Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolesie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolesie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Urban stanu "tuskizmu"


 “Braun Boy” in the ring…”Braun Girl” in the ring!

Ile kosztuje, nas podatników, pieszczoch i maskotka władzy – Tomasz Lis?
Ile i dlaczego tak dużo inkasuje za jeden program w publicznej telewizji zarozumiały i nadmuchany pychą Tomuś zwany “Hot Dogiem”?
Czy inny dziennikarz ma szansę osiągnąć w TVP taki pułap zarobków za jeden występ, jak Lis?

Na wszystkie powyższe pytania odpowiedzi są bardzo proste.
Po pierwsze – Lis kosztuje nas dużo, po drugie – jest to kwota około 300 tys. miesięcznie, bo doceniając Jego zasługi dla władzy mniejsza kwota byłaby jedynie jałmużną, a po trzecie – po prostu NIE… i  długo, długo, nie!

W jaki zatem sposób i jaką metodą posługuje się rządząca partia, by tak dobitnie “docenić” najwybitniejszego - od czasów jego teściowej Barbary Kedaj – publicystę reżimowego?

Mechanizm jest prosty i podłączony do publicznych pieniędzy, czyli tych 13%  pochodzących z abonamentu oraz pozostałych 87% “odpalanych” z budżetu państwa, na państwową telewizję.
Czapą dla całej maszynerii jest firma Deadline Productions, której właścicielem jest Tomasz Lis i na której konto kwoty z TVP są przelewane.

Nie ma to jak się dobrze podwiesić (jak mawiał osławiony Stanisław Anioł – gospodarz budynku przy Alternatywy 4), a Lis Tomasz podwiesił się nie najgorzej.
Dźwigający dyndającego u swojego paska Lisa, Prezes TVP Juliusz Braun, odziedziczył publicystę-literata po poprzedniku. Odziedziczył, ale nie wraz z tak gigantyczną umową dla twórcy autorskiego programu.
To właśnie Braun, w przypływie dobrego humoru lub pod presją obowiązującego radosnego nastroju “polityki miłości” obecnej władzy, sypnął kasą dla Lisa.
Bo Lis jest cool i spoko!

Tomasz Lis jest do tego stopnia “cooli - spoko”, że jego walory oraz oddanie, rządząca ekipa wyceniła w sposób następujący:  Ponad 92 tys. zł brutto dla firmy Tomasza Lisa Deadline Productions. Do tego dochodzi honorarium tylko dla niego - 20 tys. Ponad drugie tyle wynoszą koszta producenckie. W sumie daje to około 300 tys. zł za jeden odcinek, ślimaczącego się i nudnego programu “Tomasz Lis na Żywo”.
Jak łatwo obliczyć, w ciągu miesiąca na konto lisiej firmy wpływa ok. 1.200.000 zł.
A wszystko w dobie szczególnej dbałości o finanse publiczne oraz niebywałych oszczędności zarządzonych przez prezesa radiokomitetu Juliusza Brauna.

Dobry człowiek z tego Juliusza Prezesa, sam nie doje ale Lisowi da.
Biedę teraz chłopina klepie, bo cóż można za takie nędzne 25.000 zł miesięcznie (a tyle właśnie wynosi pensja Prezesa Radiokomitetu), ale oszczędzać trzeba, bo jest KRYZYS.
W dbałości o kręgosłup Brauna i jego właściwą postawę, od  maja 2012 roku doczepiono Prezesowi do paska kolejnego Lisa. Tym razem samicę – Hannę.
To tak, aby się równo trzymał, bo ze zwisającym po jednej stronie Tomaszem niewygodnie oraz niezdrowo. Teraz ciężar rozkłada się równo, toteż i Lisy szczęśliwe i Braun zdrowszy.
Wszyscy są zadowoleni, bo kasa się kręci w dobrym kierunku, czyli z budżetu TVP do Lisów.

W rewanżu “wadza” może liczyć na wsparcie oraz bezgraniczną lojalność obu futrzaków.
Miło się płaci “swojakom” cudzymi pieniędzmi – mniej to kosztuje, a “tuski i brauny” z domu skąpe są niebywale.

*) Dodam jeszcze małe wyjaśnienie, dlaczego przez internautów Tomasz Lis nazwany został “Hot Dogiem”. Otóż na swoim portalu, nie tak dawno “odstawił krypciochę” na temat parówek w bułce na stacjach benzynowych jednej z firm. Poświęcił im cały wpis, być może w zamian za owe opisywane dobra konsumpcyjne. Lisy mocno pazerne a i mięsożerne są.

Złote chłopaki

Miło jest siedzieć na plikach banknotów i puszczać bąki w banderolki.
Miło też, choć mniej wygodnie siedzieć na złocie. Ale jakoś już tak jest w życiu, że twardość złotych sztabek zmiękcza świadomość ich posiadania, stąd przesiadywanie nie jest już tak bolesne.
Ach, jak tam musiało być sielsko i miękko w Amber Gold!

Doświadczył zapewne tego niejaki Paweł Adamowicz, zatrudniony z ramienia PO jako prezydent Gdańska. Nie jestem rzecz jasna pewien, czy Adamowicz osobiście na sztabkach przesiadywał, w każdym razie Marcina P. na imprezie ku czci dzieła Wajdy pt. “Wałęsa” wychwalał pod niebiosa a jego działania określał mianem “innowacyjnych”


– Czujecie ten moment, czujecie innowacyjność. Wałęsa też był innowacyjny dla swoich czasów. Bardzo wam dziękuję – mówił Adamowicz i w czółko Marcina P. cmokał bez opamiętania.
Nieco później, na konferencji (7 maja br.) ogłosił, że miasto Gdańsk przekazało na film 500 tys. zł. Aby nie było niedomówień już po chwili poprawił się i oddał pokłon przedstawicielom Amber Gold za całą tą forsę, bo tak na prawdę to Adamowicz z resztą ferajny groszem na takie fanaberie nie śmierdzą.

Kto wynalazł Adamowiczowi Marcina P.?
Z dokumentów wynika, że sam “mistrz” Wajda.
Pod koniec 2011 roku do skazanego siedmioma wyrokami za oszustwa finansowe Marcina P. pisał Adamowicz: „Na prośbę Pana Andrzeja Wajdy przesyłam Panu ofertę współpracy przy realizacji jego najnowszego filmu pt. »Lech Wałęsa«. Gorąco namawiam Pana do wsparcia tego projektu"…

 
Kto jak kto, ale Wajda już najlepiej wywącha gdzie szukać konfitur. W końcu zawsze, niezależnie od epoki I ustroju potrafił je wyniuchać.
Obu panom petentom prawdopodobnie nie przeszkadzał fakt, że kaska hojną łapką sypnięta przez Marcina P. jest delikatnie mówiąc - śmierdząca.
Gdy prezydent Gdańska chadzał wraz z Wajdą po prośbie do szefa Amber Gold, właścicielem spółki interesowały się już służby specjalne i trwało prokuratorskie śledztwo. W maju, gdy Adamowicz, całował namiętnie w czoło prezesa Amber Gold za hojne dary, było już prowadzone postępowanie w sprawie podejrzenia prania brudnych pieniędzy przez firmę. Czy o tym nie wiedzieli?
“Taki bajer to na Grójec“ – jak mawiał Maniuś Kitajec, bohater nie zapomnianej powieści Wiecha “Café pod Minogą”.

Płachta na byka czy Plichta na Lisa

Niezwykle mocne zainteresowanie walorami pieniężnymi oraz różnymi dobrami doczesnymi pchnęło redaktora Tomasza Lisa w nowe rejony biznesu.
Z samej dziennikarki trudno wyżyć, szczególnie gdy ma się wielkopańskie nawyki wyniesione z rodzinnego domu, gdzie zasady kindersztuby wytyczał peerelowski trep.
Ale… wszystko po kolei.


Na wspomnianym wyżej samym bankiecie, gdzie to Paweł Adamowicz wykazywał innowacyjność w działaniach prezesa Amber Gold, już po części oficjalnej miało miejsce spotkanie Marcina P. z Tomaszem Lisem.
Mistrzem ceremonii był zaufany człowiek Prezydenta Gdańska niejaki Antoni (nazwisko znane autorowi).
To on poznał ze sobą obu “biznesmenów”.
Jak podaje osoba mocno zbliżona do gdańskiego ratusza, Lis liczył na mecenat Marcina P. oraz sponsoring kolejnej, przygotowywanej od roku książki.


Jedną z form okazania wdzięczności za wsparcie literackiego kunsztu “Hot Doga” miała być wizyta P., jako jednego z gości w cyklicznym programie “Tomasz Lis na Żywo”.
Program miał w całości być poświęcony epokowemu dziełu Wajdy Andrzeja p.t. “Wałęsa”.
Konspekt był już ponoć rozpisany, a listę gości mięli uzupełniać, Andrzej Wajda, Robert Więckiewicz oraz Zdzisław Pietrasik.
Do realizacji nie doszło, gdyż P. nie był zainteresowany upublicznieniu swojego wizerunku.
Pomimo, że z wiarygodnych, rządowych źródeł dochodziły już informacje o niejasnej przeszłości Plichty, Tomasz Lis nie zaniechał starań o uzyskanie “sponsoringu”.


Nie cały miesiąc po raucie w gdańskim ratuszu, ponownie, za pośrednictwem Adamowicza (czyli przez jego “prawą rączkę” Antoniego) miał miejsce kontakt z P.
Jak podaje jeden ze współpracowników Lisa z Deadline Production, jego szef spotkał się z P. w warszawskim hotelu Sheraton.
Przebieg “biznesowych rozmów” był dla Lisa nadzwyczaj satysfakcjonujący, gdyż (jak wspomina pracownik) “Tom wrócił ze spotkania wesoły i tak rozpromieniony jak nigdy dotąd. Wielu z nas, na co dzień krnąbrnego i chamskiego Lisa, tak grzecznego i radosnego nigdy nie widziało…”.

 
Radość nie trwała długo, niczym małżeństwo Lisa z Rusinową.
Kilka tygodni po meetingu w Sheratonie, telefon Marcina P. przestał odpowiadać. Ponoć szczególnie wtedy, gdy dzwonił Lis. Jak przystało na osobę o niezbyt wysokiej inteligencji, potrzeba było aż kilku dni, by redaktor “Hot Dog” wpadł na to, że P. go unika i z forsy obiecanej nic nie będzie.
Złość Lisa nie miała granic.
Podobno (jak opowiada pracownik Deadline Production) furia literata-redaktora przypominała atak szału Stefana Niesiołowskiego podczas badań psychiatrycznych w 1987 roku. Skończyło się nawet wyrzuceniem pracownika, który miał czelność uśmiechać się w czasie szaleńczego zawodzenia swojego szefa.
Od tej pory, wymawianie nazwiska Marcina P. w obecności Lisa grozi eksplozją wulgaryzmów i obelg.

Lis-trator w imię trepowskiej moralności

Zainteresowania biznesowe oraz koneksje redaktora Tomasza Lisa dane nam było poznać w powyszych fragmentach. Prócz niewątpliwych zalet i nieskazitelnej, wręcz kryształowej uczciwości redaktor odznacza się również przymiotami o najwyższej moralnej próbie.
Rzec można, iż gdyby w Sevres ustanowiono wzorzec uczciwości i moralności, to bez wątpienia nosiłby on imię “Lisa”.
Dajmy na to taki Adamowicz czy pan P. mogliby szczycić się oceną powiedzmy…“¼ Lisa”… taka to wyśrubowana miara jednostki.
Właściwie, to trudno się nawet dziwić.


Kultura osobista i zasady wyniesione w rodzinnego domu, gdzie za wychowanie syna odpowiadał “najuczciwszy z Polaków” była podwaliną, kamieniem węgielnym, na którym wzniesiono dopiero solidną piramidę moralności.
Edukował się zatem Lis i czerpał pełnymi garściami ze sprawdzonych wzorców, takich jak Adam Michnik, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Kuroń oraz wiele innych najwybitniejszych moralnych kalek.


Nie tak dawno spore zamieszanie wywołał wpis Sylwestra Latkowskiego na Twitterze. Wyjaśniał, że zdecydował się niegdyś na odejście z redakcji „Wprost”, ponieważ Tomasz Lis oraz Tomasz Machała zamierzali żerować na taniej sensacji i szukać haków na leżącą w szpitalu matkę Jarosława Kaczyńskiego.
Latkowski napisał: “Niech Tomek z Tobą przyzna się, dlaczego odszedłem z "Wprost", bo chcieliście prześwietlać życiorys leżącej w szpitalu matki JK “.
Kanon lisiej moralności dopuszcza zatem zarówno nepotyzm, kręcenie lodów jak i kontakty z szemranymi typami. Jako gratis Lis dorzuca jeszcze, tak przez siebie niegdyś potępiane zbieranie haków.
Jak na wychowanka szkoły “trepowskiej moralności” zupełnie nieźle. A “Hot Dog” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

środa, 1 czerwca 2011

Jeden-dwa-trzy – sprintem po njusach

Za naciski na „zbity pysk”.

Jak podaje Wprost, a za nim Onet.pl, Donald Tusk „zrugał” ministra Millera za to, że policja w Białymstoku ukarała kibiców Jagiellonii za użycie słowa „matoł” w stosunku do jego nieskromnej, premierowskiej osoby.
Musiał zdenerwować się Donald Tusk niemiłosiernie, bo to znany obrońca swobód obywatelskich i wolności słowa.
Sprawa jak wydaje się, jest rozwojowa i traktowana z najwyższą powagą, o czym świadczyć mogą zdecydowane działania premiera w celu ustalenia, kto i w jaki sposób wpływał na funkcjonariuszy policji. Miller dostał polecenie: ustalić, zlokalizować, zatrzymać i doprowadzić przed oblicze premiera. Finał będzie okrutny - Tusk wyrzuci tegoż samowolcę na zbity pysk.
Przy odrobinie zaangażowania i uczciwości ministra Millera, możemy w najbliższym czasie osiągnąć cel, który przyświeca Solidarnym 2010 przed pałacem namiestnikowskim.
Za jednym zamachem, bez walki pozbędziemy się Tuska i Arabskiego. Oczywiście o ile premier dotrzyma słowa.

Z lisiej nory

U Tomasza Lisa zrobiło się plebejsko. Zasada zapraszania ludzi mądrych i wykształconych do poważnych programów publicystycznych legła w gruzach. Wczoraj w programie o dumnie brzmiącej nazwie „Co z tą Polską” wystąpili Materna i Wojewódzki. W przypadku pierwszego zaproszonego można zastosować stwierdzenie, że dziennikarstwo Lisa zeszło do poziomu knajpy, a tego drugiego, że do poziomu latryny.
Obaj panowie bawili się świetnie. Gospodarz również. Mniej dobrze bawił się poseł Girzyński, którego celowo zaproszono jako jedynego oponenta, by opozycyjny głos nie zakłócił wielkiego show Materny i Wojewódzkiego.
Jak wiadomo, już niebawem, za nasze pieniądze tuskowa władza zorganizuje ogromną imprezę w celu pokazania się, w przeddzień polskiej prezydencji w UE. Taki bal na Titaniku, kilka miesięcy przed bankructwem naszego państwa.
Jubel wyreżyserują oraz grube miliony skasują właśnie Materna i Wojewódzki.
Zasada, że „wykształcenie nie gra roli” staje się główną zasadą obecnej władzy. Po licealiście Bartoszewskim, któremu tylko dla zaspokojenia jego kompleksów, władza „profesoruje” i nadaje zaszczyty, teraz dwóch kolejnych zdolnych absolwentów szkoły średniej otrzymuje pracę wymagającą wykształcenia kierunkowego i wiedzy.
Czy nudne już jak flaki z olejem, ponad trzydziestoletnie „dogadywanie” Wojciechowi Mannowi wystarcza aby zostać reżyserem ogromnego show?
Czy wtykanie polskiej flagi w psie odchody i wyśpiewywanie o „Żydzewie” to jedyny pomysł Wojewódzkiego na dobrą zabawę?
Co z tą Polską?
Po ostatnim programie Lisa śmiało można powiedzieć – niestety g...no!


Dawny „pożyteczny idiota” już nie jest pożyteczny

Ulubieniec “GW”, wielki demokrata z zafajdaną przeszłością Leszek Miller broni własnej skóry oraz więzień CIA w Polsce. Stwierdził, że pisanie o przetrzymywaniu w Polsce bandytów z al-Kaidy to zapraszanie do naszego kraju terrorystów.
Może to racja, jednak jakoś nie mogę wyobrazić sobie współdziałania piszącej o tym “GW” z Al-kaidą, bo to jakoś jest ideologiczne sprzeczne i nacjonalnie mało poprawne.
Chyba, że redakcja „GW” w sposób bezmyślny, spontaniczny i nieświadomy nawiązała współpracę z Al-Kaidą. Jeżeli bezmyślnie to do „GW” podobne.

Polityk Miller użył, jako podsumowanie swojego wywodu bardzo właściwego w wymowie porównania relacji między Al-Kaidą a „GW” oraz relacji Lenina i „pożytecznych idiotów”.
(chodzi o różnych pisarzy, dziennikarzy, intelektualistów, którzy pisali ciepło o rewolucji bolszewickiej, w interesie tej rewolucji).
Co jak co, ale na Leninie to się Miller zna, jak mało kto.
Nie sięgając daleko w pamięć, śmiało można powiedzieć, że takim to pożytecznym idiotą był też niegdyś towarzysz Leszek Miller, członek zbudowanej na fundamencie leninowsko-marksistowskim Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Członek Komitetu Centralnego tejże.
Lata lecą, czasy i ustroje się zmieniają, toteż ranga Millera w polityce dziś zmalała.
Niestety już nie jest pożytecznym, ale coś z w/w określenia mu jeszcze pozostało.