Trwa medialne rozdmuchiwanie niebywałego sukcesu naszej władzy jakim będzie prezydencja Polski w eurosojuzie. Nie wiadomo dlaczego Tusk & Company (inaczej Cyrk Donalda) pod niebiosa wynoszą swój sukces i ogłaszają go na cały kraj. Zasługa ich w tym żadna, tak samo jak i ranga owej prezydencji.
Przypomina to niemal onanistyczne odgłosy szczytowania platformistów na wieść, że Jerzy „AWS” Buzek został przez towarzyszy mianowany szefem PE. Miał to być sukces bezprecedensowy i jedyny w swoim rodzaju, przyrównywany niemal do dokonań pułkownika Hermaszewskiego w ramach programu Interkosmos.
Jak do tej pory tylko „miał być”, bo wymiernych korzyści z tego urzędu Polska jakoś nie widzi, a czas Buzka na stołku „wodza plemienia eurozjadów” niebawem mija. Zastąpi go już za chwilę niejaki Schulz - niezwykle paskudna kreatura, której porządni ludzie ręki nie podają (coś jak nasz „hrabi”).
Jakoś Buzek Hermaszewskim nie został, a stołek przewodniczącego PE nie stał się Sojuzem 30. Co najwyżej wzorem pierwszego polskiego kosmonauty, który odznaczony został za swój wyczyn Orderem Lenina, Buzek otrzyma Medal Schulza i całusa w czoło.
Częścią dalszych sukcesów odnoszonych w Brukseli ma być właśnie prezydencja Polski.
Póki co ustalono już wszystko co może ubarwić ową prezydencję, bo samą prezydencją nie warto w ogóle się zajmować.
I tak lipa to i tak lipa.
Władza nasza przyzwyczajona do „pijarowych bajerów” woli zajmować się trwonieniem publicznych pieniędzy niż przeznaczyć je na konkretne działania.
Tak to powstał słynny „płot Pawlaka i Kargula” czy też jak wolą inni „marsz Polskich bezgłowych do Brukseli” – logo Polskiej prezydencji stworzone przez (chyba) drugorocznego członka grupy przedszkolnej ze średniaków.
Nie jest to jedyny pijarowy sukces władzy. Już pierwszego dnia polskiej prezydencji, w Warszawie odbędzie się jubel pod Pałacem Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Powiązanie miejsca i imprezy jak najbardziej trafione.
Będą i ognie sztuczne i koncerty rodzimych artystów i nawet jeden znany pederasta z zagranicy śpiewać będzie. Słowem ubaw po pachy. Niczym Święto Trybuny Ludu.
Nad całością czuwać będą jak zawsze „bohaterowie od Zubrzyckiego” oraz doborowe oddziały chłopców z policji. Jedyny problem w tym, że tego dnia swoje protesty zapowiedzieli związkowcy, najubożsi i kibice.
Mam nadzieję, że wesoło będzie... A wszystko za moje (i Twoje czytelniku) pieniądze.
Organizacją pieduł z gatunku „śpiew, światło i dźwięk” pod PKiN zajmą się najbardziej tęgie głowy platformianych złogów. Otóż, choć trudno w to uwierzyć, ów jubel za grube miliony, za również grube miliony wymyślą Wojewódzki z Materną. To taka nagroda za niezłomne trwanie przy aparacie władzy.
Można przewidzieć, że w programie będziemy mogli zobaczyć wtykanie polskiej flagi w psie g..no i wysyp obelg oraz jobów w kierunku normalnej części społeczeństwa. Ze swojej strony, drugi z organizatorów zapewni kilka głupkowatych poalkoholowych przemyśleń wypowiedzianych sznaps-barytonem oraz smarowanie się wazeliną i powolne symboliczne wchodzenia w tyłek władzy.
I to tyle.
Później już tylko prezydencja usłana sukcesami i droga do dobrobytu obywateli w kraju, który stać na cud gospodarczy... oczywiście w czasie owej prezydencji!
Tfu, co ja gadam?!
To przecież nie mój, tylko tekst dyżurny naszego „płemieła”....
środa, 25 maja 2011
wtorek, 24 maja 2011
A ja wam mówię, że można obrażać prezydenta!
Całkiem serio piszę te słowa. Prezydenta Polski wolno obrażać. Wolno, gdyż (jak mówią szczególnie ci, którzy rządzą) prawo jest jednakie dla wszystkich.
Poniżej kilka wypowiedzi, które jak się okazało później nie skutkowały niczym w stosunku do osób wypowiadające je.
Mamy zatem do wyboru: albo w Polsce są „święte krowy”, którym wolno więcej niż innym (a to oznacza, że ta cała obecna „peowska” demokracja warta jest tyle, co kupa kitu), albo prezydenta kraju obrażać wolno.
„Marta i Jarosław powinni przeprosić wdowy po zmarłych za to, że Lech wymusił lądowanie, a oni zginęli...”
„ Alkoholik w Pałacu Prezydenckim...”
„Apeluję do Lecha Kaczyńskiego, żeby wytrzeźwiał...”
„(..) uważam Lecha Kaczyńskiego za chama.”
(Janusz Palikot)
„Bo tego durnia mamy za prezydenta.”
(Lech Wałesa)
"Mały, niedorozwinięty, głupi człowiek zwany prezydentem Polski, Lechem Kaczyńskim"
(Michał Figurski)
„Można być prezydentem, ale można być też chamem...”
(Radosław Sikorski)
Sądząc po pozorach i nadymanych wypowiedziach „cinkciarskich” elit Platformy Obywatelskiej oni bardzo chcieli by aby społeczeństwo uwierzyło w panującą demokrację, jednocześnie zachowując model sprawowania władzy rodem z Białorusi.
Pdobna sytuacja zdarzyła się nie tak dawno właśnie u naszych sąsiadów z Mińska. Niewybredna fala krytyki liderów opozycji wobec prezydenta zaskutkowała karami więzienia dla krytykujących.
Identyczna krytyka ze strony władzy dotycząca opozycji spotkała się „ze społeczną aprobatą” i karami więzienia dla krytykowanych.
Zadziwiające jak szybko ta plaga „wirusa łukaszenki” przedostała się przez naszą wschodnią granicę. I to mimo, że takiego wybitnego lekarza mamy za minister zdrowia...
I na koniec jakże trafna (sam się zastanawiam, jak to możliwe?) wypowiedź Kazimierza Kuca:
„Prezydent nie jest świętą krową z urzędu, sam powinien dbać o swój majestat....”
Do cytatu z Kuca podaję link, gdyż ciekawa jest cała jego wypowiedź z 2008 roku, szczególnie w kontekście afery z Antykomor.pl
Zatem, jak to było z tą akcją ABW i kto nasłał bohaterskich chłopaków?
Poniżej kilka wypowiedzi, które jak się okazało później nie skutkowały niczym w stosunku do osób wypowiadające je.
Mamy zatem do wyboru: albo w Polsce są „święte krowy”, którym wolno więcej niż innym (a to oznacza, że ta cała obecna „peowska” demokracja warta jest tyle, co kupa kitu), albo prezydenta kraju obrażać wolno.
„Marta i Jarosław powinni przeprosić wdowy po zmarłych za to, że Lech wymusił lądowanie, a oni zginęli...”
„ Alkoholik w Pałacu Prezydenckim...”
„Apeluję do Lecha Kaczyńskiego, żeby wytrzeźwiał...”
„(..) uważam Lecha Kaczyńskiego za chama.”
(Janusz Palikot)
„Bo tego durnia mamy za prezydenta.”
(Lech Wałesa)
"Mały, niedorozwinięty, głupi człowiek zwany prezydentem Polski, Lechem Kaczyńskim"
(Michał Figurski)
„Można być prezydentem, ale można być też chamem...”
(Radosław Sikorski)
Sądząc po pozorach i nadymanych wypowiedziach „cinkciarskich” elit Platformy Obywatelskiej oni bardzo chcieli by aby społeczeństwo uwierzyło w panującą demokrację, jednocześnie zachowując model sprawowania władzy rodem z Białorusi.
Pdobna sytuacja zdarzyła się nie tak dawno właśnie u naszych sąsiadów z Mińska. Niewybredna fala krytyki liderów opozycji wobec prezydenta zaskutkowała karami więzienia dla krytykujących.
Identyczna krytyka ze strony władzy dotycząca opozycji spotkała się „ze społeczną aprobatą” i karami więzienia dla krytykowanych.
Zadziwiające jak szybko ta plaga „wirusa łukaszenki” przedostała się przez naszą wschodnią granicę. I to mimo, że takiego wybitnego lekarza mamy za minister zdrowia...
I na koniec jakże trafna (sam się zastanawiam, jak to możliwe?) wypowiedź Kazimierza Kuca:
„Prezydent nie jest świętą krową z urzędu, sam powinien dbać o swój majestat....”
Do cytatu z Kuca podaję link, gdyż ciekawa jest cała jego wypowiedź z 2008 roku, szczególnie w kontekście afery z Antykomor.pl
Zatem, jak to było z tą akcją ABW i kto nasłał bohaterskich chłopaków?
niedziela, 22 maja 2011
Mr Tusk - Wizyta Angeli Merkel
PIerwszy odcinek lubianego serialu Mr Tusk. Dziś wesoły fajtłapa Donald uczestniczy w powitaniu kanclerz Niemiec Ageli Merkel.
Etykiety:
Angela Merkel,
Donald Tusk,
Jaś Fasola,
Platforma Obywatelska,
Radosław Sikorski
sobota, 21 maja 2011
Gdańsk: mecz piłki nożnej Polską – Francja
...
- Dziś będzie nieźle – niby od niechcenia zagaił „Arab”, który właśnie przybył na trybunę, i zafundował „piątkę” stojącemu przy barierce Grzechowi.
- Pewnie, że będzie nieźle – odparł Grzechu, który nie odrywając oczu od murawy, niby to pod nosem bąknął, - masz, taki mecz... z Francuzami... musi być nieźle... dadzą chłopaki z siebie wszystko.
- Ale tu wysprzątane i jaki spokój – wtrącił Graś, który założył nogę na nogę i rozparł się w foteliku.
- Nawet wygodne i lekkie takie... cholera, to takie krzesełko daleko nie może polecieć. Jak oni tym rzucają? – wygiął usta w podkówkę i pokręcił z niedowierzaniem głową rzecznik rządu.
- Panie Premierze, jaki nastrój przed meczem? – „Arab” starał się zwrócić na siebie uwagę siedzącego dwa rzędy niżej w samotności Donalda Tuska.
- Cichoooo... nie widzisz, że Premier się skupia przed meczem – złapał „Araba” za ramię Grzech.
- Daj mu spokój, facet ma już nerwicę od tych różnych transparentów i kibolskich akcji.
- Ale przecież stadion jest zamknięty? Oprócz nas pięciu, nie ma trybunach nikogo! – „Arab” był wyraźnie zdziwiony.
- I co z tego? Po takich ekscesach trudno wrócić do życia. Chłop nawet w nocy się budzi, bo mu się śni, że Platini z Latą transparent niosą z napisem „Donald... Co? TY wiesz co!”.... Tak się żyć nie da – urwał Grzech.
- A propos, nasz transparent macie? – wstrzelił się Graś.
- Rzecz jasna. Jak mamy kibicować bez transparentu? Jest..., o tu go mamy. Jak tylko chłopaki wyjdą z szatni, rozwijamy... – Grzech podniósł leżący na fotelikach zrolowany spory kawałek płótna zakończony z dwóch stron drzewcami.
- Wychodzą... Rozkładaj banner! – zawołał milczący do tej pory i wpatrzony w Premiera „Niesiołek”.
- Panie Premierze, będzie Pan łaskaw rzucić okiem... Taki mamy ładny transparent... Damy nim odpór wichrzycielom i elementom antyrządowym... – wykrzyknął w stronę Tuska „Arab”.
Premier odwrócił nisko zwieszoną głowę i smutnymi oczami zmierzył wymalowane czarną farbą hasło: „Niech żyje Donald Tusk – nasz odważny premier, król zamykanych stadionów i wcale nie matoł!”.
- Premier pisze się z dużej litery! Choć wy mnie nie dołujcie... – wycedził przez zaciśnięte zęby Tusk i oddał się kibicowaniu.
Są w życiu takie momenty, że odpowiedzialny i zdolny do największych poświęceń Premier musi kibicować za cały naród. Tak się dzieje, gdy ten naród kulturalnie kibicować nie umie.
- Dziś będzie nieźle – niby od niechcenia zagaił „Arab”, który właśnie przybył na trybunę, i zafundował „piątkę” stojącemu przy barierce Grzechowi.
- Pewnie, że będzie nieźle – odparł Grzechu, który nie odrywając oczu od murawy, niby to pod nosem bąknął, - masz, taki mecz... z Francuzami... musi być nieźle... dadzą chłopaki z siebie wszystko.
- Ale tu wysprzątane i jaki spokój – wtrącił Graś, który założył nogę na nogę i rozparł się w foteliku.
- Nawet wygodne i lekkie takie... cholera, to takie krzesełko daleko nie może polecieć. Jak oni tym rzucają? – wygiął usta w podkówkę i pokręcił z niedowierzaniem głową rzecznik rządu.
- Panie Premierze, jaki nastrój przed meczem? – „Arab” starał się zwrócić na siebie uwagę siedzącego dwa rzędy niżej w samotności Donalda Tuska.
- Cichoooo... nie widzisz, że Premier się skupia przed meczem – złapał „Araba” za ramię Grzech.
- Daj mu spokój, facet ma już nerwicę od tych różnych transparentów i kibolskich akcji.
- Ale przecież stadion jest zamknięty? Oprócz nas pięciu, nie ma trybunach nikogo! – „Arab” był wyraźnie zdziwiony.
- I co z tego? Po takich ekscesach trudno wrócić do życia. Chłop nawet w nocy się budzi, bo mu się śni, że Platini z Latą transparent niosą z napisem „Donald... Co? TY wiesz co!”.... Tak się żyć nie da – urwał Grzech.
- A propos, nasz transparent macie? – wstrzelił się Graś.
- Rzecz jasna. Jak mamy kibicować bez transparentu? Jest..., o tu go mamy. Jak tylko chłopaki wyjdą z szatni, rozwijamy... – Grzech podniósł leżący na fotelikach zrolowany spory kawałek płótna zakończony z dwóch stron drzewcami.
- Wychodzą... Rozkładaj banner! – zawołał milczący do tej pory i wpatrzony w Premiera „Niesiołek”.
- Panie Premierze, będzie Pan łaskaw rzucić okiem... Taki mamy ładny transparent... Damy nim odpór wichrzycielom i elementom antyrządowym... – wykrzyknął w stronę Tuska „Arab”.
Premier odwrócił nisko zwieszoną głowę i smutnymi oczami zmierzył wymalowane czarną farbą hasło: „Niech żyje Donald Tusk – nasz odważny premier, król zamykanych stadionów i wcale nie matoł!”.
- Premier pisze się z dużej litery! Choć wy mnie nie dołujcie... – wycedził przez zaciśnięte zęby Tusk i oddał się kibicowaniu.
Są w życiu takie momenty, że odpowiedzialny i zdolny do największych poświęceń Premier musi kibicować za cały naród. Tak się dzieje, gdy ten naród kulturalnie kibicować nie umie.
czwartek, 19 maja 2011
Idu faszysty, idu…
Śmiać się, płakać, zgłosić gdzieś...?
Lektura wypowiedzi „honorowego” prezesa SDP Stefana Bratkowskiego, dotyczącej powstającego w Polsce faszyzmu zmusza do zastanowienia się. Nie, żeby rwać włosy z głowy i rozdzierać szaty nad biedną ojczyzną wpadającą w łapy brudnych nazioli, lecz nad kondycją tzw. „autorytetów moralnych” III RP.
Autor, Stefan Bratkowski przez niektórych uznawany za pół-boga lub też nawet całego boga polskiego dziennikarstwa, z wiekiem staje się co raz to bardziej odważny i bezkompromisowy. Głosi, że PiS to faszyści a Kaczyński to Hitler czy też Mussolini J. Klaszczą mu podobni do niego spolegliwi przez lata, a w jesieni swojego życia heroicznie nastawieni do otaczającej rzeczywistości oraz młodzi, zdolni i wykształceni wielbiciele PO.
Właściwie trudno nawiązać polemikę z Bratkowskim, szczególnie gdy się zna (nawet w średnim zakresie) historię Europy I połowy XX wieku. Całe te odkrywcze i demaskatorskie wersy nie trzymają się przysłowiowej kupy.
Marsz na Rzym... to niby obchody rocznicy „10. Kwietnia”, hasła o Polsce – to hitleryzm....
Trudno dyskutować, bądź udowadniać, że patriotyzm to nie faszyzm, bądź wiec ludzi z biało-czerwonymi flagami to nie początek kryształowej nocy...
Dla człowieka ukształtowanego przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą elementy dumy narodowej i polskości zawsze będą przejawem nazizmu czy też faszyzmu.
Starsi znają to z historii, gdy sądy bolszewickie w PRL wszystkim żołnierzom z AK, WIN czy też powracającym „od Andersa” przyczepiały łatę faszysty.
Człowiekowi z ponad dwudziestopięcioletnim stażem w PZPR, trudno jest wyzbyć się przyzwyczajeń i przywar. Póki zdrowie i zdolność hamowania swoich ocen panowały nad byłym towarzyszem Bratkowskim, zdawał się on być nawet przystępnym i miłym człowiekiem, oczywiście póki się nie odezwał.
Dziś syndrom odtrącenia, świadomość umykającego czasu oraz pospolite zramolenie dały znać o sobie. Nikt z „lewicowych” polityków już nie potrzebuje Bratkowskiego do noszenia za nim klapek na basenie i długich dyskusji o budowie struktur poziomych w partii.
Nikt nie potrzebuje też jego umoralniających wykładów dotyczących funkcjonowania człowieka socjalistycznego we współczesnym państwie.
Przykro pisać mocne i krytyczne słowa o człowieku starym i doświadczonym przez życie. W końcu Stefan Bratkowski miał w życiu też i sukcesy. Udało mu się być ojcem niezłej dziennikarki i niegdyś mężem zdolnej plastyczki. Udało mu się też przez jakiś czas być niezastąpionym „technicznym” Mieczysława F. Rakowskiego, za którym targał sprzęt wodny na basenie.
Udało mu się też zostać autorytetem w III RP, choć to akurat nie jest czym nadzwyczajnym.
W całym tym zamieszaniu z poskramianiem domniemanego „polskiego faszyzmu” i walce o praworządność i prawa obywatelskie niszczone przez PiS, Bratkowskiemu kompletnie umknęło stosowanie rzeczywistych praktyk Stalinowskich przez obecną, a chwaloną przez niego władzę.
Jakoś słowem nie wspomniał o zatrzymywaniu ludzi za antyrządowe hasła, stosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec kibiców i straszenie oraz inwigilacja zatrzymanych.
Cóż, dla Bratkowskiego bardziej zrozumiałe i godne przemilczenia są rzeczywiste metody stalinowskie stosowane w Polsce, niż wyimaginowane i chyba powracające do niego niczym koszmar nocny „hitleryzmy”.
Koszula bliższa ciału, zwłaszcza koszula socjalistycznego aktywisty.
------------------------------------
Na koniec osobista dygresja.
W zamierzchłych latach pracowałem w pewnym tygodniku razem z Panią Bożeną Bratkowską (pierwszą żoną Stefana Bratkowskiego).
Były to wczesne lata 80-te.
Już wtedy o swoim byłym mężu nie mówiła inaczej jak: "ta stara idiota".
Minęło trzydzieści lat.... i Pan Bratkowski jeszcze bardziej się zestarzał.
Lektura wypowiedzi „honorowego” prezesa SDP Stefana Bratkowskiego, dotyczącej powstającego w Polsce faszyzmu zmusza do zastanowienia się. Nie, żeby rwać włosy z głowy i rozdzierać szaty nad biedną ojczyzną wpadającą w łapy brudnych nazioli, lecz nad kondycją tzw. „autorytetów moralnych” III RP.
Autor, Stefan Bratkowski przez niektórych uznawany za pół-boga lub też nawet całego boga polskiego dziennikarstwa, z wiekiem staje się co raz to bardziej odważny i bezkompromisowy. Głosi, że PiS to faszyści a Kaczyński to Hitler czy też Mussolini J. Klaszczą mu podobni do niego spolegliwi przez lata, a w jesieni swojego życia heroicznie nastawieni do otaczającej rzeczywistości oraz młodzi, zdolni i wykształceni wielbiciele PO.
Właściwie trudno nawiązać polemikę z Bratkowskim, szczególnie gdy się zna (nawet w średnim zakresie) historię Europy I połowy XX wieku. Całe te odkrywcze i demaskatorskie wersy nie trzymają się przysłowiowej kupy.
Marsz na Rzym... to niby obchody rocznicy „10. Kwietnia”, hasła o Polsce – to hitleryzm....
Trudno dyskutować, bądź udowadniać, że patriotyzm to nie faszyzm, bądź wiec ludzi z biało-czerwonymi flagami to nie początek kryształowej nocy...
Dla człowieka ukształtowanego przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą elementy dumy narodowej i polskości zawsze będą przejawem nazizmu czy też faszyzmu.
Starsi znają to z historii, gdy sądy bolszewickie w PRL wszystkim żołnierzom z AK, WIN czy też powracającym „od Andersa” przyczepiały łatę faszysty.
Człowiekowi z ponad dwudziestopięcioletnim stażem w PZPR, trudno jest wyzbyć się przyzwyczajeń i przywar. Póki zdrowie i zdolność hamowania swoich ocen panowały nad byłym towarzyszem Bratkowskim, zdawał się on być nawet przystępnym i miłym człowiekiem, oczywiście póki się nie odezwał.
Dziś syndrom odtrącenia, świadomość umykającego czasu oraz pospolite zramolenie dały znać o sobie. Nikt z „lewicowych” polityków już nie potrzebuje Bratkowskiego do noszenia za nim klapek na basenie i długich dyskusji o budowie struktur poziomych w partii.
Nikt nie potrzebuje też jego umoralniających wykładów dotyczących funkcjonowania człowieka socjalistycznego we współczesnym państwie.
Przykro pisać mocne i krytyczne słowa o człowieku starym i doświadczonym przez życie. W końcu Stefan Bratkowski miał w życiu też i sukcesy. Udało mu się być ojcem niezłej dziennikarki i niegdyś mężem zdolnej plastyczki. Udało mu się też przez jakiś czas być niezastąpionym „technicznym” Mieczysława F. Rakowskiego, za którym targał sprzęt wodny na basenie.
Udało mu się też zostać autorytetem w III RP, choć to akurat nie jest czym nadzwyczajnym.
W całym tym zamieszaniu z poskramianiem domniemanego „polskiego faszyzmu” i walce o praworządność i prawa obywatelskie niszczone przez PiS, Bratkowskiemu kompletnie umknęło stosowanie rzeczywistych praktyk Stalinowskich przez obecną, a chwaloną przez niego władzę.
Jakoś słowem nie wspomniał o zatrzymywaniu ludzi za antyrządowe hasła, stosowanie odpowiedzialności zbiorowej wobec kibiców i straszenie oraz inwigilacja zatrzymanych.
Cóż, dla Bratkowskiego bardziej zrozumiałe i godne przemilczenia są rzeczywiste metody stalinowskie stosowane w Polsce, niż wyimaginowane i chyba powracające do niego niczym koszmar nocny „hitleryzmy”.
Koszula bliższa ciału, zwłaszcza koszula socjalistycznego aktywisty.
------------------------------------
Na koniec osobista dygresja.
W zamierzchłych latach pracowałem w pewnym tygodniku razem z Panią Bożeną Bratkowską (pierwszą żoną Stefana Bratkowskiego).
Były to wczesne lata 80-te.
Już wtedy o swoim byłym mężu nie mówiła inaczej jak: "ta stara idiota".
Minęło trzydzieści lat.... i Pan Bratkowski jeszcze bardziej się zestarzał.
wtorek, 17 maja 2011
Korzenie Obamy, czyli jak rozbawić prezydenta USA w czasie wizyty w Polsce
Wizyta Prezydenta Obamy coraz bliżej. 27. maja odwiedzi nasz kraj, spotka się z prezydentem Bronisławem Marią Komorowskim, Donaldem Franciszkiem Tuskiem i jeszcze kilkoma osobami już o żadnym znaczeniu.
Chłop popatrzy sobie na Warszawę, na ludzi. Wysłucha jakiejś „zabawnej” uwagi o swojej żonie w wykonaniu „króla ciętej riposty” oraz obliże się na widok lampki szampana, którą podbierze mu tenże Bronisław Komorowski.
Na koniec zapewni, że wizy będą zniesione i że tarcza antyrakietowa będzie budowana.
Wspomni się jeszcze o wieloletniej historii przyjaźni między naszymi narodami (może o Kościuszce, Pułaskim...) i o Konstytucji Trzeciego Maja.
Radość polskich władz wybuchnie przeogromna a sukces odtrąbiony już kilka minut po wylocie gościa.
Nastrój wizyty budowany będzie w oparciu o humor, wzajemne zrozumienie oraz ogólną wesołość.
W kształtowaniu odpowiedniej atmosfery zapewne pomoże nieoceniony „mistrz dowcipu i kawału” minister Radosław Sikorski. Wszyscy pamiętają słynny już dowcip „o Obamie” opowiadany przez ministra, kolegom w parlamencie.
Towarzystwo dosłownie „zrywało boki”...
Miejmy nadzieję, że prezydentowi Barackowi oraz jego małżonce też spodoba się ten dowcip, choć jak mówią Obama nie śmieje się z siebie, bo to już jest rasizm.
Na wszelki jednak wypadek, pozwolę sobie przytoczyć ten kawał zarówno w naszym języku jak i po angielsku.
To tak, aby w trakcie wizyty nie umknął zabawiającym prezydenta USA – bo ten wic, to prawdziwa bomba!
Zatem podaję za Radosławem Sikorskim:
Wiedzą państwo, że Barack Obama ma polskie korzenie? Tak, jego dziadek zjadł polskiego misjonarza.
You know that Barack Obama has Polish roots? Yes, his grandfather ate a Polish missionary.
Chłop popatrzy sobie na Warszawę, na ludzi. Wysłucha jakiejś „zabawnej” uwagi o swojej żonie w wykonaniu „króla ciętej riposty” oraz obliże się na widok lampki szampana, którą podbierze mu tenże Bronisław Komorowski.
Na koniec zapewni, że wizy będą zniesione i że tarcza antyrakietowa będzie budowana.
Wspomni się jeszcze o wieloletniej historii przyjaźni między naszymi narodami (może o Kościuszce, Pułaskim...) i o Konstytucji Trzeciego Maja.
Radość polskich władz wybuchnie przeogromna a sukces odtrąbiony już kilka minut po wylocie gościa.
Nastrój wizyty budowany będzie w oparciu o humor, wzajemne zrozumienie oraz ogólną wesołość.
W kształtowaniu odpowiedniej atmosfery zapewne pomoże nieoceniony „mistrz dowcipu i kawału” minister Radosław Sikorski. Wszyscy pamiętają słynny już dowcip „o Obamie” opowiadany przez ministra, kolegom w parlamencie.
Towarzystwo dosłownie „zrywało boki”...
Miejmy nadzieję, że prezydentowi Barackowi oraz jego małżonce też spodoba się ten dowcip, choć jak mówią Obama nie śmieje się z siebie, bo to już jest rasizm.
Na wszelki jednak wypadek, pozwolę sobie przytoczyć ten kawał zarówno w naszym języku jak i po angielsku.
To tak, aby w trakcie wizyty nie umknął zabawiającym prezydenta USA – bo ten wic, to prawdziwa bomba!
Zatem podaję za Radosławem Sikorskim:
Wiedzą państwo, że Barack Obama ma polskie korzenie? Tak, jego dziadek zjadł polskiego misjonarza.
You know that Barack Obama has Polish roots? Yes, his grandfather ate a Polish missionary.
Etykiety:
Barack Obama,
dowcip o Obamnie,
Prezydent USA,
Radosław Sikorski,
USA,
wizyta
Akt I kamień wmurowane. Ciekawy wpis Prezydenta.
W sobotę w Gdańsku Pan Prezydent Bronisław Maria Bul-Komorowski wmurował kamień węgielny pod Europejskie Centrum Solidarności.
Wziął też udział w grupowej erekcji, poprzez osobisty wpis wraz z innymi erekcjonistami pod Aktem Erekcyjnym.
Wałęsy nie było, bo focha strzelił.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
