Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Znaleziony zeszyt - Alfabet znanej osoby,






Kolega znalazł zeszyt. Zwykły szkolny zeszyt z pogiętą i poplamioną okładką.
Mimo, że nie wyglądał ów zeszyt estetycznie kolega podniósł go. Jak mówi pomyślał, że może jakiś uczeń będzie się martwił, szukał go, może nawet dostanie lanie od rodziców za brak zeszytu... Niestety na okładce brakowało i nazwiska i imienia a nawet adresu szkoły. Był tylko zygzak mogący być odręcznym podpisem właściciela a poniżej tytuł, zapisany drukowanymi literami:
MÓJ ALFABET
Dalej znajdowały się notatki oznaczone literami alfabetu.
Może ktoś będzie mógł, na podstawie informacji zawartych w tych notatkach wskazać właściciela zeszytu. Przecież trzeba mu go zwrócić Należy on niewątpliwie do znanej osoby.





A jak AWANTURNICY – Wszyscy ludzie krytykujący PO. Uważam, że awanturnikami są też ci, którzy atakują mnie personalnie. Ja posiadam patent na wiedzę i prawdę, wobec tego wszelkie ataki to awanturnictwo i łgarstwo. Plugawe i obrzydliwe! To zbydlęcenie jakieś.

B jak BAŁWAN – stawiam bałwana z wnukami. Lubię to robić, bo to jakby cząstka mnie
powstaje… Bardzo ubolewaliśmy, że można to robić tylko w zimie, lecz od zeszłego roku też w lecie mamy zabawę w “bałwana”! Przebieram się w kożuch żony i staję w ogrodzie z garnkiem na głowie oraz marszałkowską laską. Wnuki mają mnóstwo radości. Biegają w około I krzyczą “bałwn, bałwan… dziadzio bałwan…”

C jak CZUMA ANDRZEJ – kumpel, którego zakapowałem na pierwszym przesłuchaniu. Andrzej nie jest zbyt bystry, to już tego nie pamięta i nie ma żalu. Lubimy się teraz i kumplujemy a nawet wieczorami spotykamy się i bluźnimy sobie na wszystkich, których nie lubimy.
Andrzeja kiedyś Tusk zrobił ministrem, ale później go odwołał, bo mówił, że Czuma raczej do fachowców nie należy. Trochę się dziwiłem, bo np., Grabarczyk, Klich czy też Pitera też nie są fachowcami, a nawet w ogóle nie znają się na swojej robocie i ich Tusk zostawił...

D jak DUKACZEWSKI MAREK – mój przyjaciel! Taki fajny rubaszny generał, stylem mówienia przypominający Leszka Millera. Wspólnie z Bronkiem Bul-Komorowskim ratowaliśmy mu tyłek gdy „pisiory” likwidowały WSI. Obiecał odwdzięczyć się. Faktycznie dużo papierów zniszczył, spalił…

F jak FAJFUS – kiedyś w młodości tak mówili na mnie. Potem ten termin wielokrotnie użyła w stosunku (hehehe…..) do mojej osoby Anastazja Potocka (Marzena Domaros). To były dobre czasy. Jeszcze człowiek mógł … ech, dziś to już tylko podnieca mnie władza i laska. Marszałkowska rzecz jasna. A “fajfusa” mam… na pamiątkę.

G jak GOŁODUPIEC – byłem takim, póki mnie Donald z kolegami za uszy nie wyciągnęli z biedy. Kaczyński, ten łgarz I karzeł moralny nie chciał mnie u siebie w partii. Już myślałem, że będę biedę klepał na jakiej uczelni w “Zadupiu Górnym” a tu Donald dzwoni i każe ubierać się, uperfumować. Limuzynę podstawiają, instrukcje dają, pluć na Kaczyńskiego każą I złote góry obiecują.

H jak HIENA – moje ulubione zwierze. Chciałem nawet dogadać się z Jurkiem Urbanem, który finansuje a właściwie sponsoruje hieny w warszawskim ZOO, żeby tak po połowie....
Chyba jednak Jurek nie zgodziłby się, on taki samolubny. Pozostał mi takim razie osioł do sponsorowania. Też bliski mojemu sercu.

I jak ICEK – tak pieszczotliwie mówię do Radka. On się tak uroczo denerwuje i zawsze próbuje udowodnić, że nie jest. Aż trzeba go powstrzymywać, bo spuszcza portki nawet na salonach...

J jak JULKA – oczywiście Pitera. Dobry fachowiec. W tym co robi – jest perfekcyjna. Jak tak nie potrafię, ale to może dlatego, że mamy inne charaktery. Julka potrafi cały dzień przeleżeć w gabinecie z palcem w nosie i nawet na sekundę nie zmienić pozycji. Po prostu perfekcja.
Zarozumiała, gnuśna i Malo inteligentna. Na dodatek ma muchy w nosie – to mnie w niej najbardziej interesuje.

K jak KOMUNIŚCI – nie lubiłem ich. W miarę jak poznawałem jednak tych ludzi, to zrodziła się sympatia i jedność celów. Polubiłem. Nawet “pornogrubasa” i “pornoprezydenta”… Z “pornomillerkiem” chodzimy teraz łapać muchy na łąki pod Łodzią.

L jak LENIN – facet, którego pomnik chciałem wysadzić w powietrze, ale jak wszystko w życiu i to spieprzyłem. Może i dobrze, bo dziś mam wielu przyjaciół w SLD, a im było by przykro gdybym zniszczył symbol i obiekt ich kultu. To dzięki Leninowi, a właściwie pomnikowi Lenina mogłem zapoznać się z kilkoma sympatycznymi ludźmi, którzy mnie przesłuchiwali. W końcu też dzięki Leninowi mogłem już na pierwszym przesłuchaniu wsypać moje koleżanki i kolegów z organizacji.

Ł jak ŁAPKA NA MUCHY – narzędzie eksterminacyjne. Jako naukowiec od much jestem przeciwny zabijaniu tych pożytecznych stworzeń. W moim domu od kiedy ukończyłem studia, nie ma ani jednej łapki. Są zatem muchy. W sejmie mamy też jedną muchę - Joannę.
Ale ją mam w nosie, podobnie jak te moje domowe muchy.

M jak MICHNIK - typowy fanatyk nienawiści i agresji. Karzeł moralny, zepsuty i zły człowiek… dlatego go lubię i wspieram!

N jak NIEUDACZNIK – to ci psychopaci i karły moralne, paranoicy i degeneraci tak na mnie mówią. Jaki tam ze mnie nieudacznik? Ja jednym ruchem ręki trzy muchy łapię! No kto takie coś potrafi, kto...?
W ciągu 10 sekund potrafię nabluzgać trzem różnym osobom i to tak dobitnie, że nawet najbardziej prosty szewc chowa się przy tym ze wstydu.

O jak OKRĄGŁY STÓŁ – taki mebel, który spowodował wielkie zmiany w moim szarym życiu. Dzięki właśnie „okrągłemu stołowi” ze zwykłego muchojada stałem się jadoplujem. Gdzie ja miałem oczy, że tak plułem kiedyś na tych kolegów z PZPRu . No gdzie...?
To przecież dobre chłopy, taki fajny mebel wystrugali i taki fajny układ nam wyrzeźbili.

P jak PLATFORMA OBYWATELSKA – kiedyś twierdziłem, że to elegancko opakowaną recydywą tymińszczyzny lub nowe wydanie Polskiej Partii Przyjaciół Piwa, w której kilku liderów tych partii znakomicie się odnalazło. Szczęście, że mnie kupili i dali wysokie stanowisko, bo inaczej to musiał bym dalej na nich pluć.
Teraz już uważam, że PO nie jest wcale ładnie opakowaną recydywą tymińszczyzny a na dodatek nie jest w żadnym calu nowym wydaniem PPP. Ja całe życie chciałem należeć do takiej partii, gdzie mnie docenią i będą bić brawo, kiedy nawet najgorsze bzdury plotę.

Q jak QUASHQUAI – Nissan, mój samochód. Taki mi kupili Donek z Palikotem. Ja tak właściwie to jeździć nie umiem, toteż żona mnie wozi, albo sąsiad. Teraz Palikot chce zwrotu swojej części kasy włożonej w prezent I straszy mnie Tymochowiczem. Ale ja się nie boję, bo kto daje i odbiera... na tego naślemy prokuratora.

R jak RYNSZTOK – takie ulubione miejsce. Odsyłam tam wszystkich, których nie lubię, podczas gdy, jak mówią sam tam siedzę. Oczywiście ten rynsztok do którego odsyłam, to tylko taki mój wyimaginowany rynsztok. Do swojego, rodzimego rynsztoka bym przecież nikogo obcego nie wpuścił.

S jak SYPANIE – lubię i zawsze lubiłem sypać. Niestety okazji nie miałem zbyt dużo. Żałuję bardzo, że dziś już nie można sobie na nikogo podonosić i nikogo wsypać.
Wtedy w UB tak mi się dobrze sypało już na pierwszym przesłuchaniu, że nawet gdy zarządzono przerwę, to prosiłem ubeków – „dawajcie dalej, jeszcze mam kilka osób do wsypania...” Mówili na mnie „Sypki Stefek”. Ach... gdzie te czasy?

Ś jak ŚWIR – tak za plecami nazywają mnie koledzy w sejmie. Nawet ci z koalicji. Co ja na to poradzę, że mam taki zwariowany sposób bycia. Sami wiecie, że za pieniądze ludzie nawet małpę będą udawać.

T jak TUSK – fajny facet. To on wyciągnął mnie ze śmieci, odkurzył i zrobił Wicemarszałkiem Sejmu. Gdyby nie to, pewnie opluwałbym go do dziś. Donald to historyk z wykształcenia ale matematyk z zamiłowania. Jak on wtedy 3. Czerwca 1992 roku ładnie policzył te głosy u Wałęsy… majstersztyk!

U jak ULUBIONE WYRAZY – tak jak każdy mam też swoje ulubione określenia, które używam często w stosunku do różnych osób. W moim przypadku jest to ciąg wyrazów wypowiadanych jednym tchem z taką gnuśną miną i zaciśniętymi ustami.
Pochylam głowę i mówię: „szaleńcy, paranoicy, kanalie, durnie, hołota, szkodnicy, karły moralne, ćwoki i prostaki”. Ćwiczę to dwa-trzy razy dziennie. Nawet w domu do żony, córki i zięcia mówię rano tak: „szaleńcy, paranoicy, kanalie, durnie, hołota, szkodnicy, karły moralne, ćwoki i prostaki - podajcie mi kawę”... Dzięki temu nie wychodzę z wprawy.

W jak WAŁĘSA – nie lubię go. Poziomem intelektualnym przerasta mnie. Nie wiem jak to robi, ale potrafi jeszcze większe bzdury niż ja opowiadać z pełnym przekonaniem co do tego co mówi. Kiedyś postąpił bardzo brzydko w stosunku do mnie. W nocy 4 czerwca 1992 roku nie zaproponował mi nic. Nawet wicepremiera.... A ja tak w niego wpatrzony wtedy byłem. Nawet sobie plakietkę z Wałęsą w klapę marynarki wpinałem. Od tamtej pory nie lubię go.

V jak VIAGRA – nie używałem nigdy. Kiedyś mi Halicki przyniósł jedną tabletkę, ale nie wiedziałem gdzie to się wkłada więc nie użyłem. Jeżeli dobrze pamiętam, to taki preparat na przyrost inteligencji... Wtedy nie włożyłem, to i mi nie przyrosło do tej pory...

Z jak ZAKŁAD PSYCHIATRYCZNY – czasami wstydzę się, że tam byłem. Niezbyt długo, bo kilka miesięcy, ale byłem. Dzięki koneksjom partyjnym udało się jakoś to wyczyścić w papierach i tak naprawdę mogłem zostać wysokim urzędnikiem państwowym po leczeniu psychiatrycznym, a nie tylko zwykłym “psychicznym”, ciągle leczonym profesorem. Niestety miewam nawroty… Nie martwi mnie to jednak, bo a tle moich kolegów z klubu parlamentarnego nawet w momencie nawrotu choroby niczym się nie wyróżniam. Kumple śmieją się, że mamy w PO dwóch szaleńców: jednego tytularnego (senator Zbigniew Szaleniec) oraz jednego faktycznego J

Ż jak ŻYGOLAK – Kiedyś miałem taką marynarkę zieloną, która mieniła się na różne sposoby, gdy padało świetlówkowe światło. Trochę przypominałem w niej muchę robacznicę. Kumple pokładali się ze śmiechu gdy stawałem w niej pod latarnią i zacierałem ręce. Mówili, że będę składał jaja... Nazywali mnie „Robacznic”. Ale od czasu, gdy dostałem torsji po spirytusie z przemytu, który przyniósł zięć Goryszewskiego, przemianowali mnie na „Żygolaka”.
I diabli wiedzą czemu? Czy ze względu na elegancką marynarkę, na którą „leciały” kobiety czy ze względu na co innego...?

wtorek, 1 września 2009

Wielki test z historii.

Jestem jeszcze „na gorąco” po programie nadanym w publicznej jedynce pt. „Wielki test z historii. 1939. Zaczęło się w Polsce”.

Program, jak program – turniej, pokazówka, zabawa, historia – raczej pozytywny.
W nim: politycy, naukowcy, dziennikarze oraz zwykli obywatele i dawka dość trudnych dla przeciętnego Polaka pytań.

To, że my, tu w europie środkowej mamy niezłe pojęcie o latach 1939-1945 wiadomo nie od dziś.
Porównując Polaków np. z Amerykanami czy też nawet Brytyjczykami można pokusić się o stwierdzenie, że przeciętni nasi rodacy mogli by z powodzeniem wykładać historię II wojny Światowej na uniwersytetach za oceanem, czy też za kanałem La Manche i wypadli by całkiem, całkiem.
Niestety, ... ale o tym później.

Kolejny raz przekonałem się o tym oglądając właśnie w/w program.
W luźniejszych chwilach, w czasie wolnym od zmagań z pytaniami, dla poprawienia nam humoru i zabawy, korespondenci TVP rozmawiali ze studentami w Ameryce i Wielkiej Brytanii zadając najprostsze pytania dotyczące II Wojny Światowej w Europie.
Poziom odpowiedzi żenujący!

Kiedy rozpoczęła się II Wojna Światowa?
Co to było Powstanie Warszawskie?
Co Wam mówi nazwa Katyń?

W większości odpowiedzi brakowało sensu i logiki oraz oczywiście wiedzy.
Śmieszne to, ale i straszne.

Szczególnie poziom wiedzy wśród młodzieży amerykańskiej budzi strach. Na pytanie – „co to było Powstanie Warszawskie” udzielano odpowiedzi, „że było to powstanie Żydów przeciw nazistom”, a jeden z pytanych nawet osobiście słyszał o żydowskim powstaniu w obozie koncentracyjnym przeciw Niemcom i z tym to powiązał (?!).
Odpowiedź na pytanie „Kiedy rozpoczęła się Wojna Światowa” w ustach innego młodzieńca brzmiała, że w momencie dojścia nazistów do władzy i rozpoczęcia represji wobec Żydów.
Inny „naukowiec” znów na pytanie „Czy coś mówi Ci nazwa Katyń” odparł, że słyszał o tym i zdaje mu się, że właśnie tam hitlerowcy wywieźli żydowskich więźniów i ich rozstrzelali.

Z przytoczonych powyżej przykładów wynika, że zdaniem amerykańskiej młodzieży, w Europie walki toczyły się głównie na froncie hitlerowsko – Żydowskim.
Skąd takie pomysły?
Głupota, prowokacja, niewiedza?
Edukacja! Właściwie ukierunkowana edukacja w Stanach Zjednoczonych.

Za oceanem, historią najnowszą zajmują się „naukowcy” urodzenia żydowskiego (co potwierdził kiedyś na swoim blogu Pan Marek Jan Chodakiewicz).
Monopol ich w tej dziedzinie jest na tyle wielki, że praktycznie nie ma w Stanach Zjednoczonych innej historii, brak jakiejkolwiek alternatywy czy też prawdy.

Nie dziwota więc, że dzieje II Wojny Światowej kręcą się wyłącznie wokół spraw żydowskich i każde wydarzenie musi mieć wydźwięk żydowski lub antyżydowski – do wyboru.
Nawet gdy nazwyklejsze nieuki spytać o historię II Wojny Światowej, te odpowiednio zaprogramowane szybko powiążą każdy temat z judejskim korzeniem.

Co zaś zrobić gdy nie ma się rzeczywistych bohaterów?
Trzeba tworzyć mity, ubarwiać, wybielać, dopisywać, fałszować itp.

Dla przykładu, za sprawą „naukowca” Nechama Tec, świat dowiedział się o bohaterskich bojach grupy partyzanckiej Tewje Bielskiego, podczas gdy w rzeczywistości Bielski i jego wataha byli zwykłą bandą, zabijających i okradających bezbronną ludność i z walką z hitlerowcami nie mięli nic wspólnego.

Tak rodzą się mity, rodzi się nowa historia - lecz w sposób wcale nie nowy.
Tu w Polsce przerabialiśmy już to w okresie „władzy ludowej”.
Mity i epopeje o Armii Ludowej i Gwardii Ludowej, bohaterach takich jak Świerczewski, Korczyński, Berling czy Rokossowski... czy wielkim dziele Armii Czerwonej na frontach II Wojny Światowej.
Aż korci zadać pytanie, czy „historycy amerykańscy” nie korzystali przypadkiem z doświadczeń rodzimych „naukowców sowieckich”.
Jakaś wymiana naukowa? Może po linii rodzinnej?

Szkoda, że korespondent z Waszyngtonu nie spytał młodzieży o „Wolne Miasto Gdańsk”, „Prowokację gliwicką”, „Westerplatte” czy „Bitwę nad Bzurą”.
Człowiek by się wreszcie czegoś dowiedział o historii żydowskiego oręża.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

"The Man With The Golden Screwdriver" - niebawem w kinach!











Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze!
Gdy Pan Reżyser - Laureat Oskara za Całokształt – Andrzej Wajda, przymierzał się i zbierał fundusze, inni zagarnęli pomysł i wyprzedzili go już w przedbiegach.

Zamiast Wielkiej Narodowej produkcji o najwybitniejszym Polaku, zawierającej patriotyczno-elektryczne wartości, do kin wejdzie już niebawem pełnometrażowy obraz sensacyjno-szpiegowski pt. „The Man With The Golden Screwdriver” (Człowiek ze złotym śrubokrętem) wyreżyserowany przez niemniej wybitnego twórcę kina akcji Andrew Dawaj’a.
Oczywiście tytułowy bohater, to nasz „Bolek”, duma i sława całej współczesnej Polski.

Trzeba przyznać, że Dawaj przedstawił historię „Wielkiego Elektryka” bardzo rzetelnie i wiarygodnie, a co najważniejsze w sposób odpowiadający wizerunkowi bohatera, nakreślonemu przez obecną władzę.
Nam udało się dotrzeć do kilku zdjęć z planu oraz skryptu zawierającego główne punkty scenariusza i robocze fragmenty dialogów.

To co zobaczyliśmy, przeszło wszelkie oczekiwania!
Bazując na archiwalnych kronikach i fotografiach „z tamtych lat”, udało się reżyserowi wiernie odtworzyć klimat i nastrój epoki wielkich przemian. Warto dodać, że kostiumy do filmu zaprojektował sam Tomasz Pajacyków, charakteryzację wykonał – Michał Pieróg-Ruski, a konsultantami merytorycznymi byli Panowie, Lech Wałęsa i Czesław Kiszczak.
Tak więc powstaje dzieło, które wypełni lukę w polskim kinie, gdzieś pomiędzy Psy2 a Świat Według Kiepskich.

W rolach głównych plejada gwiazd rodzimego kina science-fiction. Kogo my tu mamy...?
Lecha Wałęsę (agenta 001 i ½) zagra znany w całej europie James Burncat. Żonę przywódcy „Wielkiego Zrywu” – Julietta Pituria-Nieroboff, generała Jaruzelskiego sam Don-FrankKsut, generała Kiszczaka – Zbig Bready, nadredaktora z „GW” – Hannie Staphyloccocus-Twist a nieodżałowanego Ireneusza Sekułę – Steven Nosiollov. W pozostałych rolach: Slavo Novaku (Wachowski) Wlady Bartosch (Geremek), Gregg Schettin (Blumsztajn), Radko Tomtit (Kuroń), Al Grad (Gierek), Paul Grassi (Kwaśniewski), Bronn Komor (Łuczywo), Kaz Kucay (Tow. Grudzień) i inni.
Scenariusz i dialogi: Mada Kinchim, muzyka Nickolai Suckup (dyrektor Radia Roxy FM). W filmie wykorzystano fragmenty „Międzynarodówki” , „Wiersza o Stalinie” oraz „My młodzież z KPP”.

Skrypt scenariusza (w punktach) – tyle udało nam się zdobyć.

1. Popowo – wśród fanfar i jasności niebiańskich przychodzi na świat dziecię. Zebrany tłum oczekujący na narodziny wyzwoliciela głośno woła Lechu, Lechu....
2. 3. 4. 5. 6. 7. – zalane kawą, nieczytelne.
8. Młody 001 i ½ staje na czele buntu. Prowadzi zdesperowany tłum gołębiarzy-amatorów przeciw administracji domu komunalnego przy ul. Wcielonych do Wehrmachtu 18. Sprawa dotyczy protestu przeciw zakazowi hodowli gołębi na terenie posesji.
9. 10. 11. 12. – zamazane, nieczytelne.
13. Znów młody 001 i ½ staje na czele! Tym razem z pomocą uczynnych funkcjonariuszy WOP i MO dostaje się na teren Stoczni Gdańskiej, gdzie trwa protest przeciw rządom Kaczyńskich.
14. Podpisanie porozumienia z rządem. 001 i ½ stawia słynne trzy krzyżyki na dokumencie.
15. 16. 17. 18. 18. 19. 20. 21. 22. – zalane kawą, nieczytelne
23. Ogólnopolska akcja rozdawania 100.000.000 zł wszystkim obywatelom. 001 i ½ osobiście jeździ po kraju i wręcza koperty z gotówką oraz odbiera buty „aferantom”.
24. Próba zorganizowania powszechnej akcji zapładniania panien przez agenta 001 i ½. Cel – pragnienie bycia „ojcem narodu”.
25. Teczki Macierewicza! 001 i ½ wzywa do broni! Postępowe, zdrowe jądro narodu obala paskudny rząd „antywałęsowski”, znów można spokojnie pić wódkę z kolegami.
26. Powstaje, na wniosek Rady Naczelnej Platformy Obywatelskiej, Polski Kościół w Wałesie Jedynym. W sejmie zamiast krzyża zawieszone zostają „Święte Wąsy”.
27. 001 i 1/2 , na wniosek Premiera i Marszałka Sejmu staje się nieśmiertelnym. Podczas głosowania „za” było 459 posłów, jeden „przeciw”.
28. 29. 30. – zalane kawą, nieczytelne
31. Rząd Rzeczpospolitej w uznaniu zasług 001 i ½, postanawia zastąpić dotychczas obecnego w godle kraju białego orła – złotym śrubokrętem.
32. 33. 34. 35. – nieczytelne, zamazane i pokreślone...
... ale nie ma się co martwić, niebawem wszystko zobaczymy na wielkim ekranie.To może być przebój roku!

sobota, 4 kwietnia 2009

Marian Palikot: kim był?

Czy ojciec Janusza Palikota był szmalcownikiem?
Od dłuższego już czasu krążą takie informacje, zarówno przekazywane ustnie jak i publikowane w internecie. Trudno stwierdzić, nie zagłębiwszy się uprzednio w stosowne dokumenty i długie dyskusje ze świadkami okupacyjnych czasów z biłgorajskich okolic.

Nie jestem historykiem i sam nie jestem w stanie, jak choćby naukowcy z IPN zbadać to i naświetlić, dlatego trudno mi jednoznacznie ocenić podane w sieci wiadomości i sensacje dotyczące przodka Janusza Palikota. Gdyby ta informacja o „szmalcowaniu” ojca posła Palikota okazała się prawdziwa, byłby to swoisty chichot losu z uwagi na wyjątkowo „demokratyczno-europejskie” poglądy posła oraz deklarowaną prawomyślność i uczciwość do trzeciego pokolenia wstecz. Oczywiście było by to też znakomite uzupełnienie „dziadka z Wehrmachtu” Premiera Tuska.

Tu chcę zaznaczyć, że nie mam zamiaru oceniać – domniemanej lub prawdziwej historii Mariana Palikota. Jeżeli doniesienia by się potwierdziły, rzuciły by tylko nowe światło na rodzinną przeszłość posła i ujawniły genezę jego poglądów oraz sposób-metodę dochodzenia do wielkich pieniędzy.

W ten sam sposób stara się dziś insynuować alkoholizm, choroby umysłowe i inne Bóg wie jeszcze jakie przypadłości Prezydentowi Polski Lechowi Kaczyńskiemu. Janusz Palikot nie ma zahamowań nawet przed pomówieniami i sponsorowaniem „lewcych” dowodów na przynależności do KPP dziadka Prezydenta . Dlaczego więc nie rzucić okiem na ojca „kryształowego” posła PO?

Pan Marian Palikot, w czasach gdy biedna zamojszczyzna wylizywała się z biedy i ran po hitlerowskiej okupacji, należał do zamożniejszych obywateli miasta Biłgoraja. Był właścicielem sklepu wędliniarskiego. Skąd wziął się majątek w czasach gdy zamojska ludność nie ocaliła nic z dawnego dobytku a i komuniści nie dawali się dorobić „na własnym”? Dużo światła na sprawę rzucają znalezione w internecie informacje dotyczące samego Biłgoraja i żydowskiej społeczności pochodzącej z tych terenów.

Wiadomo, że w Biłgoraju w latach 1940-1943 hitlerowcy utworzyli getto. Spędzano do niego okolicznych Żydów. W okresie szczytowym przetrzymywano w nim 25000 Żydów. Wielu z nich z obozu uciekło. Ukrywali się oni w okolicznych gospodarstwach oraz lasach. Niestety, wielu też na skutek denuncjacji zostało przez hitlerowców złapanych i zamordowanych. Części udało się przeżyć dzięki pomocy aktywnie działającej w tym okręgu AK i BCh.

Ukrywający się Żydzi kosztownościami płacili za życie i milczenie tym, którzy na ich nieszczęściu postanowili zbudować własną fortuną. Do dziś opowiada się o grupie młodych chłopaków z Biłgoraja, którzy za złote monety i inne dobra nosili do lasu chleb i mąkę. Zdarzało się też, że ich „klienci” po kilku dniach byli namierzani przez hitlerowców. Ale to tylko opowieści. Faktem jest, że Marian Palikot po wojnie zapisał się do PZPR i otworzył sklep wędliniarski. Na tle reszty biłgorajskiej biedoty, można powiedzieć, że był człowiekiem zamożnym.

Zdaję sobie sprawę, że zapewne historycy potrafią znaleźć w przepastnych archiwach jakieś informacje na powyższy temat i podanie właściwych faktów i rzeczywistych losów wojennych ojca posła Palikota nie będzie zbyt trudne.

Mając jednak na uwadze koneksje głównego „fundatora PO” i „dobroczyńcy finansowego” obecnej władzy liczę na bezinteresowność i patriotyczne postawy historyków-wolontariuszy w powyższej sprawie (niestety nie jestem Palikotem i nie zapłacę 10 000 zł za sfabrykowanie dowodów J)
Zachęcam zatem i aby rozwiać wszelkie wątpliwości w sprawie, ogłaszam iż historykowi/badaczowi, który przedstawi przekonujące materiały (zeznania ocalałych obywateli żydowskich, polskich świadków) obiecam dozgonną wdzięczność i wielkie uznanie.

Oczywiście wszystkie te materiały zostaną opublikowane bez wyjątku z podziękowaniami dla zacnego dobroczyńcy.
Może się zdarzyć, że będzie co czytać! O swoim ojcu Janusz Palikot pisał: „Ojciec Marian: patriota, człowiek z zasadami, wierny tradycyjnym wartościom. - Mieliśmy trudny kontakt. Nie obyło się bez konfliktów. Dziś wiem, że musiało dojść między nami do konfrontacji, żebym mógł stać się sobą. Umarł w 1992 roku... Nie przeprowadziliśmy ze sobą tej najważniejszej rozmowy.”
Właśnie, czego nie powiedział Januszowi Palikotowi ojciec? O czym mogła traktować najważniejsza rozmowa? Może nadesłane dokumenty coś wyjaśnią?
Pożyjemy – zobaczymy.


P.S> Znalazłem w necie taki oto fragment listu niektórych mieszkańców Biłgoraja skierowanego do zacnych włodarzy miasta.
(...) Może teraz zbudzą się sumienia, zabraliśmy Wam przecież domy, zabraliśmy Wam synagogę zabraliśmy Wam cmentarze. Może teraz zbierze się Rada Miejska i podejmie uchwały, by zwrócić to co bezprawnie do majątku miejskiego trafiło, może nie będzie się wreszcie zasłaniać niewiedzą, brakiem społecznego przyzwolenia, czy literą prawa uchwalonego w latach czterdziestych przez zdrajców i zaprzańców. Wierzymy w opamiętanie samorządowców, będziemy im jego brak wypominać przy każdej okazji, będziemy pytać o te problemy przed i po wyborach samorządowych. Nie odpuścimy, bo nie chcemy żyć w mieście szmalcowników. Nie chcemy używać majątku bezbronnych i skrzywdzonych.(...)

czwartek, 26 lutego 2009

Piknik z Wałęsą (krótkie opowiadanie plenerowe)























Staliśmy z Heniem w tłumie gapiów i oczekiwaliśmy na rozpoczęcie spektaklu. Imprezy na otwartym powietrzu mają swój urok i niewątpliwie duże plusy. W każdej chwili można napić się piwa, zjeść kiełbaskę czy kupić balona albo właśnie jak my teraz, obejrzeć spektakl „Teatru Mędrca Europy”, tu na tzw. powietrzu.

Oj, chodził kiedyś człowiek do teatru. W dobrym towarzystwie się poobracał, na kreacje popatrzył, schodami w górę, schodami w dół spacerował, sakrum teatralnego tknął – istna kultura i wyższy towarzyski bajer to był.

A tu, też bajer tylko innego rozmiaru.

Dzięki takiej właśnie jak ta, plenerowej imprezie kulturalnej czyli pikniku, władza nasza postanowiła wyjść do ludzi i w sposób prosty i bezpośredni dać im to czego oczekują – prawdy o Lechu Wałęsie. Nie będzie Cenckiewicz czy też inny Kaczyński pluł nam w twarz i Wałęsę nam germanił.... tfu, tumanił. Wiadomo, że największy elektryk tumanić potrafi się sam i pomocy niczyjej nie potrzebuje.

Niczyjej pomocy nie potrzebowała też władza, aby zorganizować ten imponujący piknik ze spektaklem teatralnym w finale. Wszędzie powiewały flagi Platformy Obywatelskiej i bratniego PSL oraz Polmosu Lublin.

Początkowo Heniek był niechętny.

- Zakąsimy po kiełbasce, kupimy balona z Wałęsą i idziemy do domu.

- Zaczekaj Heniu, popatrzymy trochę na spektakl. Kultura rozumiesz potrzebna. Ciekawe będzie! – przekonywałem.

- A co będą wystawiali?

- Będzie o Wałęsie, o jego życiu, walce, jak go torturowali i mordowali...

- ... eee, przecież On żyje – przerwał Henio.

- No tak, ale dla dobra legendy tu w tym spektaklu go mordują – odparłem.

- Ale co to ma wspólnego z rzeczywistością? – Henio był wyraźnie zniesmaczony.

- Oj, Heniu tu jest młodzież, ona się uczy. Co to za bohater, co żyje? Kościuszko żyje? Nie! Piłsudski żyje? Nie! Nawet Geremek nie żyje! Widzisz. Poza tym to tylko taka fikcja literacka, rozumiesz?

- Słabo, ale niech tam. Kto będzie występował?

Wyciągnąłem z kieszeni złożony na cztery program imprezy i pospiesznie podążając wzrokiem za wskazującym palcem począłem krążyć po kartce w poszukiwaniu informacji.

- Zaraz, zaraz.... O , jest! ... „Teatr Mędrca Europy ma zaszczyt.... dalej... w reżyserii Kazimierza Kutza... dalej.... pod tytułem „Co było potem, gdy znalazłem się za płotem”. O, widzisz Heniu „Co było potem...”!

- Ale kto występuje?! Będą jakieś gwiazdy?

- Tak, na pewno! Poczekaj....

W tym momencie spostrzegłem, że nie stoimy już, jak początkowo w niewielkiej grupie gapiów. Znajdowaliśmy się teraz w środku sporego tłumu wielbicieli teatru i historii Lecha Wałęsy. A cały czas widzów przybywało. Przybywało głównie młodzieży i mężczyzn w średnim wieku, zmęczonych już nieco degustacją jaką zafundował im lubelski Polmos.

Akurat koło nas stanęło dwóch młodych degustatorów, intelektualistów – liberałów. Od razu ich poznaliśmy, gdyż z miejsca w kulturalny sposób wyrazili swoją niechęć do PiSu.

- Jeb...ne pisiory takiej balangi za fri nie robiły – nie „Czarny”?

- Ku..a , chłopie gorzała za friko, wurstu się napakujesz ....

Tu osobnikowi nazwanemu „Czarnym” lekko się odbiło kiełbasą mieszaną z „Gorzką Żołądkową” lecz najwyraźniej wszystko przebijała nuta musztardy.

- Te, „Pajac” a po kiego my tu stoimy – „Czarnemu” znów się odbiło.

- Będą wystawiać coś.... sztukę taką będą odgrywać o Wałęsie.

- O kim?

- O Wałęsie, no wiesz, ten co piszą, że komunizm sam obalił i wypędził ruskich i wymyślił demokrację...

- Aaaaa, ku...a taki batnman i Rambo – wiem, co go teraz te pisiory gnoją, że kablował, czy coś?

- Tak. A kolo jest wporzo – nawija jak ten, jak mu tam... Kononowicz, a nie bułkę, przez bibułkę... jak pisiory piep...one...

- Ty „Pajac” a widziałeś Wałęsę?

- Gdzie? „Pajac” rozejrzał się dookoła.

- Nie teraz. Tak w ogóle czy widziałeś?

- Mooowa! A ze pięćdziesiąt razy widziałem. Ale on nie żyje. Zabiły go pisiory – „Pajac” wyraźnie się wzruszył.

- Pier...lisz, on jest nieśmiertelny przecież. Ku...wa chłopie latać potrafi i nap...dala z karata.

- A jednak go pisiory zabiły – „Pajac” miał łzy w oczach.

Sam nie wiem dlaczego, postanowiłem nagle wtrącić się w dyskusję między młodymi.

- Panowie, Wałęsa żyje...

- Słyszysz „Pajac”, Pan mówi, że żyje...a ty mażesz się jak laska jakaś...

- Gówno tam żyje – „Pajac” nie dawał za wygraną – nie słuchaj pisiora... Wałęsa jest zamordowany, a Ty (tu zwrócił się do mnie) jak się będziesz wp...lał do dostaniesz w kaczy dziób!

Zamilkłem i dla bezpieczeństwa zamieniłem się z Heniem miejscami. Na wypadek gdyby mnie znów podkusiło wtrącić swoje trzy grosze do dyskusji młodych.

Tymczasem spektakl rozpoczął się, a tłum zamilkł.

Na scenę wyszedł reżyser spektaklu Pan Kazimierz Kutz i zaczął od słów „Dziś nap...olę wam o Lechu Wałęsie”... Publiczność przywitała go oklaskami.

Podczas gdy Kutz ciągnął swą opowieść o kontaktach z Wielkim Elektrykiem, swoją dyskusję ciągnęli również „Czarny” i „Pajac”.

- Ty, ku..wa to jest Wałęsa, ten tam na scenie?

- Nie Wałęsa przecież nie żyje – z oczu „Pajaca” znów popłynęły łzy.

- Ale czy to jest ten co przedstawia tu Wałęsę?

- Nie. Wałęsa miał dwa metry, był napakowany i nosił czarny dres...

- Adidasa?

- No. I miał płaszcz jak batman i pekaesy...

- Co ty pie...olisz, on chyba wąsy miał?!....

W tym momencie „Czarny” urwał i palcem wskazał przed siebie.

- Te, zobacz – Wałesa!

Na scenę wszedł wysoki, ubrany w czarny dres, barczysty osobnik z obsługi technicznej i wyniósł krzesło z którego właśnie podniósł się reżyser spektaklu.

Część wprowadzająca zakończyła się.

Posypała się lawina braw i Kazimierz Kutrz zniknął ze sceny. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na spektakl. Prawie wszyscy.

„Czarny” i „Pajac” kontynuowali dyskusję.

- No i ku...wa poszedł sobie Wałęsa.

- Poszedł? A nie poleciał? Waałęęęsa Ruuulez!!!! – głośno wykrzyczał „Czarny”

Tłum podchwycił. Spontanicznie rozpoczęto skandowanie „Wałęsa rulez, Wałęsa rulez...”

Wśród okrzyków i braw na scenie pojawił się pierwszy aktor.

Miał przyklejone siwe wąsy, w ustach fajkę a do kurtki roboczej przyczepiony znaczek z Matką Boską. Szturchnąłem Henia.

- Zobacz... Wałęsa!

Najwyraźniej mój głos usłyszał „Pajac”.

- Te pisior, ku..a mówiłem Ci - gęba na kłódkę! Gdzie ty masz tu Wałęsę. Wałęsa wyszedł, a poza tym ... Wałęsa nie żyje – „Pajac” znów się rozpłakał.

„Czarny” przytulił go po ojcowsku.

- Zobacz k...wa, co narobiłeś! – zwrócił się do mnie. Ty się lepiej nie odzywaj, milcz i czekaj na Wałęsę. Może jeszcze wyjdzie!?

Tymczasem na scenie, bohaterski wąsaty osobnik przeskakiwał właśnie przez płot. Za wyczyn otrzymał gorące brawa od zgromadzonej publiczności. Hałas wyraźnie pobudził płaczącego „Pajaca”.

- Co, co jest? Wałęsa przyszedł?!

- Nie, jakiś krasnalud pryknął przez płot... - wyjaśnił „Czarny”

Teraz na scenie odważny elektryk toczył walkę na śrubokręty z pięcioma zomowcami.

Zainteresowało to „Czarnego”.

- Eee, Zorro, było sobie antenę z beemki odkręcić, dłuższego wytrycha byś miał... – „Czarny” zaśmiał się charchotliwie.

Stojący dookoła widzowie zmierzyli go wzrokiem tak, że zamilkł i mocniej przytulił płaczącego „Pajaca”

Na deskach właśnie okrutni żołdacy od Jaruzelskiego znęcali się nad zakutym w kajdany przywódcą „Solidarności”. W oddali widniała łódka rybacka i połamana wędka. Z miejsca poznaliśmy z Heniem, że to epizod z internowania w Arłamowie.

- Oj, nacierpiał się Lechu, nacierpiał – wzruszył się Henio

- Patrz nawet Wałęsie wędkę połamali – dodałem

Mogłem już przewidzieć, że na słowo „Wałęsa” włączy się radar w głowie „Pajaca” i z miejsca, nieubłaganie mnie namierzy.

- Co Wałęsie?. Co zrobili Wałęsie? Te pisior, wyszedł już Wałęsa? - zwrócił się do mnie „Pajac”, zapłakany i wtulony w dresową kurtkę „Czarnego”

- No, wie Pan Panie „Pajac” mówiłem tylko do kolegi, że w Arłamowie połamali Wałęsie wędkę – odparłem grzecznie.

- Co? To po kiego pojechał do tego Wmarłamowa? Miał być tu! Występować. Jakby nie jechał to by mu nie połamali i nie zabili go.

Przysłuchujący się dotychczas z niewielkim skupieniem naszej rozmowie „Czarny”, nagle szeroko otworzył oczy. Najwyraźniej mu coś zaświtało pod ogolonym na łyso sklepieniem.

- Te „Pajac” dawaj kaniołkę – zrobim ściepę na wędkę dla Wałęsy. Jak się dowie, że mamy dla niego szmalec na kija i żyłkę, to może wyjdzie...

- ... nie wyjdzie!... - załamanym głosem przerwał mu„Pajac”. Wałęsa przecież nie żyje! – ledwo zdążył dokończyć, bo zatoczył się gromkim szlochem.

W tym czasie „Czarny” przemierzał już rzędy z czapką bejsbolówką i podtykając ją każdemu napotkanemu pod nos wykrzykiwał „Społeczna ściepa na kija i żyłkę dla Lecha – nie chować, nie pazernić, tylko kobsać obficie”!

Publiczność w jednym momencie całą swoją uwagę skupiła na działaniach „Czarnego” i kompletnie nie śledziła już wypadków na deskach teatru. Co znamienitsi widzowie wciskali do czapki nawet pięćdziesięcio i stuzłotówki. Z tłumu zachęconego akcją „Czarnego” co raz to dało się słyszeć nowe inicjatywy, w rodzaju: „to na haczyki dla Wałęsy”, „to na spławik” „to na robaki...”

„Czarny” triumfował.

Tymczasem na deskach, właśnie Kaczyńscy mordowali Wałęsę. Odbywało się to w wyjątkowo perfidny sposób, mianowicie duszono go teczkami a bohater krzyczał „nie otake Polske walczyłem” i umierał przy dźwiękach podniosłej pieśni „Biełyje rozy”.

Wielka szkoda, że tej wzruszającej sceny nikt prócz zapłakanego „Pajaca” nie widział. Wszyscy poza nim zajęci byli społeczną zbiórką i podniosłym nastrojem wielkiej i zaszczytnej inicjatywy.

W pewnym momencie rozochocony „Czarny” wskoczył na scenę i pochyliwszy się nad niezwykle przekonująco konającym w konwulsjach odtwórcą roli Wałęsy wypalił:

- Te krasnalud, sypniesz cosik na kija i żyłkę dla Wałęsy? Nie sęp dziadek...

\

Aktor pogrzebał w kieszeni i wrzucił jakieś drobniaki, wbijając w „Czarnego” zdziwiony wzrok. „Czarny” zeskoczył na widownię i w asyście Henia oraz młodego, pryszczatego widza z drugiego rzędu rozpoczęli komisyjne liczenie gotówki.

W międzyczasie spektakl już się zakończył i aktorzy oraz autor i reżyser wspaniałego dzieła sterczeli zdezorientowani na scenie czekając na brawa. Nikt prócz zapłakanego „Pajaca” nie klaskał. Nikt nie zauważył, że spektakl już się skończył.

- Dwa tysiące pięćset trzydzieści jeden złotych, k...wa, ponad dwa tysiące złotych....! - krzyczał wymachując czapką „Czarny”.

- Imponujący wynik - dodał Henio, a pryszczaty młodzieniec z drugiego rzędu rzucił:

- Tak się bawi, tak się bawi STO-LI-CA!

- K...wa Panowie, idziem dać szmal dla Wałęsy – „Czarny” złapał Henia za ramie i pociągnął za sobą w kierunki schodów na scenę.

- Te z machą w grochy – zwrócił się do pryszczatego z drugiego rzędu - idziesz z nami.

Cała trójka weszła na deski i stanęła obok aktorów i reżysera tuż przy mikrofonie.

- Chcieliśmy tu zebraną kasę dać dla Pana Wałęsy, żeby sobie wędkę kupił i żyłkę i haczyki i spławiki...

- ..i robaki,... i podrywkę, ... i ochotkę, ...i błyski... padały ze wszystkich stron widowni pojedyncze okrzyki.

- ... tak jest, niech sobie to wszystko kupi – łagodnie zakończył „Czarny”

- A wy, to znaczy ty krasnalud i ty srebrny mikrus (tu zwrócił się do reżysera) dajcie mu kaskę i niech jeszcze tu do nas wyjdzie. No szybciorem konusy.

„Czarny” podał zaskoczonym artystom plastikową reklamówkę z zebranymi pieniędzmi i gwałtownym ruchem ręki wskazał im aby odeszli. Grupa artystów czym prędzej zniknęła za kotarą.

- Ku...wa Panowie, niech żyje Wałęsa – zaintonował szczęśliwy pomysłodawca zbiórki.

- ...Wałęsa nie żyje – dało się słyszeć cichy, łkający głos z widowni. To „Pajac” czujnie zareagował na słowo „Wałęsa”, po czym kontynuował oddawanie się nieskrywanej rozpaczy

- Ku..wa Panowie, idziem na miejsca – zarządził i cała trójka: Henio, Pryszczaty i On zeszli na widownię.

Tłum się gotował. Jedni twierdzili, że Wałęsa nie wychodzi, bo pojechał kupić wędkę, inni że tak się wzruszył, że moc mu w nogach odjęło, jeszcze inni, że po prostu wziął forsę i pojechał do domu.

Wszystkie te hipotezy, oczywiście potwierdzali wiarygodni świadkowie. I tak np. tleniona blondyna z łysawym brunetem twierdziła, że właśnie dzwonił do niej szwagier od którego przed chwilą na Allegro Wałęsa zakupił wędkę z kompletem haczyków, a ubrany w nienagannie skrojony garnitur, młody wąsaty jegomość twierdził, że właśnie przed chwilą jego przyjaciel, lekarz z pogotowia ratunkowego został wezwany do Wałęsy, aby postawić go na nogi. Zgromadzeni przekrzykiwali się już dłuższą chwilę, a czas płynął.

- Ciszaaaaa kuuuuu...wa , Wałęsa wyszedł! – ryknął nagle jak ranny łoś „Czarny”

- Gdzie, gdzie...? - reagował tłum

- A tam, ku...wa, ślepe jesteście ?! – wrzasnął „Czarny” i wskazał palcem na wynoszącego ze sceny rekwizyty, wysokiego, „napakowanego” łysego osobnika w czarnym dresie

- Wałęsa... kup... se...wędkę! – wykrzyczał „Czarny”

Osiłek spojrzał na niego i znacząco popukał się palcem w czoło. „Czarny” zbaraniał.

- Co ku..wa pukasz palcem? Wędkę se kup. Słyszysz?

Niestety osiłek nie słyszał, bo zdążył już zniknąć za kotarą wraz z dwoma krzesłami i stertą teczek. Tłum się nadal gotował, nie świadom ogromnej pomyłki. Tylko „Czarny” stał jak by go wmurowało w ziemię.

- Ku..wa Wałęsa spi...olił! Wziął kasę i spi...olił! – powtarzał pod nosem.

Pomimo, że słowa wypowiadane były cicho, nie umknęły nastawionemu na odbiór tylko wybranych, konkretnych wyrazów, bystremu uchu zapłakanego „Pajaca”.

- Wałęsa przecież nie żyje! – wycedził zalany łzami – mówiłem Ci od początku!

W głowie „Czarnego” zrodził się nagle okrutny scenariusz wydarzeń.

- Luuudzieeeee, krasnaludy podpierd...liły kasę dla Wałęsy! Granda!

Tłum wdarł się na scenę, a następnie wpadł za kotarę. Niestety ani aktorów, ani reżysera, ani też nikogo z obsługi już nie było.

- Cała kasa została podp...olona! Wałęsa nie żyje, a oni zabrali jego pieniądze! Luuudzie, łapać złodziei - to na pewno pisiory!

„Czarny” miotał się po scenie, kopał w deski i marszczył skórę na głowie w garściach, zapewne w tym momencie żałując, że nie posiada tam owłosienia.

Tłum milkł z minuty na minutę. Już tylko gdzieniegdzie dało się słyszeć pojedyncze głosy: „Granda”, „Złodziejstwo”, „Oszuści” itp. Ludzie kierowali się w stronę wyjścia.

Również i my z Heniem podążyliśmy za grupą.

Nasz wspólny pech, Henia i mój nie był by pełnym pechem, gdyby nie ponowne spotkanie i wspólny marsz do wyjścia wraz z „Czarnym” i „Pajacem”. Szli tuż za nami.

Obaj łkali i ocierali rękawami oczy oraz nosy. Każdy z innego powodu.

Gdy mijaliśmy piwny barek, Henio złapał mnie za rękaw i pokazał palcem umęczonego złocistym trunkiem oraz zapewne innym wyskokowym napojem osiłka, smacznie śpiącego z głową wtuloną w popielniczkę na pełnym rozlanego piwa stole.

- Patrz, to ten gość w czarnym dresie, który nosił krzesła...

- Tak, to on. Biedak tak się napracował i nadźwigał, że ze zmęczenia skonał... wtrąciłem niby dowcipnie.

Mój dowcip najwyraźniej dotarł do idącego dwa kroki z tyłu „Pajaca” i zaintrygował go.

- Kto niby skonał, gdzie.... te „Czarny” ktoś tu skonał.... – zwrócił się do czerwonego z płaczu i złości przyjaciela.

- O ty ku..wa, Waaałęsaaa tam... leży! – „Czarnemu” odjęło mowę. Niestety i on dostrzegł pijanego w belę osiłka.

- Dawaj „Pajac” lecim do Wałęsy – „Czarny” ciągnął kolegę za rękaw dresu i gnał w stronę piwnego barku, pokonując niskie krzewy i plotek

Obaj stanęli nad upojonym do nieprzytomności młodzieńcem i zaczęli go lekko trącać.

- Te Wałęsa wstawaj. Panie Wałęsa, Pan wstanie... Pooobudka!

Niestety, spożyta ilość alkoholu okazała się wprost proporcjonalna do mocy snu osiłka. Nie reagował na nic.

- Ty „Czarny” mówiłem ci ku..wa , że Wałęsa nie żyje – „Pajac” znów zaniósł się płaczem.

- Noooo. Wychodzi na to, że nie żyje. Pisiory go otruli browarem, miałeś rację, szacun „Pajac” – „Czarny” zasalutował do wytartej bejsbolówki.

- Zaraz, zaraz, „Pajac” masz komórę?

- Mam, a po kiego pytasz?

- Dawaj ku..wa, „Pajac” zrobisz mi zdjęcie z Wałęsą.

„Czarny” uniósł bezwładną głowę osiłka i przysunął ją do swojej uśmiechniętej twarzy.

- No dawaj, ... rób!

Nawet błysk flesza z aparatu zamontowanego w komórce nie zmącił błogiego snu pijanego.

Panowie jeszcze raz powtórzyli manewr, z tą różnicą, że tym razem to zapłakany „Pajac” przyklejał się do twarzy upojonego, a „Czarny” fotografował.

- Niech ci ziemia lekką będzie, spoczywaj w spokoju, gites koleś byłeś. Idziemy „Pajac”!

- ... ku..wa wędkę ci połamali i pieniądze podp....lili krasnaludy-pisiory jeb..ne – „Pajac ryczał jak bóbr głaszcząc twarz osiłka.

- "Pajac” idziemy – „Czarny” mocnej pociągnął kolegę i obaj znowu wbili się w tłum.

Więcej ich już nie widzieliśmy, co dla nas z Heniem wcale nie stanowiło powodu do zmartwienia. Do domów dotarliśmy jeszcze przed północą.

Nazajutrz koło jedenastej wpadł Henio. Pogawędziliśmy o tym i owym, ale głównym tematem były wydarzenia wczorajszego dnia. Żartowaliśmy z „Czarnego” i „Pajaca” z upitego do nieprzytomności „Wałęsy w dresie” i z całej komicznej sytuacji.

Miłą dyskusję przerwał nam znajomy głos dochodzący z radioodbiornika. Henio podbiegł i potencjometrem zwiększył siłę głosu.

- ...wczoraj otrzymałem od Narodu pieniądze, w zbiórce zebrane dla mnie , bo to mnie się należy, bo to ja takom koncepcje miałem, żeby komunizm obalyć, a nie Kaczyńskie, bo co to one robili, nikim byli i to tylko ja sam zasługi miałem, bohaterem jestem i pieniądze jak mi dajom teraz, to widać kto walczył i pluralizm robił i demokracje tworzył....

- To Wałęsa, poznaję po precyzji wypowiedzi – cicho stwierdził Henio.

Tymczasem z radia dalej wartko płynął strumień mądrości:

- ... a pieniądze to ja wezne i pewnie znów udupie w jakiś społecznych sprawach, coś może w rodzaju książki napiszę, albo powieść. Mojom historię wam napiszę, że to ja obalyłem i Jaruzelskiego i Kiszczaka i teraz Kaczyńskich. A jak zostanie coś, to se wędkę kupię i na ryby pojadę...he he...

A jednak krasnaludy okazały się w porządku, wypełniły swoją misję – prawie jednocześnie pomyśleliśmy to samo. I Henio i ja. Jacy szczęśliwi muszą być teraz „Czarny” i „Pajac”


Jak tylko będzie okazja, to znów pójdziemy z Heniem na jakiś „Piknik z Wałęsą”.

środa, 23 kwietnia 2008

Laurka dla Premiera z historycznym kadzidłem

Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K *
Pięćdziesiąt jeden lat temu, w Gdańsku przyszedł na świat Donald Franciszek Tusk. Niby nic w tym specjalnego, każdy w końcu (a właściwie na początku) ileś tam lat temu, gdzieś się urodził i jakoś się nazywa, czyli posiada imię i nazwisko. Sam fakt narodzin nie jest zatem niczym nadzwyczajnym i gdyby nie dotyczyło to miłościwie panującego nam Premiera podstaw do sporządzenia publicznej laurki nie mogło by być. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Jest społeczna potrzeba i konieczność użycia jubileuszowego kadzidła.

Tym bardziej, że Pan Premier to człowiek renesansu czyli wielu talentów, zarówno pośród nauk humanistycznych jak i ścisłych, nie powinno nikogo to dziwić. Nie ulega wątpliwości, że swoimi dotychczasowymi działaniami zasłużył już sobie na trwałe miejsce w panteonie „Największych w Historii Globu”.

Kto bowiem z możnych tego świata w wieku 51 lat, czyli ledwo po przekroczeniu półwiecza osiągnął tak wiele? Jak zatem na tle Pana Premiera wypadają inni, mogący równać się z nim wielkością i historycznymi zasługami?


Bolesław Chrobry – w wieku 51 lat (w 1018 roku) zorganizował wyprawę, w celu przywrócenia na tron kijowski swego zięcia Świętopełka. Zabieg powiódł się całkowicie, Chrobry odzyskał też Grody Czrwieńskie oraz zajął Kijów. Wkrótce jednak książe Jarosław Mądry, zięcia przegonił a Bolesław Chrobry zawarł z księciem pakt o nieagresji.
Pan Premier Tusk bywał też w tych rejonach. Jednak w trakcie wyprawy do Putina, obyło się bez przelewu krwi, co należy zapisać niewątpliwie na plus Panu Premierowi. Nie zamierzał tez osadzać on na Kremlu ani Schetyny ani Niesiołowskiego, a co za tym idzie nie doprowadził do sytuacji konfliktowej i niekomfortowej dla obu Panów. Jednym słowem nie narażał ich na upokarzające wypędzenia.
Duży plus dla Pana Premiera za wielkie talenty dyplomatyczne.



Józef Piłsudski - mając „na karku” 51 lat został Naczelnikiem Państwa. Stał się więc faktycznie dyktatorem, którego pierwszym zadaniem było zadbanie o utworzenie rządu w wyzwolonej spod zaborów Rzeczpospolitej.
Pan Tusk, będąc rok młodszy od „Dziadka” już spełniał nieoficjalnie rolę „Naczelnika Państwa”. Trudno mówić o dyktatorskim sposobie sprawowania władzy, jednak jego zdecydowanie i silna ręka w doborze wybitnych fachowców na ministerialnych stanowiskach zapewniło mu podziw i uznanie społeczeństwa. Szczególnie dobór Pani Hall i Pitery oraz Panów Klicha i Grasia zyskało wielkie uznanie opinii publicznej. To nie to, co nietrafione nominacje Daszyńskiego i Moraczewskiego dokonane za aprobatą „Marszałka”. Nie bez znaczenia jest też udział w wyzwoleniu III RP spod zaboru IV RP pod panowaniem Kaczyńskiego.
Ogromny plus dla Pana Premiera za wielkie talenty polityczne.



Władysław Gomułka – w wyniku „wypadków czerwcowych”, w roku w którym kończył 51 lat został ponownie przyjęty do PZPR i wyniesiony na funkcje jej pierwszego sekretarza. Po przejęciu władzy, w okresie początkowym prowadził politykę umiarkowanych reform zwaną „odwilżą gomułkowską”.
Również to porównanie, zdecydowanie wygrywa Donald Tusk. Po pierwsze – nie był nigdy wyrzucany z partii i tym samym nie musiał do niej wracać. Po drugie – Pan Premier sam sobie wybierał partie, a nie jak w przypadku Gomułki, partia wybierała jego. Wreszcie po trzecie – pierwszym sekretarzem PO, Donald Tusk był już od dawna, czyli w wieku dużo młodszym od Gomułki. Brawo Panie Doanldzie!
Już tylko na marginesie, odwilży nie było, bo Pan Premier nie lubi wilgoci – przemacza buty i marzną mu nogi.



Również najsłynniejsze, światowe pomnikowe postaci historyczne mogą czuć (pośmiertnie oczywiście) kompleksy wobec Naszego Pana Premiera.

Aleksander Macedoński – wymięka i przepada w przedbiegach, gdyż po prostu, w wieku 51 lat... nie było go już na świecie!
Donald Tusk jest nadal! Brawo i wielki plus, a dla Macedońskiego dyskwalifikacja.

Juliusz Cezar
– osławiony rzymski cesarz, w wieku 51 lat został ogłoszony przez Senat dyktatorem. Ogłosił reformy polegający m.in. na zwolnieniu ludzi z długów oraz przywrócenia prawa do urzędów.
Również w tym przypadku Julek Cezar to „mały miki” przy naszym Premierze. Pana Tuska nie musiał Senat ogłaszać dyktatorem. Wystarczyło, że sam się ogłosił, a wierno-poddańcze stacje telewizyjne oraz tytuły prasowe, przypisały mu cechy boskie i obdarzyły dozgonną nietykalnością. O takich numerach Cezar mógł tylko marzyć!
Co do reform to zamiast zwalniać obywateli z długów, Pan Tusk ma zlikwidować podwójne opodatkowanie. Tyż piknie!


Napoleon Bonaparte – Pięćdziesiąte pierwsze urodziny obchodził na zesłaniu, na Świętej Helenie. Rok później umarł.
Pan Tusk na żadnej Helenie nie obchodzi urodzin, co zapewne ma znaczenie dla zdrowia i jest zapowiedzią doczekania sędziwych lat w znakomitej kondycji. Swój jubileusz, co najwyżej, może obchodzić na Małgorzacie, bynajmniej nie Świętej. Również pochówek w Kościele Inwalidów nie wchodzi w grę. Na skutek mądrych i wyważonych działań jego rządu w zakresie służby zdrowia – inwalidów brak!
Nawet dwa plusy i ogonek na dodatek!


Józef Stalin – w roku 1929, gdy kończył 51 lat rozpoczynała się, zainicjowana przez niego samego, wielka zmasowana walka z kościołem i religią. Na rozkaz Stalina likwidowano kościoły, konfiskowano dzwony, niszczono obiekty sakralne i symbole kultu religijnego.
Józio też nie dorasta do pięt Premierowi. Donald Tusk wykazuje więcej inteligencji od siermiężnego i prymitywnego Stalina. Do likwidacji nieprzychylnego pro-narodowego kościoła w Polsce używa broni strasznej: Gowina (z jego „Znakiem” wydającym książki Grossa) oraz Niesiołowskiego (z jego lekarzami – szarlatanami). Często też wymachuje Palikotem czym rozsiewa niezwykłe zgorszenie wśród młodzieży. Gdyby Stalin miał takie możliwości i taki intelekt...

Ho Chi Minh – ojciec Wietnamu, w roku swoich 51 wiosen, przybył z wygania do rodzinnego kraju opętanego wojną z japońskim najeźdźcą. Przyjechał z ZSRR, gdzie szkolił się i instruował w dziedzinie uległości i wasalizmu wobec stalinowskiej Rosji. Ze względu na miłą powierzchowność i dobroduszność wypisaną na twarzy, nazwany „Wujkiem”.
Przykro, że równie ta postać pod względem zasług i dokonań, pozostaje daleko za naszym Premierem. Po pierwsze, nikt Pana Tuska nigdy nie wyganiał z kraju. Po drugie, kurs w Rosji (bynajmniej nie stalinowskiej) Pan Premeir skończył już w wieku 50 lat (zeszłoroczna, robocza wizyta u Putina). Również powierzchownością i dobrodusznością wietnamski przywódca nie może równać się z naszym Premierem.
Dlatego też, jak mówią w dobrze poinformowanych źródłach pseudonim Ho Chi Minh („Ten który Oświeca” – „Ten który Niesie Światło”) będzie odebrany wietnamczykowi i nadany naszemu Premierowi w dowód uznania za oświecanie ciemnogrodu i zacofania w Polsce. Szczególnie liczyli na to mieszkańcy Szczecina (było prawdopodobieństwo, że nadanie pseudonimu nastąpi kilka dni wcześniej) i spodziewali się wizyty Premiera w dniu niedawnej awarii elektrycznej. Nie doczekali się, ale i tak wielki plus!


Adolf Hitler – na 51 urodziny otrzymał niezwykły „prezent”. Artysta amerykański Charlie Chaplin nakręcił o nim film pt. „Dyktator”. Ponadto, już w 1940 roku szykował plany wojny ze swoimi dotychczasowymi sojusznikami Sowietami.
Pierwszy minus, jaki otrzymuje Premier Tusk, to za niespełnienie medialne. Żadną miarą, nie można uznać za sukces niewielki epizod w filmie „Nocna Zmiana” i drugoplanową rolę, polegającą na powtarzaniu kilku zdań: „Panowie, policzmy głosy...” i „Jeżeli SLD nie skrwi...”. To jednak mało w porównaniu z Fuehrerem, o którym jednak powstał cały film pełnometrażowy. Miejmy jednak nadzieje, że niebawem, szczególnie jedna wyjątkowo sprzyjająca mu i wielbiąca stacja telewizyjna naprawi to zaniedbania i coś sensownego w pełnym wymiarze czasowym, nakręci. Koniecznie jeszcze w tym roku.
Kwestia druga. Pan Premier już w zeszłym roku przygotował plany wojenne przeciw koalicyjnemu sojusznikowi. Efekty niebawem.

Tak więc wiele, wiele plusów i tylko jeden minus. Nie tylko ze względów rocznicowych należy uznać Naszego Premiera za „Postać Wybitną na Tle Historii Świata”. To nie jest czcze kadzenie i wazeliniarstwo, to są fakty z którymi ponoś się nie dyskutuje.
Dokładając do tego dane statystyczne przedstawiające poparcie w społeczeństwie dla naszego Pana Tuska, kształtujące się na poziomie 40-54% (wahające się w zależności od nastrojów społecznych) mamy pełny obraz jego wielkości.

A skoro przedział procentowy, ma się jak od Polskiej Wódki Czystej do Żydowskiej Pejsachówki, to ... nieustające zdrowie Pana Premiera!