Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PZPR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PZPR. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

Romuś, mistrz ciętej riposty

-->
Ponury dotąd, jak nie przymierzając - temat „cudu tuskowego“, były wicepremier, a obecnie wzięty mecenas Giertych Roman wytrysnął humorem.
Niby nic specjalnego, bo z każdego czegoś, raz na jakiś czas może coś trysnąć, ale żeby z Romana G – i to humor!?
Dajmy na to taki pryszcz, czy inny, wiadomy wszystkim dorosłym organ też tryskają, lecz poprzedza to widoczny okres dojścia do kulminacji, nierzadko bardzo charakterystyczny i niepowtarzalny oraz poprzedzajacy to pewien proces twórczy.
A tu taka ciekawostka. Nagle i bezobjawowo.
Otóż, śniady ostatnio Giertych Roman, na nieocenionym twitterze, tak z potrzeby własnej i ku dokuczeniu opozycji zażartował!


No,..... to się teraz Kaczyński z resztą PiSu nie pozbiera – pomyślał Roman G.!
(Bo to przecież o nich Wesoły Romek wypalił!)
Romek?
Nie, nie Romek, Roman - mistrz ciętej riposty!
„Oni są tam, gdzie stało ZOMO...“ – tak sobie w swoim geniuszu wykoncypował!
Tyle, że tam gdzie stało ZOMO już nie ma miejsca!
Nie ma, bo tam już Giertychy stoją.

Jak wiadomo, a może nie wszystkim to wiadomo, - więc napiszę, że w latach 1986–1989 tatuś Romana G. – Maciej Giertych był członkiem Rady Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, Wojciechu Jaruzelskim, która była bojkotowana przez całą opozycję.
Tutuś mistrza ciętej riposty, przestrzegał w niej przed „rozluźnieniem polskich więzów z ZSRR, a konkretniej ze wschodem i zagrożeniem zachodnioniemieckim“.
W 1981 poparł wprowadzenie stanu wojennego, tłumacząc, że jest to jedyny sposób na uniknięcie inwazji radzieckiej. W związku z tym rozsyłał listy nakłaniające do poparcia decyzji generała Wojciecha Jaruzelskiego. Poparcie to ponawiał wielokrotnie aż do 1989 roku.
Niby dzieci nie odpowiadają za błędy rodziców, ale jak dotąd w każdym calu Romanek wspierał tatusia bezkrytycznie!
Pewnie w tej również.
Może nawet mały, dziesięcioletni Romuś siedział, wtedy 13. grudnia na kolanach wujcia Wojtusia i słuchał bajek o Rycerzach z ZOMO i i złym smoku Solidarności...

niedziela, 12 października 2014

Porębani



Ot, właśnie w taki sposób zostałem potraktowany przez I sekretarza Komitetu Redakcyjnego PZPR  (Polskie Zbiegowisko Partyjek Radzieckich) Nowego Ekranu Tow. SpiritoLibero!
Ten delikatny i kulturalny atak nastąpił  w wyniku mojej reakcji na niekonsekwencje w traktowaniu przez tamtejszych blogerów p. Bohdana Poręby.
Najzabawniejsze w tym, że po prawdzie, ja tylko zapytałem grzecznie - dlaczego o Porębie, na NEon24 pisze się „Śp“ skoro był on pezetpeerowcem, ateistą a ostatnio nawet czcicielem Światowida?
Termin „Świetej Pamięci“, w naszej kulturze zarezerwowany jest dla chrześcijan, a w przypadku Poręby, bardziej pasowałby termin „Światowidowej Pamięci“ lub „PZPRowej pamięci“?
Najwidoczniej na Nowym Ekranie kult Poręby jest niezwykle silny, a wszelkie słowa nie będące składnikiem kadzidła portalowego nie są dopuszczalne.
Jak mogłem się dowiedzieć od Ruszkiewicza zwanego właśnie SpiritusLibido (czy jakoś tak): Bogdan (jak pisze ów baran, który nawet nie wie jak jego „bożek“ miał na imię) Poręba Wielkim Polakiem i Patriotą był. A nawet Wielkim Artystą!
Znaczy kimś na miarę Piasta Kołodzieja łamanego na Juliusza Słowackiego!
Okazuje się, że w dobie upadku wzorców, mamy wreszcie kogoś, kto może stanąć na cokole i być autorytetem dla młodych!
Być jak Poręba? Tak, ale co to znaczy? Jakim być?

Aby być Prawdziwym Patriotą i Wielkim Polakiem jak Poręba - należy, tak jak on:
- w miarę młodym wieku zostać komunistą (Poręba w wieku 35 lat wstąpił do PZPR i należał do niej aż do jej końca)
- zapisać się i działać w prosowieckiej, proruskiej organizacji szpiegowskiej (Poręba prężnie działał w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej)
- brać udział w działaniach probandyckich watah (Poręba należał i działał w PRONie)
- założyć sobie jakąś antysemicką organizację i komuchować w niej (Poręba założył pro-jaruzelskie TP Grunwald)
- trzymać się z durniami, prymitywami oraz niedoukami i wspierać tzw. narodowy komunizm (Poręba wielbił Albina Siwaka i popierał jego linię ideową)
Co jeszcze ważne, trzba wierzyć w Światowida albo w Świętą Hubę.
Ostatecznie można być atestą – to nie dyskwalifikuje.
Postępując według powyższych wskazówek, mamy pewność, że zostaniemy Prawdziwymi Patriotami i Wielkimi Polakami jak Poręba czyli dostąpimy łaski Porębania... Będziemy prawdziwie porębani.

 --------------------------

P.S.  No i bym zapomniał! Jako czlowiek kulturalny a przynajmniej za takiego się mający, nie mogę pozostawić pytania zadanego mi, bez odpowiedzi. Jak łatwo zauważyć w zamieszczonym na samej górze fragmencie komentarza, SL Ruszkiewicz pyta „czy jestem Żydem i bolszewikiem“ (bo tak jak oni atakuję p. Porębę). Tak więc mało szanowny SL Ruszkiewiczu, nie jestem ani Żydem ani bolszewikiem.
Zobowiązuję się też, że nie będę już węcej atakował Bohdana Poręby, bo nie będę już o nim pisał – nie ma co. A aby poprawić samopoczucie SL Ruszkiewica, mogę zadeklarować, iż na ten przykład, zbierać będę podpisy pod petycją w sprawie zmiany nazwy miejscowości Szklarska Poręba na Bohdan Poręba albo Poręba Wielka na Poręba Wielki!

czwartek, 10 lipca 2014

Psychopatyczny komunista Miller

- Chcę wyrazić zadowolenie, że prezydent Gronkiewicz-Waltz podjęła decyzję ws. zwolnienia prof. Chazana, który wsławił się tym, że z powodów psychopatycznych podejmował decyzje wywołujące wielkie tragedie – wyartykułował Leszek Miller.

Chyba wszyscy zdołali już przyzwyczaić się do tego, że pogrobowcy stalinizmu oraz tzw. wyznawcy antycywilizacji śmierci, aż prześcigają się w głoszeniu zachęt do zbrodni  dokonywanych na nienarodzonych.
Argumenty padające w dyskusji są bądź ideowe, bądź infantylne.
Są też obraźliwe i po prostu… głupie.
Takimi właśnie posługuje się komunistyczny aparatczyk Miller, nazywając pobudki, którymi kierował prof. Chazan – psychopatycznymi.
Biedny partyjny nieuk i tuman, w partyjnych, komunistycznych szkołach uczony.
A wystarczyło tylko poszperać w internecie I przeczytać, co to są zachowania psychopatyczne. Wystarczyło, ot do Wikipedii popatrzeć, bu dowiedzieć się, że kryteria diagnostyczne osobowiści dyssocjalnej (psychopoatycznej), to:
            1. nieliczenie się z uczuciami innych
            2. lekceważenie norm
            3. niemożność utrzymania związków
            4.  tolerancja frustracji i próg wyzwalania agresji
            5. niezdolność przeżywania poczucia winy i uczenia się (kary)
            6. skłonność do obwiniania innych
Wszytskie punkty, jak ulał pasują nie do prof. Chazana a do Leszka Millera i jemu podobnych komunistów!
Podżyrardowski tłuk sam I osobiście posiada osobowość psychopatyczną,  bo inaczej nie zapisał by się do parii komunistycznej i nie został w niej hersztem.
Może właśnie uwielbienie sadyzmu, okrucieństwa w stosunku do innych spowodowało, że Miller wstapił do PZPR.

Maltretowanie - mordowania ludzi, 
wprowadzanie chamskich -  bolszewickich norm,
rozwiązłość obyczajowa,
agresja w wyniku opilstwa
agresja przejawiana w wyniku najmniejszej krytyki bandyckiej - komunistycznej ideologii,
brak poczucia winy za zbrodnie własne i swoich partyjnych towarzyszy
obarczanie winami ofiary swoich zbrodni

To wszystko klasyczne cechy pezetpeerowskiego, komunistycznego  aparatczyka w stylu Leszka Millera.
Kto zatem jest psychopatą? Kto w jednej oraganizacji z psychopatami bywał?

niedziela, 16 grudnia 2012

Miller: "Słowo potrafi tworzyć i koić, ale potrafi zabijać". 31 lat temu zabito górników z „Wujka“.


16. grudnia - dzień szczególny. Trzydzieści jeden lat temu komunistyczna banda, na mocy dekretu o wprowadzeniu Stanu Wojennego, przeprowadzająca pacyfikację KWK „Wujek“, zamordowała dziewięciu górników a dwudziestu jeden raniła.
Jan Stawisiński, Joachim Gnida, Józef Czekalski, Krzysztof Giza, Ryszard Gzik, Bogusław Kopczak, Andrzej Pełka, Zbigniew Wilk, Zenon Zając – ponieśli śmierć w wyniku zbrojnej akcji łączonych sił: 5 kompanii ZOMO, 2 kompanii ORMO, 1 kompanii NOMO wspartych przez 7 armatek wodnych, a ponadto 3 kompanie po 10 bojowych wozów piechoty i 1 kompanię czołgów.
Nie wszyscy z zamordowanych polegli w bezpośrednim starciu z zomowcami, kilku zostało zastrzelonych przez milicyjnych snajperów ulokowanych na dachach.
Również 16. grudnia, tyle że 1922 roku został zastrzelony w „Zachęcie“ prezydent Gabriel Narutowicz.

16. grudnia 2012 roku, pod tęże warszawską „Zachętą“ Leszek Miller oraz dawni „czerwoni“ towarzysze – byli koledzy partyjni zbrodniarzy z „Wujka“ protestowali na wiecu przeciw „Mowie nienawiści“, która ich zdaniem prowadzi do politycznej zbrodni. Przynieśli nawet świeczki, które zapalono pod portretem Gabriela Narutowicza.
Żadnemu z kolegów zomowskich zbirów nie przyszło natomiast do głowy zapalić znicz pod pomnikiem pomordowanych górników z „Wujka“, pod pomnikiem swoich ofiar.
Towarzysze Miller, Oleksy, Czarzasty wsparci przez towarzyszkę Senyszyn bełkotali coś o jakiejś „mowie nienawiści“ i bawili się świetnie potępiając „odradzający się faszyzm“, o odradzającym sie komunizmie nie wspominając.
Jako element rozrywkowy, pajacował przez grupką zgromadzonych komuchów Palikot z Biedroniem.
Z ustawionej platformy Miller mówił: "Słowo potrafi tworzyć i koić, ale potrafi zabijać..."
To zupełnie tak, jak stało się trzydzieści jeden lat temu.
Słowa wolność i niezależność koiły oraz tworzyły nową jakośc i nową rzeczywistość. Inne za sprawą Millera z pezetpeerowskimi towarzyszami potrafiły zabijać. Konkretnie potrafiły zamordować tych dziewięciu z „Wujka“.

Że takie bydlaki jeszcze po ziemi chodzą...

piątek, 9 września 2011

Maniuś, nie szczekaj już...

Rozochocił się i wigoru nabrał pozostający obecnie na etacie leciwego i bezzębnego psa Burka - Maniuś Kuczyński.
Niczym przyzagrodowy czworonóg w wieku połańcuchowym, sili się odważne ataki z wywieszonym ozorem i wyszczerzonymi kłami próbując kąsać każdego, kto wchodzi w obejście. W obejście rodzinne familii Agora.

Leciwy i przytępiony Maniuś widzi nawet rzeczy, których nie było, a które tak bardzo chciałby zobaczyć, więc w nie uwierzył.
Uwierzył i szczeka, licząc na nagrodę od gospodarzy.
Dziś Widzi „komisarzy z PiS, którzy przeprowadzali czystki w urzędach państwowych”.
W urzędach, które winne być apolityczne, niezależne – jak pisze.
Dowcipy na starość trzymają się bezzębnego Burka.
Pewnie też wydaje się Kuczyńskiemu, że te urzędy do tej pory były niezależne i apolityczne i tylko IV RP je upolityczniła.
Maniuś niestety nie precyzuje o które urzędy mu chodzi, ale mniejsza z tym – pewnie kosmici też mu koło budy wylądowali...
Odpornym na bzdury polecam wycie i skomlenie Maniusia Kuczyńskiego na wp.pl

Maniusia?
Właśnie Maniusia!
Bo właściwie “Burek” na imię ma Marian, a Waldmar to jego imię drugie.
Niby nic takiego, ale w życiu Kuczyńskiego wszystko jest „tak, a właściwie… nie tak”.
Niby Waldemar a właściwie Marian.
Niby opozycjonista, a wielbiciel gierkowskiego Peerelu.
Niby bojownik i rewolucjonista a tchórz i dekownik.
Niby niezłomny i niezależny a czerpiący z szerokiego gestu komunistów pełną garścią i uginający się w hołdach.

Historia życia tegoż Burka - Kuczyńskiego Maniusia, w sumie dość paskudna i pieska odpowiednio przez niego samego barwiona nabierała z latami kolorytu.
Tchórzliwy zagrodowy kundelek o charakterze lizusowskim, stawał się w skutek odpowiedniej propagandy i kreowania własnej postaci - silnym i mężnym dobermanem.
Dziś odpowiednio pokolorowaną historię swojej „walki o społeczny dobrobyt i demokrację” – Maniuś prezentuje na własnej stronie w internecie.
Coś, co zmieściło by się w dwóch zdaniach, Kuczyński rozwinął do niezłej historii o zabarwieniu heroiczno-literackim.
Kim naprawdę jest doradca „targowiczanina” Mazowieckiego, „złoga komunizmu” Cimoszewicza i ojca chrzestnego „gabinetu ciemnych postaci” Buzka?
Wystarczy powiedzieć, że z pewnością nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić.

Marian Waldemar Kuczyński jako dobry socjalista i wyznawca idei towarzysza Uljanowa, należał do PZPR i tylko dzięki własnej niefrasobliwości, z niej został później wyrzucony. To tylko tak formalnie. Zawodowo i towarzysko pozostawał w niezłych kontaktach z oficjelami partyjnymi, którzy nie dali mu zginąć z głodu,
Gdy powstała “Solidarność” Maniuś, podobnie jak większość koncesjonowanych cwaniaków, szybko począł kręcić się wokół robotników, niby jako “fachowiec-doradca”.
Komunistycznej władzy było to na rękę.
Gwarantowało wszak realny wpływ na działania opozycji.
W nagrodę, już po wypowiedzeniu wojny Polakom, komuniści zadbali o dobre samopoczucie i zdrowie Maniusia. Skierowany został do ośrodka wypoczynkowego w Jaworzu (tam też przebywał Bronisław Komorowski) gdzie przez pół roku na państwowym, wystawnym wikcie zgłębiał istotę tak ukochanego socjalistycznego porządku świata.
Po opuszczeniu ośrodka wczasowego. Maniuś, by dowartościować się a także zapewnić socjalistycznej władzy wpływy w kręgach emigracyjnych (opozycjonistów, którym udało się umknąć z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego) udał się na pobyt czasowy do Paryża. Niby w celach leczniczych, zdrowotnych.
Pobyt Kuczyńskiego we Francji przysporzył ekipie generała Wojciecha Jaruzelskiego wiele radości, gdyż na skutek dywersyjnych działań niektórych „koncesjonowanych opozycjonistów” udało się skłócić wewnętrznie emigrację.
W nagrodę juz po powrocie do kraju i wprowadzeniu w życie układu Michnik-Jauzelski, Kuczyński odwołany został z funkcji prowokatora a objął intratne stanowisko - doradcy premiera Mazowieckiego Tadeusza.
Dwa razy jeszcze udawało się później Maniusiowi Kuczyńskiemu “podłapać” państwową fuchę, gdy tylko dawni mocodawcy ze swoimi ugrupowaniami obejmowali władzę.

Dzisiaj odtrącony i zapomniany usiłuje zwrócić na siebie uwagę tym, co umie najlepiej: prowokowaniem, lżeniem, poniżaniem…
Niestety obecnie już, sposoby i metody prowokatora-Maniusia, straciły na skuteczności.
Wyleniał i zezgredział...
Język partyjnego betonu jest dziś mało zrozumiały dla ludzi młodych a niczego nowego Kuczyński już nie jest w stanie nauczyć się.
Biednemu Burkowi pozostaje tylko leżeć z łańcuchem na szyi koło swojej budy, raz na jakiś czas nastroszyć się i poujadać cienkim głosikiem. W nagrodę Pan pogłaszcze po siwym łebku i rzuci ochłap...
Maniuś Kuczyński dostał niedawno od prezydenta Order Orła Białego, wszak naujadał się w ostatnim czasie, choć na próżno ale niemiłosiernie.

wtorek, 3 maja 2011

Wunderkindus Pawełek Olszewski

W obecnym sejmie nie ma większego wesołka i dowcipasa nad Pawła Olszewskiego z PO.
Taki jeszcze młody, a taki już dowcipny i inteligentny – mówią ludzie.
Człowiek renesansu, o szerokich zainteresowaniach podbija przedwyborcze notowania polityków. Jest obecny na Twitterze i Facebooku, gdzie prowadzi agitację oraz gdzie zamieścił wyjątkowo dowcipny fotomontaż Jarosława Kaczyńskiego w peruce i z umalowanymi ustami.
Podpisał Olszewski swoje dzieło „Jarosława Kaczyńska”.
Wprost boki zrywali ze śmiechu inni posłowie platformy i klepali z uznaniem Olszewskiego po plecach.
To taka nowa jakość wśród parlamentarzystów i nowy zwyczaj poselski.


Taki młody i taki zdolny... i do tego z czerwonym korzeniem

Paweł Olszewski od dzieciństwa był przysposabiany do wielkiej polityki, za sprawą tatusia, Wiesława Olszewskego, byłego działacza PZPR i wojewody bydgoskiego z ramienia SLD.
Szanowny Wiesław Kierbel, jeszcze przed zmianą nazwiska ma Olszewski, już dał się poznać jako dobry towarzysz i aktywny działacz robotniczej partii.
Dbał o syna niczym o idee socjalizmu w regionie i dzięki swoim pezetpeerowsko-eseldowskim koneksjom załatwiał swojej latorośli intratne etaty z dobrze płatnymi wynagrodzeniami.
Bo to taki genialny chłopak....

Młody Olszewski potrafił błysnąć intelektem a nawet geniuszem, już w wieku nastoletnim.
Już jako czternastolatek, potrafił odróżnić politykę finansową Balcerowicza od polityki finansowej Marka Borowskiego a jak twierdzi, Borowski go denerwował.
Kilkakrotnie mały Pawełek oparty właśnie o te eselowskie ramie ojca był gościem Aleksandra Kwaśniewskiego w Belwederze.
Jak mówią, ojciec-Olszewski przyjaźnił się bardzo z prezydentem i pozwalał mu klepać po pupci syna i głaskać po blond czuprynie w czasie wizyt, w ten sposób dopuszczając do symbolicznego namaszczania delfina. (Tygodnik Polityka, „Polityka polskich rodzin” 18 sierpnia 2008).

Mimo czułości okazywanych przez „najwyższego z czerwonych” Pawełek wykombinował sobie inny wariant i inną trampolinę do sukcesu.
Panowie Olszewscy podzielili role w rodzinie. Tatuś pozostał po stronie czerwonej natomiast syn zabezpieczył wariant „B” czyli wstąpił do PO.

Ubóstwo nobilituje czyli skromne a nawet ubogie życie posła

Poseł Platformy Obywatelskiej Olszewski Paweł, to jeden z uboższych posłów obecnej kadencji. Aż idzie zapłakać nad dolą parlamentarzysty.
Wszystko dla kraju, a nic dla siebie. Wystarczy prześledzić oświadczenia majątkowe Olszewskiego, by ocenić, że jest on kryształowym ideowcem.
Nie ma prawie nic.
Według jego oświadczeń majątkowych, w 2007 roku dysponował tylko 10.000 zł oszczędności. W 2008 roku nawet o złotówkę tych oszczędności nie powiększył (figuruje nadal 10.000 zł). Dopiero rok 2009 okazał się dla Pawła Olszewskiego przełomowy. Jego majątek powiększył się do 50.000 zł i taki też pozostał w roku 2010. Wynika z tego, że geniusz humoru platformianego bogaci się niewiele acz cyklicznie i okresowo tylko co dwa lata.
A czym jeździ geniusz? Rozpoczynał poselską służbę za kierownicą Citroena C5 z 2002 roku, o wartości (jak sam określił) około 30.000 zł.
Już w roku następnym zamienił go na piękne Audi A6 z 2001 roku (!) bezcenne – gdyż kwoty wartości z oświadczeniu nie podał.
Nieco wóz stracił na wartości w roku następnym, gdyż Olszewski wycenił już owe Audi na 35.000 zł. Na szczęście w 2010 roku spadek ceny samochodu cudownie się zatrzymał i Audi kosztowało nadal 35.000 zł.
Co jeszcze ma Paweł Olszewski?
Ma kredyt do spłacenia.
Kredyt zaciągnięty w Nordea Banku a przeznaczony na zakup mieszkania.
Zbiegiem okoliczności dyrektorem Nordea Banku jest... Wiesław Olszewski, tatuś i były już wojewoda eselowski, stąd wszystko pozostaje w rodzinie.
Z dokumentów sejmowych wynika, że ze spłatą zadłużenia Paweł Olszewski zbytnio się nie spieszy. Widocznie bieda zagląda poprzez okna w hotelu poselskim.
W oświadczeniu majątkowym z 2007 roku deklarował kwotę 498.000 zł zadłużenia. W roku następnym kwota ta pomniejszyła się tylko o 6.000 zł, a w 2009 roku w rubryce „zobowiązania pieniężne”, Olszewski deklaruje już, jak sam pisze „ok. 490 000 zł”.
2010 rok okazał się wyjątkowo chudy dla „wesołego geniusza” bowiem z deklaracji wynika, że nie spłacił nic z kredytu i dalej deklarował „ok. 490 000 zł”.
Wiadomo - kryzys.

Sejmowy Playboy

Młody i ambitny poseł, najwyraźniej prócz wielkiego mniemania o swojej inteligencji i roztropności, posiada przekonanie o swojej męskiej sile urody.
Posłanki PO wręcz piszczą na widok Olszewskiego a wyborcy ślinią się na jego widok.
Tak przynajmniej musi uważać sam zainteresowany.
Czym bowiem tłumaczyć, że na stronie poselskiej figuruje do dziś jako kawaler (stan: wolny), mimo że od 14.VI.2009 roku jest żonaty z Bogumiłą Wresiło, dziennikarką radia PiK. Co więcej również Wikipedia lansuje Olszewskiego jako wolnego kawalera.
Żonaty nie byłby już taki atrakcyjny dla wyborców.
Złośliwi mówią też o jego skłonnościach do męskich ciał... ale to zapewne złośliwcy.

Śpiewa, tańczy, recytuje....

Jak podaje na swojej stronie Paweł Olszewski, posiada on prócz obowiązku nudnej roboty sejmowej, szerokie zainteresowania humanistyczno-sportowe.
Tenis, narciarstwo, gra na gitarze elektrycznej, muzyka, literatura, malarstwo – to jego żywioł.
Nawet jestem w stanie wyobrazić sobie Olszewskiego naginającego na „Stratocasterze” solówkę z „Ballady o Tusku”, lub przy kominku delektującego się „Działami Wybranymi” Komorowskiego.... ale niech mu tam.
Co do malarstwa, to być może całość zainteresowań zamyka się w domalowaniu Kaczyńskiemu fryzury z ondulacją oraz czerwieni ust.


Jakoś dziwnie zarówno Pan Olszewski, jak i jego posłowanie trąci mi lipą.
Życie nauczyło mnie zachowania dystansu w stosunku do prymusów i „synków swoich tatusiów na politycznym gruncie”.
Mam wrażenie, że logika działalności politycznej rodziny Olszewskich zamyka się w twierdzeniu, że nie ważne z kim, ważne że u władzy.
Nawet nie zdziwił by się, gdyby szanowna matka pana posła wspierała LPR lub Samoobronę.

P.S.
Warto przeczytać materiał Pani Ewy Starosty na jej stronie Bydgoska Ośmiornica. Tam można poznać wiele faktów z życia rodziny Olszewskich, ot tak z pierwszej ręki...
http://ewastarosta.wordpress.com/moje-ksiazki/bydgoska-osmiornicaiii/pawel-o/

wtorek, 29 marca 2011

Wszystkie Ryśki to fajne chłopy?

A ja znam jednego Ryśka, który fajny nie jest.
To nawet nie Rysiek, tylko Rychol, bo masą mógł by równać się trzem a nawet czterem zwykłym, normalnym Ryśkom.

Jest to wielce zasłużony dla „polskiej lewicy” Rychol i mimo (tak na oko) 120-140 kg żywej wagi zwinny i gibki jest niczym tchórzofretka czy inna łasica.
I w piłę charatnie i podbiegnie i figury najróżniejsze przed kamerą odstawi. Słowem skrzyżowanie Leszka Blanika z elektrowozem EU07.

Jak wspomniałem już Rychol posiada nieopisane zasługi dla „polskiej lewicy”. Na czerwonych kartach wielkiej księgi polskiego komunizmu, Rychol pierwszy raz zapisał się już w 1978 roku, gdy w wieku 21 lat wstąpił do PZPR.

Data ukończenie studiów prawniczych, zbiegła się z okresem burzy solidarnościowej, natomiast aplikację sądową Rychol odbywał w latach 1981-83 czyli w czasie licznych procesów i sądów kapturowych na działaczach niepodległościowych.
Pewnie utwardziło to wielkiego Rychola.

Za jakieś bliżej dziś niewiadome zasługi dla „lewicy” z PZPR, bohater nasz w 1985 roku wyjechał „na staż” do Zurichu w Szwajcarii. Tylko, rzecz jasna zbiegiem okoliczności, tamże właśnie od 1983 roku przebywał niejaki Piotr Filipczyński vel. Peter Vogel, zwany „kasjerem lewicy”.

W 1987 roku Rychol „poszedł na swoje” czyli otworzył praktykę adwokacką.
Już za „demokracji” Rychol piastował masę ważnych funkcji państwowych, zawsze z nadania dawnych towarzyszy, łącznie z sekretarzowaniem w kancelarii magistra Kwasniewskiego, pracującego jako Prezydent RP.

Szczyt kariery Rychola przypada na okres od 2 maja 2004 do 31 października 2005, kiedy to zatrudniony został na etacie ministra spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Marka Belki.
Wprawdzie próbował rejterować już w maju 2005 (na skutek doniesie o powiązaniach oficerów KG Policji z mafią) lecz towarzysze odrzucili jego dymisję.

Trwał więc Rychol na stanowisku i zyskał nawet przydomek „Betonowego Rycha”, a nie potrafiły go poruszyć nawet łzy i prośby rodziny Olewinków, która wielokrotnie zwracała się do Rychola o pomoc w uporządkowaniu śledztwa dotyczącego porwania Krzysztofa Olewnika.
Jak mówią Rychol Olewników olał.
Więcej zasług na eksponowanym stanowisku nie zanotował.
Odszedł wraz z czerwoną hałastrą Marka Belki po przegranych wyborach parlamentarnych w 2005 roku.

W grudniu 2007 roku w Rycholu coś tąpnęło i zmiękł nagle oraz skruszał, gdyż poruszył go los wyrzuconej niegdyś (przez kolegów Rychola) z klubu parlamentarnego SLD posłanki Blidy, która raczyła się zastrzelić, by nie odpowiadać za malwersacje w Polskim Towarzystwie Węglowym.
Tak nagle Rychol pokochał wyrzuconą dawną koleżankę, że żyć bez jej postaci nie mógł, toteż został szefem powołanej uchwałą Sejmu z 19 grudnia 2007 - komisji śledczej do zbadania okoliczności śmierci Barbary Blidy.
Funkcjonująca na zasadzie fajnej i wesołej ferajny komisja jest tłem dla oratorskich popisów Rychola, który wreszcie znalazł swoje miejsce w życiu.

Przez zaprzyjaźnionych nazywany „pornogrubasem” i „kartoflem z omastą” Rychol dziś po latach wiernej służby dla „pezetpeerowskiej lewicy” znajduje się niestety na równi pochyłej.
Nowe kierownictwo SLD pod wodzowską ręką Napieralskiego Grzegorza, jakoś nie doceniło zasług Rychola i pozbawiło go miejsca w Zarządzie Krajowym Sojuszu.
Łaska czerwonych na pstrym koniu jeździ – jak mawiają.

Dziś pozostaje Rycholowi tylko prowadzić umoralniające pogawędki i uczyć przykładnego oraz uczciwego życia innych, co czyni np. w cotygodniowym programie TVN „Kawa na Ławę” .
Tam też Rychol wytyka ludzkie słabości, błędy i braki w moralnym wyedukowaniu.
Sam się już najprawdopodobniej moralnie wyedukował, po słynnej sprawie o pomówienie i skazaniu go w procesie karnym (z powództwa Jacka Żalka).

Rzecz jasna Rychol nie poszedł wtedy siedzieć, ani nie poniósł konsekwencji, bowiem ten stróż moralności (u innych), który tak piał z oburzenia odnośnie ułaskawienia Adama S. przez Prezydenta Kaczyńskiego,... sam został rzutem na taśmę ułaskawiony przez swojego było szefa Aleksandra Kwaśniewskiego w listopadzie 2005 roku.
Nie jest fajny ten Rysiek....

czwartek, 5 sierpnia 2010

Czkawka po „pogardzie do naprawiaczy i weryfikatorów historii spod gwiazdy Dawida”

Coraz ciekawiej robi się w naszym kraju. Dzisiejsza awantura sejmowa z udziałem posła Giżyńskiego i Śledzińskiej-Katarasińskiej uświadomiła wielu osobom, jak silne jest zakłamanie i obłuda elit będących obecnie u władzy.
Trzeba mieć niezły tupet oraz całkowity brak poczucia honoru i godności by odstawiać przed zgromadzeniem parlamentarnym komedię i cyrk jaki zrobiła dziś Iwona Śledzińska-Katarasińska.

Ta zasłużona towarzyszka, była członkini nieboszczki PZPR oraz redaktorka gadzinówki - Głosu Robotniczego, autorka kilku piętnujących w imię gomułkowskiej nagonki antysemickiej artykułów poczuła się dotknięta, że Zbigniew Giżyński przypomniał jej właśnie te fakty z życiorysu.

Nie dość, że poczuła się dotknięta, to jeszcze zareagowała żywo i udając prawdziwe oburzenie zażądała skierowania sprawy do Komisji Etyki Poselskiej.
Dlaczego?
Zapewne dlatego, że Śledzińskiej-Katarasińskiej nie podoba się to, że ktoś śmie przypominać jej przeszłość, gdy jako młoda, prężna aktywistka piętnowała wrogów władzy socjalistycznej gdy syjonistyczna klika czyli piąta kolumna podważała i sypała piach w tryby machiny postępu.

„Przejawy żywotności – budowa dróg i cmentarza, koncerty, rewie, konferencje z władzami niemieckimi. A wszystko to w myśl generalnej zasady przywódców syjonistycznych – bądźcie bierni (...). Można w ten sposób nabrać pogardy do naprawiaczy i weryfikatorów historii spod gwiazdy Dawida” – pisała niegdyś o żydowskich przywódcach w getcie.
Dziś Katarasińska (urlopowany pracownik Agory) ma zupełnie programowo inne poglądy. W ramach pokuty za grzechy, zadanej przez wszechmocnego „ojca nadredaktora” odbębniła swoje w jego „Gazecie Wyborczej” i teraz jest cacy.
Cacy i już, bo prawo i wyłączność o decydowaniu, kto jest antysemitą a kto nie, ma właśnie tenże nadredaktor i jego funkcjonariusze. Giżyński takiego prawa nie ma!

Powinno wystarczyć, że sama Iwona Śledzińska-Katarasińska, primo voto „Głos Robotniczy”, osobiście oznajmiła niegdyś (zapewne po konsultacji z rodziną Agora), że te antyżydowskie paszkwile nie pisała ona, a tylko jej nazwisko zostało pod nimi zamieszczone. Kropka. :))

Muszę przyznać, że jest to bardzo ciekawa linia obrony, która obecnie może cieszyć się dużym powodzeniem. Już wyobrażam sobie występ Jaruzelskiego i oświadczenie, że to nie on wprowadził Stan Wojenny, a tylko tak to zostało bez jego wiedzy zmanipulowane...
W każdym razie rola obrażonej „hrabini” wyszła Katarasińskiej wspaniale. Ciekawe jest, że ludzie PO posiadają takie talenty aktorskie (Boni, Katarasińska, Niesiołowski).
Szkoleni są przez Wajdę, czy co...?

A tak całkiem serio. Nie uda się Katarasińskiej wymazać tych „dokonań” z własnego życiorysu. Częściej lub rzadziej, ten smród będzie wracał do niej i dodatkowo unosił się również nad jej partyjnym środowiskiem, bo jak powiedział Pan Prezydent Elekt: „Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem Ci kim jesteś...”

Raz już Katarasińskiej ten smród zaszkodził. W 1997 roku miała zostać ministrem kultury w rządzie Jerzego Buzka. Wtedy to w „Życiu” ukazał się materiał przypominający jej przeszłość.
Ministrem nie została.
Mam nadzieję, że zaszkodzi jej to jeszcze nie raz i bezczelny oraz butny babon zniknie raz na zawsze z życia politycznego.

wtorek, 8 czerwca 2010

Waldemar Kuczyński zgłupiał!

Waldemar Kuczyński zgłupiał! Oszalał!
Nie da się innymi słowami określić stanu umysłowego dawnego pezetpeerowskiego dorobkiewicza, zamieszanego w jakiś tajemniczy sposób w opozycję lat 70-tych i 80-tych. Po prostu zgłupiał. Wprawdzie już od dawna pewne symptomy utraty zdolności zdrowego rozumowania dały się odczuć w myśleniu Kuczyńskiego, lecz dziś pobił kolejny rekord obłąkania.

Ni stąd ni zowąd Kuczyński stwierdził, że to Lech Kaczyński ponosi winę za katastrofę lotniczą pod Smoleńskiem (!?) Opublikował nawet stosowny wpis na swoim blogu, w którym to właśnie taką teorię podał.

Źle musi być z geriatryczną uwolią spod znaku Mazowieckiego, Michnika i Kuczyńskiego, bo od dłuższego już czasu ględzi od rzeczy, lansując „kosmiczne teorie” niezależnie od tego o czym mówi, a wroga widzi tylko jednego – tego o nazwisku Kaczyński. Mania jakaś, obsesja...?

Zatem to właśnie Lech Kaczyński spowodował wypadek lotniczy, a on czyli właśnie Kuczyński to wykrył. Nie dziesiątki rosyjskich komisji pracujących dniem i nocą, nie specjalni fachowcy z polskiej armii lecz właśnie Kuczyński w mig rozwiązał największą zagadkę ostatnich miesięcy.
Widać, że Kuczyński niczym Chuck Norris wystarczy, że pstryknie palcami i teorie rodzą się same i to wraz z właściwymi rozwiązaniami. Warto by, od dziś używać zamiast postaci amerykańskiego karateki, na potrzeby dowcipów, właśnie osoby Kuczyńskiego.

Kuczyński nigdy nie budził zaufania. Szczególnie swoim wyglądem. Ja kojarzę go (okres „mazowiecczyzny”) razem w parze z niejakim Misiągiem – siwym rozczochrańcem o flejtuchowatym wyglądzie. Tacy syjamscy bracia rodem z Unii Demokratycznej. Właściwie, to niczym więcej się w pamięci nie zapisał. Taki minister od brania pensji.

Kuczyńskiemu już od dawna coś się wydaje. Począwszy od okresu ministrowania u boku ostatniego premiera komunistycznego rządu - Mazowieckiego, aż do dziś. Nigdy nie powiedział nic mądrego, rozsądnego, odkrywczego. Raczej zawsze był niczym stara ciotka, która siedzi w oknie i „ma wszystkim za złe...”

Teraz Kuczyńskiemu wydaje się, że jest potężnym ekspertem lotnictwa mającym dostęp do wszystkich dokumentów związanych z katastrofą i wybitną wiedzą w każdej dziedzinie awiacji.
Właściwie każdy myślący człowiek po przeczytaniu bzdur zrodzonych w rozczochranej siwej głowie, winien roześmiać się, zatoczyć palcem na czole kółko i symbolicznie puknąć się w nie, myśląc jednocześnie o Kuczyńskim. Inna jest natomiast rola lekarzy. Dbałość o zdrowie (w tym psychiczne) obywateli Rzeczpospolitej jest nadrzędnym obowiązkiem publicznej służby zdrowia. Choć wątpię, by coś mogło by się jeszcze zaradzić.

By natomiast, do czasu hospitalizacji, Pan Kuczyński nie wyszedł z wprawy, proponuję mu zająć się rozwikłaniem kolejnej tragicznej zagadki. Kilka lat temu na drodze do Poznania zginął jego przyjaciel Geremek. Do dziś nikt nie był w stanie ustalić, co było prawdziwym powodem wypadku. Cisza jak po śmierci organisty.
Mając jednak takiego eksperta od tragicznych wydarzeń, jestem pewien, że dowiemy się już wkrótce czy to prawda, że przyczyną była chwilowa nieuwaga spowodowana mało parlamentarnymi działaniami bułgarskiej asystentki europosła.
Dalej w kolejce czeka jeszcze zamach na Kennedy’ego , śmierć Elvisa oraz zaginięcie w „trójkącie bermudzkim” dominikańskiego statku "El Caribe”.
Dla Kuczyńskiego to „pikuś”. „Pan Pikuś!”

poniedziałek, 21 września 2009

Człowiek z innej epoki.

Zupełnie przypadkiem natknąłem się w necie na blog byłego polityka i działacza komunistycznego Millera.
Raczej z pustej ciekawości przeleciałem „po łebkach” wpisy byłego twórcy epokowych bon-motów i muszę przyznać, że był to czas stracony.

Miller, jak przystało na zetesempeowskiego absolwenta szkoły zawodowej oraz wieczorowego technikum elektroenergetycznego, błyszczy swoistym siermiężnym intelektem jak mało kto. Nuda.

Styl i swoiste poczucie humoru zawarte we wpisach na blogu Millera mięliśmy okoliczność już poznać wcześniej, w czasie jego „panowania”.
W tej kwestii nic się nie zmieniło. Buta, chamstwo i sowiecki wasalizm posunięty chyba najdalej z całej pezetpeerowskiej watahy.
Człowiek innej epoki chciało by się powiedzieć.

Miller po prostu w złym czasie się urodził. Prawdę mówiąc, to w Polsce nie było by dla Millera dobrego czasu na rodzenie się.
Okres przedwojenny – źle (komuniści siedzieli w więzieniach), wojenny – źle (komuniści i żydzi byli eksterminowani), powojenny – źle (bo po początkowych sukcesach, przyszło w 89 r. utracić ideologicze przewodnictwo).
Właściwie to najlepiej dla Millera było się w ogóle nie urodzić.

Nam też było by to na rękę.

P.S> Po analizie wpisów L. Millera jedyne co nasuwa mi się jako komentarz obrazkowy jego blogerskiej działalności (bo innej na szczęście już nie będzie) wyrażam poniżej.

sobota, 18 lipca 2009

Zmarł Kołakowski

Dziś zmarł Leszek Kołakowski.
Stalinowski filozof, profesor, członek PPR i PZPR, później opozycjonista i dysydent.
Jego odejście to wielka strata dla wielu obywateli, a prawdziwa wyrwa w sercu dla „Rodziny Agora” i jej sympatyków.

Nieprzejednany marksista, pracownik Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR, kierownik katedry historii filozofii nowożytnej na Uniwersytecie Warszawskim.
Na skutek wydarzeń Marcowych ’68 został chrześcijaninem, co różniło go od wielu rodaków, którzy właśnie wtedy po porzuceniu marksizmu, zostawali wyznawcami judaizmu.
Był przyjacielem wielu „wybitnych Polaków”, „zasłużonych” w czasach umacniania władzy ludowej poprzez obywatelskie, bezinteresowne lub interesownie donoszenie do Urzędu Bezpieczeństwa.

Przyjaźnił się m. in. z: Bronisławem Baczko, Zygmuntem Baumanem, Włodzimierzem Brusem i Heleną Wolińską niegdyś pierwszoplanowymi postaciami życia ideologiczno-intelektualnego oraz „śledczo-penitencjarnego” stalinowskiej Polski.

Ostatnimi laty mało udzielał się publicznie.
Rok temu pokazał się w telewizji z Adamem Michnikiem, który przeprowadzał z nim wywiad-rzekę, oraz na pogrzebie stalinowskiego zbrodniarza - Heleny Wolińskiej, swojej nieodżałowanej przyjaciółki z PRLu.