Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bajka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 listopada 2015

O lisku Tomku


 A teraz miła dziatwo, usiądźcie grzecznie i posłuchajcie bajki o lisku Tomku.

Pewna rodzina znalazła pod drzewem młodego lisa.
Przygarnęła go i odkarmiła.
Lis dostał imię Tomek i mieszkał w obejściu, gdzie bawił się wesoło aż do jesieni.
Wtedy to z lisa Tomka wyszła prawdziwa natura i począł zagryzać kury oraz kaczki.
Rodzina wściekła się i czym prędzej wygnała Tomka do lasu, łupiąc po grzbiecie kijem, żeby nigdy już nie wracał.
Przerażony lis wbiegł w gąszcze i gnał przed siebie przerażony, aż wybiegł na polanę.
Tam na jego nieszczęście ulokował swoje stanowisko myśliwy.
Jednym strzałem położył trupem zdezorientowanego i nie przygotowanego do życia na wolności lisa.
Z futra myśliwy zrobił sobie czapkę a truchło zakopał pod drzewem.
Po niedługim czasie czapkę zjadły mole i trzeba było ja wyrzucić.
Tak też po lisie Tomku nawet ślad nie został.

A propos, nie czekajcie na nowe odcinki „Tomasz Lis na żywo“....

niedziela, 20 stycznia 2013

Bajka o Stuleyce zwanej Czerwonym Paskudnym Kapturkiem


Dziś coś dla dzieci... (może być na dobranoc)

Była sobie raz mała brzydka księżniczka o imieniu Stuleyka.
Każdy,  kto na nią spojrzał odwracał wzrok i z obrzydzeniem mówił: „Tfu, jak mogą być dzieci tak paskudne... To chyba tyko kariera zawodowa przed nią, bo życie rodzinne to nie dla niej... “.
Była ulubienicą babuni swej, starej i stetryczałej Krasnoarmiejki, która radaby jej była dać wszystko, co tylko jest na świecie, z wyjatkiem godnej pensji i wybornej fuchy w resorcie, bo takich koneksji już niestety nie posiadała.
Pewnego dnia  babcia podarowała jej aksamitny kapturek, w którym tak pięknie wyglądała, że nie chciała włożyć już innej czapeczki.
Kapturek był czerwony, miał z przodu gwiazdkę i Stuleyka wyglądała w nim jak siostra stada millerowych krasnoludów zamieszkujących „Zgniły Zagajnik“.
Chodziła ciągle w swym czerwonym kapturku i przezwano ją też „Czerwonym (ale Paskudnym) Kapturkiem”.
Razu pewnego powiedziała jej ciotka Platformenia: — Masz tu smaczną pizzę z Biedronki i flaszkę taniego wina oraz umowę zawieszenia broni.
Weźmiesz też ze sobą rękopis mowy oskarżycielskiej i potępiającej opozycję.
Zanieś to babuni. Ma kaca, jest chora i bezsilna, pokrzepi się i wzmocni a co za tym idzie będzie miała siłę wspomóc nas w walce z wrogiem.
Idź, zanim się zrobi gorąco, bądź uważna, nie schodź z drogi, bo biegając mogłabyś stłuc flaszkę, a wówczas babuni nic by się nie dostało. Przyszło by jej chlać paskudny kefir i tylko pieprzyć trzy-po-trzy w programach telewizyjnych drugiej kategorii.
Gdy zaś przyjdziesz, nie rozglądaj się po kątach, co by tu od babuni wydębić ale powitaj grzecznie staruszkę.
Stuleyka przyrzekła ciotce, że wszystko spełni jak należy.
Babka mieszkała w głębi zgniłego zagajnika, o dwadzieścia trzy minuty drogi od Bizancjum ciotki. Gdy dziewczynka znalazła się w lesie, napotkała kota. Nie wiedziała ona, co to za zły zwierz, przeto nie przestraszyła się go wcale.
— Dzień dobry, Stuleyko-Czerwony Pakudny Kapturku! — powiedział kot.
— Dzień dobry, kocie! — odrzekła uprzejmie.
— Pali-kocie — wtrącił kot i zaciągnął się marihuaną — dokąd to zmierzasz tak rano? — dodał.
— Do babuni Krasnoarmiejki.
— Co niesiesz pod fartuszkiem?
— Pizzę z Biedonki i tanie winko. Niosę to babuni. Jest stara, skacowana i wycieńczona, posili się, przetrzeźwieje i orzeźwi.
— A gdzież to mieszka twoja babunia?
— Dobry kawał drogi stąd. Komitet jej stoi pod trzema leninami, wokoło są krzaki dorodnej komuny, trafisz tam łatwo.
Pali-kot pomyślał: „Smaczny to dla mnie kąsek z tej małej, lepszy jeszcze, niż stara babka Krasnoarmiejka. Muszę się wziąć mądrze do rzeczy, by mi obydwie wpadły w zęby.”
Starą wpierw w całości połknę z elektoratem a Stuleykę później.
Będę nią z wnętrza organizmu mojego sterował.
Szedł przez chwilę obok dziewczynki, potem zaś rzekł:
— Spójrzno, jakie piękne zioła wokoło. Czemu na nie nie patrzysz? Zda mi się, że nie słyszysz nawet pisku biedy. Idziesz prosto przed siebie jak leming jaki, a w lesie tak miło, że aż się serce raduje.
Stuleyka podniosła oczy i zobaczywszy drzewa oblane migotliwymi promieniami słońca, oraz mnóstwo ślicznego zioła, pomyślała: „Ucieszyłaby się babunia, gdybym jej przyniosła faję. Jeszcze wcześnie i zdążę na czas.” — Potem zeszła z drogi i ruszyła w las za ziołem. Zerwawszy nieco, spostrzegała zaraz bibułki i gilzy, przeto zagłębiała się w las coraz to dalej. Zaś pali-kot poszedł prosto do domu babki i zapukał.
— Kto tam? — zapytała babka Krasnoarmiejka.
— To ja, Czerwony Paskudny Kapturek, twoja Stuleyka! — rzekł pali-kot. — Przynoszę pizzę z Biedronki i tanie winko, wpuść mnie, babuniu.
— Naciśnij klamkę — powiedziała staruszka, — jestem skacowana, słaba i nie mogę wstać, bo mam helikopter we łbie.
Pali-kot wszedł; nie mówiąc słowa, zbliżył się do starej lewcy i połknął ją. Potem ubrał się w jej odzież i w czapkę budionnówkę, legł w łóżku i zasunął firanki.
Tymczasem Stuleyka biegała za ziołem i dopiero, gdy zebrała go tyle, że ledwo unieść mogła, przypomniała sobie o babce i poszła prędko do niej. Zdziwiło ją bardzo, że zastała drzwi otwarte, gdy zaś weszła, zrobiło jej się jakoś nieswojo.
Pomyślała; „Jakże tu jakoś straszno dzisiaj, chociaż zawsze było mi bardzo wesoło u babuni”. Śmierdzi ziołem, alpagą oraz słychać pedalską muzę.
— Dzień dobry babuniu! — zawołała Stuleyka, ale nikt nie odpowiedział.
Podeszła do łóżka, rozsunęła firanki i zobaczyła, że babunia leży, z czapką  wsuniętą głęboko na twarz. Wyglądała jakoś bardzo dziwnie.
— Babuniu! — powiedziała dziewczynka. — Jakież ty masz wielkie uszy!?
— Bym cię lepiej słyszała, co twoja ciotka kazała mi przekazać, — odparł pali-kot, udając babunię.
— A jakie ogromne oczy!?
— Bym cię lepiej widziała i byś nie mogła mi się schować.
— A jakie ogromne ręce!?
— Bym cię mogła lepiej schwytać i tobą sterować.
— A jaką ogromną paszczę!?
— Bym ci mogła więcej nagadać i nabajdurzyć.
— A jakie wielkie zęby!? A dlaczego ty w ogóle masz zęby babciu Krasnoarmiejko???
— A mam, ale to są sztuczne... Mam, by nikt nie pomylił mojej gęby z tyłkiem...
Rzekłszy to, wyskoczył pali-kot z łóżka i połknął biedną Stuleykę.
Nasyciwszy się kobietami, pali-kot spalił zioło, zeżarł pizzę z Biedronki, wypił tanie winko, położył się z powrotem i zaczął głośno chrapać orz puszczać bąki.
Niezadługo zjawił się pod domem gajowy Bul-Nadzieja i pomyślał; „Coś za głośno chrapie dziś staruszka. Może mocnej się zaprawiła wczoraj? Muszę zobaczyć, czy nie ma delirki”. Wszedł i zbliżywszy się do łóżka, poczuł zapach alpagi oraz zioła.
— Tuś mi stary łotrze! — zawołał gajowy widząc pali-kota w stroju babci. — Dawno cię szukam!
Powiedziawszy to, chciał już wziąć na cel pali-kota, ale wpadło mu do głowy, że może pożarł on Krasnoarmiejkę i że może da się ją jeszcze ocalić. Nie strzelił więc, ale rozpruł nożyczkami brzuch śpiącego zwierzęcia, niczym Zbój Rostowskój domowe budżety Polaków. Po kilku cięciach ujrzał babkę Krasnoarmiejkę, a gdy uczynił jeszcze kilka cięć, wyskoczyła Stuleyka i zawołała: — Ach, jakem się przelękła! Jakże ciemno było w brzuchu Pali-kota! Uratowałeś mnię w ostatneij chwili - już prawie mijałam dwunastnicę...
Także i babka wyszła żywa jeszcze, ale strasznie zdyszana, bo w mieszance pizzy i alpagi sporo czasu pływała.
Tymczasem Stuleyka przyniosła prędko kilka tomów akt oraz oskarżeń i wypełniono nimi brzuch pali-kota.  Ten zerwał się, chciał uciekać, ale akta i oskarżenia były tak ciężkie, że padł na ziemię i miał niestrawności.
Wszyscy troje radowali się bardzo. Gajowy ściągnął z Pali-kota skórę i poszedł z nią do Pałacu, bo właśnie Aniadziadzia na obiad wołała. Babunia zaś zjadła kawałek podgardla  Pali-kota, popiła krwią z aorty i wyzdrowiała.
A Stuleyka pomyślała sobie: „Póki życia, nie zejdę już z drogi wytyczonej przez ciotkę Platformenię i nie dam się przekabacić żadnemu Pali-kotowi .”
Po czym żyła długo i szczęśliwie, dopóki jej jakiś ciućma drzwi od mieszkania nie wymalował... ale to inna bajka.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Nowy bajer Premiera

Dzisiaj coś dla najmłodszych.
Wielce pouczająca bajka pochodząca z bajkowej klasyki.
Aż szkoda, ze niektórzy dorośli jej nie znają...

sobota, 19 kwietnia 2008

O Lulku i Wielkiej Księdze Największej Mądrości (bajka współczesna)

Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K * Y A R R O K *
Poważany przez skrzatów niezmiernie, redaktor Lulek Skryba oddawał się właśnie skomplikowanemu zabiegowi wyciągania ze swoich trzewiczków wystającej, jeszcze zeszłorocznej słomy i upychaniu jej ponownie głęboko w bucikach. Ach, ileż to ździebełek zmieściło się w skrzacich kamaszkach i ile ciepła w ostatnie mroźne zimy dała spracowanym nóżynkom złota, zbożowa pierzynka.

Dzięki takiemu, to właśnie staremu zwyczajowi krasnali, mógł Lulek spokojnie pisać swoje odkrywcze teksty, nie martwiąc się o spracowane kończyny w mroźny czas. Teraz mimo, że śniegi już odpuściły a i słonko zawieszone wysoko na niebie mocniej grzało, Lulek ochoczo i z zapałem utykał nadal słomę w trzewikach, ciesząc się na myśl o rozchodzącym się po nóżkach przyjemnym ciepełku. Niektóre skrzaty śmiały się z niego, wytykając Lulkowi niedbalstwo w ubiorze, bo czasami w ważnych chwilach słoma mu z trzewików wychodziła i wyglądała znad cholewek zalotnie.

Takim to pracom miłym oddawał się właśnie redaktor, gdy do drzwi jego domku zapukał ktoś energicznie. Redaktor Lulek podniósł głowę i z odrobiną nonszalancji, językiem przełożył uprzednio wyjętą z obuwia słomkę, z lewego kącika ust w prawy.

- Wchodzić!

- Lulku, Lulku słuchaj, grupa skrzatów szykuje jakiś bojkot – zawołali od progu dwaj zasapani i łapiący łapczywie powietrze krasnale.

- Biegliśmy tu do Ciebie pospiesznie, byś napisał coś, może wyśmiał i jakby udało się też obraził kogoś – byłoby pysznie i krasnalo-fest !

Tu zawiesili głos i spod spuszczonych głów nieśmiało zerkali na Lulka, oczekując choćby jednego spojrzenia w ich stronę.
Redaktor tylko przez chwilę lekko zwrócił w ich stronę uniesioną wysoko głowę, nie zawieszając jednak na obu postaciach wzroku., wyrzucił z siebie, z charakterystyczną manierą

– A poszli w cholerę, spadać mi stąd, sam wiem co mam robić!

Redaktor Lulek nigdy nie patrzył na niższych w hierarchii społecznej od siebie. Dumnie unosił głowę i dawał się uwielbiać, mrucząc przy tym ciepło, i powtarzając jak mantrę: „hunwejbini, pałkarze, hołota i Czciciele JarKacza, hunwejbini, pałkarze,...”.

Zgięci w pół, w poddańczym ukłonie obaj krasnale szybko oddalili się, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku całując przy wyjściu klamkę w chatce Lulka.
Lulek Skryba znów językiem przełożył słomkę, tym razem z prawego kącika ust w lewy.

– Oj, tym razem dam popalić. Tak opiszę ten bojkot, że wszystkim buty pospadają. Może nawet od głupków nawyzywam i wytknę nieuctwo a na koniec się obrażę!

- Będzie smakowicie i postępowo.

Tu Lulek lekko uśmiechnął się pod nosem i kilkakrotnie przetarł palcem szkło binokla.

- Gdzie ja położyłem „Wielką Księgę Największej Mądrości”?

- Zaraz, zaraz ostatnio leżała na stole, później nosiłem ją ze sobą po ogrodzie i przykładałem do czoła, aby mądrość przepłynęła do głowy... a co później?

„Wielka Księga Największej Mądrości” była niezbędna Lulkowi przy pisaniu „mądrych i obiektywnych tekstów”. Stanowiła nieocenione wprost źródło mądrości i obficie rodziła nasiona geniuszu, które to Skryba usilnie sadził od wielu lat pod skrzacią czapeczką. Z Księgą, Lulek Skryba dostępował objawienia zwanego „zjadłwszystkierozumy” i był bezkonkurencyjnym w głoszeniu jedynie słusznych poglądów oraz prawd objawionych.

- Gdzież ona jest, ... a może na najwyższej półeczce w mojej wielkiej skrzatbibliotece?

- Tak, tam ją chyba ostatnio kładłem.


- Dobrze ją schowałem –
uśmiechnął się półgębkiem Lulek - tylu hunwejbinów, pałkarzy i Czcicieli JarKacza się teraz po domach kręci, że trzeba uważać.

- Drabina, gdzie jest drabina?


- Przecież nie sięgnę nic z najwyższej półki bez drabiny – skonstatował krasnal.

- Zaraz..., a jest, drewniana, moja ulubiona.... hop, jeden drugi trzeci szczebel, no jestem już ....

- Chwilka, chwilka, gdzie ta książka może stać – zmarszczył czoło i zamyślił się Lulek. Lekko przesunął palcami po grzbietach ustawionych jak pod linijkę ksiąg i następnie zdmuchnął z nich kurz.

- O, może to będzie ta książka? - Mocnym ruchem palca wskazującego uchwycił od góry grzbiet i nie bez trudu wyjął wolumin. Ponownie zdmuchnął kurz obficie oblepiający okładkę i otworzył księgę na przypadkowej stronie.

- Zaraz, co tu mamy – „Ein Mensch Haben Zwei Baben...“ - wyrecytował w języku organizacyjnym Lulek.

- Nie, to nie to, to jest samouczek językowy z pracy – westchnął i wsunął księgę ponownie w wolne miejsce. Przekrzywiwszy nieco głowę starał się teraz odczytać tytuły na grzbietach rzędów ksiąg.


Trzeba dodać, że zadanie nie było łatwe. Lulek Skryba posiadał wprawdzie tylko trzy tytuły w księgozbiorze, lecz ponad dwieście ksiąg. Choć brzmi to dziwnie, jest faktem. W księgozbiorze redaktora, prócz tak uporczywie poszukiwanej „Wielkiej Księgi Największej Mądrości” i odnalezionego przed chwilą „Samouczka języka organizacyjnego” pozostałe miejsca na półkach zajmowały księgi autorstwa Redaktora Lulka Skryby – 220 sztuk obszernego wywiadu z jednym ministrem, który zasłynął z tego, że gdy mu odebrano resort to się popłakał i obraził a potem odszedł do innej partii, gdzie dostał w nagrodę inny resort.
Książka cieszyła się wielkim wzięciem wśród skrzatów. Każdy brał ją, gdyż myślał, że Skryba rozprowadza ją gratis, lecz gdy przychodziło do płacenia zwracał autorowi i czmychał do domu. W związku z takim obrotem sytuacji redaktor stał się posiadaczem całkiem niemałego księgozbioru i mógł imponować innym krasnalom.

- „Ejkum, kejkum – tam do czarta, gdzie ta księga wiele warta” – Lulek wyrecytował cicho, niby od niechcenia tajemne zaklęcie i wychylił się niebezpiecznie poza podstawę drabiny. Kątem oka dostrzegł czerwoną księgę, stojącą prawie na samym końcu półki.

- Magia działa, magia działa.... – wykrzyknął.

- Mam ją, jest – ręką Lulka wędrował po woli lecz nieuchronnie w stronę czerwieni grzbietu. Jednocześnie drabina dźwigająca jego osobę pochylała się i potrzaskiwała złowieszczo.

- Jeszcze trochę, jeszcze trochę..... mam.....eee, .... mam ją!

W tym momencie klamerką skrzatowego czasu spięte zostały dwa zdarzenia. W jednej chwili Lulek uchwycił księgę i trzeszcząca podstawa drabiny skapitulowała.

- Laboga, laboga – były to ostatnie słowa spadającego redaktora Skryby przed niemiłym kontaktem z podłożem. Jeszcze tylko zdążył zarejestrować mocne uderzeniem w czoło podążającą za nim czerwoną księgą.

Lulek Skryba uchylił oko. Niepewnie przesunął gałką oczną w lewo, później prawo.

- Chyba żyję, skoro patrzę – pomyślał – a skoro patrzę to żyję – dokończył i rad ze swego geniuszu filozoficznego uniósł się do pozycji siedzącej. Przesunął ręką po głowie i syknął z bólu. Nad okiem, pod skrzat-czapeczką wyczuł bolesnego guza, który palił i nabrzmiewał.
Rozejrzał się dookoła. Nieopodal rozkraczona z połamanymi szczeblami leżała nieszczęsna drabina a obok naddarta czerwona księga.

- Moja książeczka, moja kochana książeczka – wybuchnął płaczem Lulek – zniszczona, podarta – jak ja teraz dostąpię objawienia zwanego „zjadłwszystkierozumy”, jak teraz naubliżam hunwejbinow, pałkarzom i Czcicielom JarKacza? O ja nieszczęśliwy.

- Ale zaraz, może klejem ze starych nieświeżych skarpet uda się jeszcze ją skleić – pomyślał i sięgnął po pędzel i puszkę z brunatnym mazidłem.

- „Raz dokoła, raz dokoła, czy smród księgę skleić zdoła?” – zaintonował tylko sobie znane zaklęcie.

– A do tego jeszcze obwoluta wierzchnia podarta i ... - tu urwał i aż zamarł z wrażenia. Poczuł jak krew uderza mu do głowy, serce wali jak młotem a nabity guz niepokojąco mocno pulsuje. Rozdarta papierowa, czerwona obwoluta, całe lata skrywająca właściwą okładkę, odsłaniała teraz prawdziwy tytuł wielbionej tak księgi! Cedząc słowa przez zęby, trzęsącym się głosem Lulek Skryba odczytał bijący po oczach złotymi literami napis – „Wielka Księga Bzdury i Impertynencji”

- Och, ja nieszczęśliwy, och ja biedny, laboga, ejkum kejkum, co będzie teraz? Co będzie gdy się wyda, że objawienie zwane „zjadłwszystkierozumy” to zwykła bzdura a moje komentarze i blogi przesiąknięte są pospolitą impertynencją? Co będzie?

Lulek podparłszy głowę na zabrudzonych kurzem i klejem ze skarpet dłoniach dumał, siedząc na podłodze do późnego wieczora. Przed oczami przewijały mu się różne sytuacje, które był w stanie spotkać go teraz, po wyjściu na jaw wielkiego oszustwa i manipulacji. Widział jak wszystkie skrzaty wytykają go palcami, skandując „ Lulku nasz – co pod obwolutą masz”.
Widział też, jak zastępy hunwejbinów, pałkarzy i Czcicieli JarKacza nabiją się z niego do rozpuku. Nawet znajomy minister (ten, który najpierw się popłakał, a później obraził, odszedł i doszedł do innej partii) drwiąc z jego czapeczki i guza, przykleja go klejem z nieświeżych skarpet do okładki „Wielkiej Księgi Bzdury i Impertynencji”.

Dość!!! Czas działać, nie dopuścić do kompromitacji.

Lulek sięgnął dłonią do szuflady w skrzatbiurku. Wykonał nią okrężny ruch i wydobył czarny pisak. Gruby wodoodporny mazak służący do zamazywania rzeczywistości przy pisaniu materiałów dziennikarskich. Zdjął skuwkę i kilkoma ruchami ręki zamazał złote litery tytułu na książce, po czym już własnoręcznie napisał obok „Wielka Księga Największej Mądrości”.

- No, teraz wszystko jest po staremu – uśmiechnął się nieco szyderczo.

- Niech dalej myślą, że mam objawienia zwane „zjadłwszystkierozumy”, głoszę jedynie słuszne poglądu i ubliżam najpyszniej pod słońcem, bo mi wolno.

- A że księga śmierdzi nie przymierzając jak stare skarpety, nic to, przyjdzie przywyknąć.

Zadowolony siebie Lulek Skryba rozsiadł się wygodnie na swoim skrzat-foteliku i przy pomocy książki z odręcznie napisanym tytułem „Wielka Księga Największej Mądrości” rozpoczął tworzenie kolejnego epokowego dzieła tępiącego hunwejbinów, pałkarzy i Czcicieli JarKacza, sporadycznie poprawiając przy tym palcem słomę, nadal wyglądającą zalotnie znad jego cholewek.
(C.D.N.N.)*
*Ciąg Dalszy Nie Nastąpi