewolucjonista a tchórz i dekownik.
Niby niezłomny i niezależny a czerpiący z szerokiego gestu komunistów pełną garścią i uginający się w hołdach.
Historia życia tegoż Burka - Kuczyńskiego Maniusia, w sumie dość paskudna i pieska odpowiednio przez niego samego barwiona nabierała z latami kolorytu.
Tchórzliwy zagrodowy kundelek o charakterze lizusowskim, stawał się w skutek odpowiedniej propagandy i kreowania własnej postaci - silnym i mężnym dobermanem.
Dziś odpowiednio pokolorowaną historię swojej „walki o społeczny dobrobyt i demokrację” – Maniuś prezentuje na własnej stronie w internecie.
Coś, co zmieściło by się w dwóch zdaniach, Kuczyński rozwinął do niezłej historii o zabarwieniu heroiczno-literackim.
Kim naprawdę jest doradca „targowiczanina” Mazowieckiego, „złoga komunizmu” Cimoszewicza i ojca chrzestnego „gabinetu ciemnych postaci” Buzka?
Wystarczy powiedzieć, że z pewnością nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić.
Marian Waldemar Kuczyński jako dobry socjalista i wyznawca idei towarzysza Uljanowa, należał do PZPR i tylko dzięki własnej niefrasobliwości, z niej został później wyrzucony. To tylko tak formalnie. Zawodowo i towarzysko pozostawał w niezłych kontaktach z oficjelami partyjnymi, którzy nie dali mu zginąć z głodu,
Gdy powstała “Solidarność” Maniuś, podobnie jak większość koncesjonowanych cwaniaków, szybko począł kręcić się wokół robotników, niby jako “fachowiec-doradca”.
Komunistycznej władzy było to na rękę.
Gwarantowało wszak realny wpływ na działania opozycji.
W nagrodę, już po wypowiedzeniu wojny Polakom, komuniści zadbali o dobre samopoczucie i zdrowie Maniusia. Skierowany został do ośrodka wypoczynkowego w Jaworzu (tam też przebywał Bronisław Komorowski) gdzie przez pół roku na państwowym, wystawnym wikcie zgłębiał istotę tak ukochanego socjalistycznego porządku świata.
Po opuszczeniu ośrodka wczasowego. Maniuś, by dowartościować się a także zapewnić socjalistycznej władzy wpływy w kręgach emigracyjnych (opozycjonistów, którym udało się umknąć z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego) udał się na pobyt czasowy do Paryża. Niby w celach leczniczych, zdrowotnych.
Pobyt Kuczyńskiego we Francji przysporzył ekipie generała Wojciecha Jaruzelskiego wiele radości, gdyż na skutek dywersyjnych działań niektórych „koncesjonowanych opozycjonistów” udało się skłócić wewnętrznie emigrację.
W nagrodę juz po powrocie do kraju i wprowadzeniu w życie układu Michnik-Jauzelski, Kuczyński odwołany został z funkcji prowokatora a objął intratne stanowisko - doradcy premiera Mazowieckiego Tadeusza.
Dwa razy jeszcze udawało się później Maniusiowi Kuczyńskiemu “podłapać” państwową fuchę, gdy tylko dawni mocodawcy ze swoimi ugrupowaniami obejmowali władzę.
Dzisiaj odtrącony i zapomniany usiłuje zwrócić na siebie uwagę tym, co umie najlepiej: prowokowaniem, lżeniem, poniżaniem…
Niestety obecnie już, sposoby i metody prowokatora-Maniusia, straciły na skuteczności.
Wyleniał i zezgredział...
Język partyjnego betonu jest dziś mało zrozumiały dla ludzi młodych a niczego nowego Kuczyński już nie jest w stanie nauczyć się.
Biednemu Burkowi pozostaje tylko leżeć z łańcuchem na szyi koło swojej budy, raz na jakiś czas nastroszyć się i poujadać cienkim głosikiem. W nagrodę Pan pogłaszcze po siwym łebku i rzuci ochłap...
Maniuś Kuczyński dostał niedawno od prezydenta Order Orła Białego, wszak naujadał się w ostatnim czasie, choć na próżno ale niemiłosiernie.
wtorek, 8 czerwca 2010
Waldemar Kuczyński zgłupiał!
Waldemar Kuczyński zgłupiał! Oszalał!
Nie da się innymi słowami określić stanu umysłowego dawnego pezetpeerowskiego dorobkiewicza, zamieszanego w jakiś tajemniczy sposób w opozycję lat 70-tych i 80-tych. Po prostu zgłupiał. Wprawdzie już od dawna pewne symptomy utraty zdolności zdrowego rozumowania dały się odczuć w myśleniu Kuczyńskiego, lecz dziś pobił kolejny rekord obłąkania.
Ni stąd ni zowąd Kuczyński stwierdził, że to Lech Kaczyński ponosi winę za katastrofę lotniczą pod Smoleńskiem (!?) Opublikował nawet stosowny wpis na swoim blogu, w którym to właśnie taką teorię podał.
Źle musi być z geriatryczną uwolią spod znaku Mazowieckiego, Michnika i Kuczyńskiego, bo od dłuższego już czasu ględzi od rzeczy, lansując „kosmiczne teorie” niezależnie od tego o czym mówi, a wroga widzi tylko jednego – tego o nazwisku Kaczyński. Mania jakaś, obsesja...?
Zatem to właśnie Lech Kaczyński spowodował wypadek lotniczy, a on czyli właśnie Kuczyński to wykrył. Nie dziesiątki rosyjskich komisji pracujących dniem i nocą, nie specjalni fachowcy z polskiej armii lecz właśnie Kuczyński w mig rozwiązał największą zagadkę ostatnich miesięcy.
Widać, że Kuczyński niczym Chuck Norris wystarczy, że pstryknie palcami i teorie rodzą się same i to wraz z właściwymi rozwiązaniami. Warto by, od dziś używać zamiast postaci amerykańskiego karateki, na potrzeby dowcipów, właśnie osoby Kuczyńskiego.
Kuczyński nigdy nie budził zaufania. Szczególnie swoim wyglądem. Ja kojarzę go (okres „mazowiecczyzny”) razem w parze z niejakim Misiągiem – siwym rozczochrańcem o flejtuchowatym wyglądzie. Tacy syjamscy bracia rodem z Unii Demokratycznej. Właściwie, to niczym więcej się w pamięci nie zapisał. Taki minister od brania pensji.
Kuczyńskiemu już od dawna coś się wydaje. Począwszy od okresu ministrowania u boku ostatniego premiera komunistycznego rządu - Mazowieckiego, aż do dziś. Nigdy nie powiedział nic mądrego, rozsądnego, odkrywczego. Raczej zawsze był niczym stara ciotka, która siedzi w oknie i „ma wszystkim za złe...”
Teraz Kuczyńskiemu wydaje się, że jest potężnym ekspertem lotnictwa mającym dostęp do wszystkich dokumentów związanych z katastrofą i wybitną wiedzą w każdej dziedzinie awiacji.
Właściwie każdy myślący człowiek po przeczytaniu bzdur zrodzonych w rozczochranej siwej głowie, winien roześmiać się, zatoczyć palcem na czole kółko i symbolicznie puknąć się w nie, myśląc jednocześnie o Kuczyńskim. Inna jest natomiast rola lekarzy. Dbałość o zdrowie (w tym psychiczne) obywateli Rzeczpospolitej jest nadrzędnym obowiązkiem publicznej służby zdrowia. Choć wątpię, by coś mogło by się jeszcze zaradzić.
By natomiast, do czasu hospitalizacji, Pan Kuczyński nie wyszedł z wprawy, proponuję mu zająć się rozwikłaniem kolejnej tragicznej zagadki. Kilka lat temu na drodze do Poznania zginął jego przyjaciel Geremek. Do dziś nikt nie był w stanie ustalić, co było prawdziwym powodem wypadku. Cisza jak po śmierci organisty.
Mając jednak takiego eksperta od tragicznych wydarzeń, jestem pewien, że dowiemy się już wkrótce czy to prawda, że przyczyną była chwilowa nieuwaga spowodowana mało parlamentarnymi działaniami bułgarskiej asystentki europosła.
Dalej w kolejce czeka jeszcze zamach na Kennedy’ego , śmierć Elvisa oraz zaginięcie w „trójkącie bermudzkim” dominikańskiego statku "El Caribe”.
Dla Kuczyńskiego to „pikuś”. „Pan Pikuś!”
Nie da się innymi słowami określić stanu umysłowego dawnego pezetpeerowskiego dorobkiewicza, zamieszanego w jakiś tajemniczy sposób w opozycję lat 70-tych i 80-tych. Po prostu zgłupiał. Wprawdzie już od dawna pewne symptomy utraty zdolności zdrowego rozumowania dały się odczuć w myśleniu Kuczyńskiego, lecz dziś pobił kolejny rekord obłąkania.
Ni stąd ni zowąd Kuczyński stwierdził, że to Lech Kaczyński ponosi winę za katastrofę lotniczą pod Smoleńskiem (!?) Opublikował nawet stosowny wpis na swoim blogu, w którym to właśnie taką teorię podał.
Źle musi być z geriatryczną uwolią spod znaku Mazowieckiego, Michnika i Kuczyńskiego, bo od dłuższego już czasu ględzi od rzeczy, lansując „kosmiczne teorie” niezależnie od tego o czym mówi, a wroga widzi tylko jednego – tego o nazwisku Kaczyński. Mania jakaś, obsesja...?
Zatem to właśnie Lech Kaczyński spowodował wypadek lotniczy, a on czyli właśnie Kuczyński to wykrył. Nie dziesiątki rosyjskich komisji pracujących dniem i nocą, nie specjalni fachowcy z polskiej armii lecz właśnie Kuczyński w mig rozwiązał największą zagadkę ostatnich miesięcy.
Widać, że Kuczyński niczym Chuck Norris wystarczy, że pstryknie palcami i teorie rodzą się same i to wraz z właściwymi rozwiązaniami. Warto by, od dziś używać zamiast postaci amerykańskiego karateki, na potrzeby dowcipów, właśnie osoby Kuczyńskiego.
Kuczyński nigdy nie budził zaufania. Szczególnie swoim wyglądem. Ja kojarzę go (okres „mazowiecczyzny”) razem w parze z niejakim Misiągiem – siwym rozczochrańcem o flejtuchowatym wyglądzie. Tacy syjamscy bracia rodem z Unii Demokratycznej. Właściwie, to niczym więcej się w pamięci nie zapisał. Taki minister od brania pensji.
Kuczyńskiemu już od dawna coś się wydaje. Począwszy od okresu ministrowania u boku ostatniego premiera komunistycznego rządu - Mazowieckiego, aż do dziś. Nigdy nie powiedział nic mądrego, rozsądnego, odkrywczego. Raczej zawsze był niczym stara ciotka, która siedzi w oknie i „ma wszystkim za złe...”
Teraz Kuczyńskiemu wydaje się, że jest potężnym ekspertem lotnictwa mającym dostęp do wszystkich dokumentów związanych z katastrofą i wybitną wiedzą w każdej dziedzinie awiacji.
Właściwie każdy myślący człowiek po przeczytaniu bzdur zrodzonych w rozczochranej siwej głowie, winien roześmiać się, zatoczyć palcem na czole kółko i symbolicznie puknąć się w nie, myśląc jednocześnie o Kuczyńskim. Inna jest natomiast rola lekarzy. Dbałość o zdrowie (w tym psychiczne) obywateli Rzeczpospolitej jest nadrzędnym obowiązkiem publicznej służby zdrowia. Choć wątpię, by coś mogło by się jeszcze zaradzić.
By natomiast, do czasu hospitalizacji, Pan Kuczyński nie wyszedł z wprawy, proponuję mu zająć się rozwikłaniem kolejnej tragicznej zagadki. Kilka lat temu na drodze do Poznania zginął jego przyjaciel Geremek. Do dziś nikt nie był w stanie ustalić, co było prawdziwym powodem wypadku. Cisza jak po śmierci organisty.
Mając jednak takiego eksperta od tragicznych wydarzeń, jestem pewien, że dowiemy się już wkrótce czy to prawda, że przyczyną była chwilowa nieuwaga spowodowana mało parlamentarnymi działaniami bułgarskiej asystentki europosła.
Dalej w kolejce czeka jeszcze zamach na Kennedy’ego , śmierć Elvisa oraz zaginięcie w „trójkącie bermudzkim” dominikańskiego statku "El Caribe”.
Dla Kuczyńskiego to „pikuś”. „Pan Pikuś!”
Etykiety:
głupoty,
Kuczyński Waldemar,
PZPR,
szaleństwo,
uwolia
sobota, 24 maja 2008
„Apel kanapowy”
*Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K *
Grupa „najwybitniejszych autorytetów” PRL wystąpiła z orężem w obronie Lecha Wałęsy. Moralnie wspierani przez niedobitki „uwolskie”, niczym ostatni obrońcy berlińskiej kwatery głównej w 1945 roku, przeszli do ostatecznego, rozpaczliwego kontrataku.
Wystosowali list - apel w obronie byłego Pana Prezydenta, ponoć oczernianego w powstającej książce historyków Instytutu Pamięci Narodowej Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka.
Z podpisów złożonych pod apelem wynika, że społeczna grupa wielbicieli Pana Wałęsy od lat zachowuje liczebny i gatunkowy constans. Kadrowi halabardnicy i przyboczni – Pinior, Skarga, Wajda, Zachwatowicz, zagrożone kolejną kompromitacją środowiska „uwolsko-pezetpeerowskie” kanapowe niedobitki – Bujak, Celiński, Geremek, Kozłowski, Kułakowski, Mazowiecki, Michnik, Modzelewski, Onyszkiewicz i Wujec oraz dyżurny semita PRL Edelman (dla którego wszyscy myślący inaczej to faszyści) i kochająca podpisywać wszelkie petycja (już od czasów epoki wielbionego niegdyś przez nią stalinizmu) Wisława Szymborska.
Nie bez powodów porównałem desperacki krok garstki najbardziej wiernych „wiarusów” pierwszego elektryka III RP, do nielicznej grupki obrońców kwatery ostatniego fuehrera III Rzeszy. Podobnie jak ci sprzed sześćdziesięciu kilku lat dzisiejsi „wojownicy” bronią przegranej sprawy i wykreowanego mitu. Czujący usuwający się grunt pod nogami, zdolni są posunąć się nawet do działań absurdalnych i mówiąc wprost – głupich! Właśnie takimi nazwać można, bez cienia wątpliwości protest przeciw książce, której jeszcze na rynku nie ma i nikt jej treści nie zna! Cała akcja obrazuje jako żywo, stosunek „kanapowych i kapciowych” Lecha Wałęsy do rzeczywistości. Wiadomo, że większość z sygnatariuszy listy, toczy się wraz z Lechem Wałęsą, na jednym wózku w otchłań politycznego niebytu. Ostatni zryw grupki „przybocznych” miał wywołać ogólnonarodową lawinę oburzenia, a spowodował co najwyżej salwę gromkiego śmiechu.
Pod apelem w obronie Wałęsy podpisali się: pierwszy lotnik cudownie nawróconej III RP - Władysław Bartoszewski (szef Rady Nadzorczej PLL LOT) oraz Zbigniew Bujak, Jerzy Buzek, Andrzej Celiński, Marek Edelman, Bronisław Geremek, Stefan Jurczak, Krzysztof Kozłowski, Jan Kułakowski, Helena Łuczywo, Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik, Karol Modzelewski, Janusz Onyszkiewicz, Józef Pinior, Jan Rulewski, Henryk Samsonowicz, Grażyna Staniszewska, Wisława Szymborska, Barbara Skarga, Andrzej Wajda, Henryk Wujec, Krystyna Zachwatowicz. Już sama lista nazwisk osób deklarujących swoje wsparcie, nie świadczy najlepiej o wziętym w obronę. Osobiście bym się wstydził, gdyby mnie tacy osobnicy popierali.
W społecznym odczuciu poparcie tej grupy przysparza tylko więcej niepewności i wątpliwości niż przypływu bezspornego zaufania do Byłego Prezydenta.
Po przestudiowaniu listu i plejady nazwisk tam zamieszczonych przyznam, że poczułem pewien niedosyt. Czegoś, a właściwie kogoś mi brakuje? Czy nie właściwym byłoby poprosić jeszcze o podpis choćby Wojciecha Jaruzelskiego (niegdyś już publicznie proszonego o „certyfikat moralności” przez Wałęse) i Kiszczaka (określanego mianem „człowieka honoru” przez niektórych wiernych Panu Prezydentowi). Ale jeszcze nic straconego. Kto zatem zaniesie list do podpisu generałom?
P.S. Żałość bierze, gdy kolejni „yntelektualiści” występują w obronie „czci” Wałęsy. Wczoraj w TVN24 popis dał Jacek Żakowski. Powiązany z resztkami komunistycznych oraz uwolskich elit, gorący entuzjasta pederastii, jako kolejny adwokat protestował przeciw czemuś, o czym nie ma pojęcia, czyli przeciw powstającej książce. Zaprezentował też tradycyjnie już, trudną do opisania butę i najzwyklejsze chamstwo. Nie pierwszy zresztą już raz.
Inny znów, znany wrocławski chuligan (nazwiska nie wymienię, bo nie warto) tradycyjnie zachęcał do „dania w mordę” tym którzy piszą coś o Wałęsie i robią to nie po myśli „koncesjonowanych”.
Czyżby teraz, dawna „opozycja” znów przejdzie do podziemia. Tylko kto im wyda i podpisze koncesje?
„Pierwsza Kadrowa Obrońców Czci Lecha Wałesy”

Stos rozpalono za pomocą Łuczywa, a obraz utrwalił znamienity reżyser Pan Andrzej Wajda.
Na dalszym planie ochotnicy-analfabeci z Mongolii, którzy też nie czytali książki o Lechu Walęsie i zapowiedzieli, że nigdy jej nie przeczytają - a i tak są nią oburzeni!
Grupa „najwybitniejszych autorytetów” PRL wystąpiła z orężem w obronie Lecha Wałęsy. Moralnie wspierani przez niedobitki „uwolskie”, niczym ostatni obrońcy berlińskiej kwatery głównej w 1945 roku, przeszli do ostatecznego, rozpaczliwego kontrataku.
Wystosowali list - apel w obronie byłego Pana Prezydenta, ponoć oczernianego w powstającej książce historyków Instytutu Pamięci Narodowej Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka.
Z podpisów złożonych pod apelem wynika, że społeczna grupa wielbicieli Pana Wałęsy od lat zachowuje liczebny i gatunkowy constans. Kadrowi halabardnicy i przyboczni – Pinior, Skarga, Wajda, Zachwatowicz, zagrożone kolejną kompromitacją środowiska „uwolsko-pezetpeerowskie” kanapowe niedobitki – Bujak, Celiński, Geremek, Kozłowski, Kułakowski, Mazowiecki, Michnik, Modzelewski, Onyszkiewicz i Wujec oraz dyżurny semita PRL Edelman (dla którego wszyscy myślący inaczej to faszyści) i kochająca podpisywać wszelkie petycja (już od czasów epoki wielbionego niegdyś przez nią stalinizmu) Wisława Szymborska.
Nie bez powodów porównałem desperacki krok garstki najbardziej wiernych „wiarusów” pierwszego elektryka III RP, do nielicznej grupki obrońców kwatery ostatniego fuehrera III Rzeszy. Podobnie jak ci sprzed sześćdziesięciu kilku lat dzisiejsi „wojownicy” bronią przegranej sprawy i wykreowanego mitu. Czujący usuwający się grunt pod nogami, zdolni są posunąć się nawet do działań absurdalnych i mówiąc wprost – głupich! Właśnie takimi nazwać można, bez cienia wątpliwości protest przeciw książce, której jeszcze na rynku nie ma i nikt jej treści nie zna! Cała akcja obrazuje jako żywo, stosunek „kanapowych i kapciowych” Lecha Wałęsy do rzeczywistości. Wiadomo, że większość z sygnatariuszy listy, toczy się wraz z Lechem Wałęsą, na jednym wózku w otchłań politycznego niebytu. Ostatni zryw grupki „przybocznych” miał wywołać ogólnonarodową lawinę oburzenia, a spowodował co najwyżej salwę gromkiego śmiechu.
Pod apelem w obronie Wałęsy podpisali się: pierwszy lotnik cudownie nawróconej III RP - Władysław Bartoszewski (szef Rady Nadzorczej PLL LOT) oraz Zbigniew Bujak, Jerzy Buzek, Andrzej Celiński, Marek Edelman, Bronisław Geremek, Stefan Jurczak, Krzysztof Kozłowski, Jan Kułakowski, Helena Łuczywo, Tadeusz Mazowiecki, Adam Michnik, Karol Modzelewski, Janusz Onyszkiewicz, Józef Pinior, Jan Rulewski, Henryk Samsonowicz, Grażyna Staniszewska, Wisława Szymborska, Barbara Skarga, Andrzej Wajda, Henryk Wujec, Krystyna Zachwatowicz. Już sama lista nazwisk osób deklarujących swoje wsparcie, nie świadczy najlepiej o wziętym w obronę. Osobiście bym się wstydził, gdyby mnie tacy osobnicy popierali.
W społecznym odczuciu poparcie tej grupy przysparza tylko więcej niepewności i wątpliwości niż przypływu bezspornego zaufania do Byłego Prezydenta.
Po przestudiowaniu listu i plejady nazwisk tam zamieszczonych przyznam, że poczułem pewien niedosyt. Czegoś, a właściwie kogoś mi brakuje? Czy nie właściwym byłoby poprosić jeszcze o podpis choćby Wojciecha Jaruzelskiego (niegdyś już publicznie proszonego o „certyfikat moralności” przez Wałęse) i Kiszczaka (określanego mianem „człowieka honoru” przez niektórych wiernych Panu Prezydentowi). Ale jeszcze nic straconego. Kto zatem zaniesie list do podpisu generałom?
P.S. Żałość bierze, gdy kolejni „yntelektualiści” występują w obronie „czci” Wałęsy. Wczoraj w TVN24 popis dał Jacek Żakowski. Powiązany z resztkami komunistycznych oraz uwolskich elit, gorący entuzjasta pederastii, jako kolejny adwokat protestował przeciw czemuś, o czym nie ma pojęcia, czyli przeciw powstającej książce. Zaprezentował też tradycyjnie już, trudną do opisania butę i najzwyklejsze chamstwo. Nie pierwszy zresztą już raz.
Inny znów, znany wrocławski chuligan (nazwiska nie wymienię, bo nie warto) tradycyjnie zachęcał do „dania w mordę” tym którzy piszą coś o Wałęsie i robią to nie po myśli „koncesjonowanych”.
Czyżby teraz, dawna „opozycja” znów przejdzie do podziemia. Tylko kto im wyda i podpisze koncesje?
„Pierwsza Kadrowa Obrońców Czci Lecha Wałesy”
pali książki Cenckiewicza i Gontarczyka.

Stos rozpalono za pomocą Łuczywa, a obraz utrwalił znamienity reżyser Pan Andrzej Wajda.
Na dalszym planie ochotnicy-analfabeci z Mongolii, którzy też nie czytali książki o Lechu Walęsie i zapowiedzieli, że nigdy jej nie przeczytają - a i tak są nią oburzeni!
Ruszamy na Belweder, jak tylko zostaną podstawione taksówki – deklarowali zebrani.
Etykiety:
analfabetyzm,
książka,
uwolia,
Wałęsa,
ynteligencja
Subskrybuj:
Posty (Atom)