środa, 17 sierpnia 2011
Kabaret Strasznych Panów - Schetyna ach Schetyna
Piosenka powstała w czasie afery hazardowej, zaraz po odwołaniu przez Tuska Grzegorza Schetyny z funkcji szefa MSWiA.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Jeden, dwa, trzy – sprintem po njusach (5)
Czy premier zmieni obiekt kibicowskiej miłości
"Nie jesteś, nie byłeś, nie będziesz nigdy kibicem Lechii!" - taki transparent z podobizną premiera Donalda Tuska wywiesili fani Lechii Gdańsk podczas meczu z Cracovią na inaugurację PGE Areny w Gdańsk.
Ból straszny i przykrość wyrządzili tym samym człowiekowi, który z tak wielką radością i nieukrywanym sadystycznym zawzięciem zamykał jeszcze niedawno stadiony w Polsce i obrażał kibiców.
Można napisać - brak wdzięczności ze strony fanów dotknął premiera w najczulszy punkt. Czyżby jedynym miejscem gdzie jeszcze nie gwiżdże się i nie wywiesza transparentów antytuskowych pozostawały „Orliki”?
Oczywiście, że nie.
Nawet tam trafiają się ekscesy w postaci nieprzychylnych bannerów.
Jedynym ratunkiem dla Donalda Tuska jest kibicowanie drużynie w miejscu, gdzie mimo ogólnokibicowskiego spadku popularności premiera, nic nie jest w stanie zachwiać jego pozycji.
Tylko tam gdzie „twardy elektorat” platformy i Donalda Tuska rządzi na stadionach.
Ale gdzie ich szukać?
Rzecz jasna w Zakładach Karnych!
W ostatnich wyborach partia rządząca pod świetlanym przywództwem premiera, w więzieniach zdobyła poparcie na poziomie ponad 90%!
Zatem Wronki, Sztum, Nowy Wiśnicz, Goleniów, Brzeg itd. czekają na honorowego kibica.
Istnieją przecież wewnętrzne rozgrywki międzyzakładowe ośrodków penitencjarnych.
Gdyby głupota umiała latać...
"Jarosław Kaczyński zwołał na dziś konferencję STOP BENZYNIE PO 6 ZŁ! Przecież ten człowiek nigdy nie trzymał rękojeści dystrybutora w ręce!
Nie ma prawa jazdy, samochodu. Całe życie na państwowym wikcie samochodowym (...) - czytamy na stronie Ruchu Palikota. Ma to być niby odezwa, niby apel połączone z niby dowcipem.
Jak zresztą zawsze RPP trafił kulą w płot, czyli spieprzył co to miał niby obśmiać.
Aby śmieszyć trzeba posiadać choć gram inteligencji i tegoż humoru poczucia.
Trzeba być też posiadaczem niezwykle cennej umiejętność logicznego myślenia, co w przypadku krytyki czyjegoś postępowania jest wręcz niezbędne.
Co ma zatem posiadanie prawa jazdy czy trzymanie lub nietrzymanie rękojeści dystrybutora do niezadowolenia z wyżyłowanych cen za benzynę?
Nic.
Wszystkim inteligentnym inaczej propagandzistom Ruchu Palikota polecam mimo wszystko iść dalej tą linią. Będzie się z kogo ponabijać.
Do wykorzystania i obśmiania pozostaje szczególnie wystąpienie Palikota w sprawie wycofania wojsk z Afganistanu (co ten Palikot pi..przy, przecież w wojsku nie był, wozem opancerzonym po pustyni nie jeździł?!), oraz jego krytyka systemu emerytalnego (również Palikot pi..przy, przecież emerytem też nie był?!).
Tak lubiany niegdyś dr Strosmajer z czeskiego tasiemca „Szpital na peryferiach”, raczył w którymś odcinku powiedzieć do jednej z pielęgniarek: „Gdyby głupota umiała latać, fruwała by Pani jak gołębica (...)”.
Oj, gdyby głupota umiała latać, to Ruch Poparcia Palikota zakłócił by nam w sposób krytyczny ruch powietrzny w kraju.
Oh, my god.... cейчас я министр России?
Niezrównany cenzor Internetu i niestrudzony bojownik o dobre imię własne Sikorski Radosław (ksywa Radek), podzielił się z czytelnikami stron Onetu.pl informacją o własnej próbie wywierania nacisku na Śp. Lecha Kaczyńskiego w kwestii jego wizyty w Rosji, w 2010 roku.
„Publicznie prosiłem prezydenta Kaczyńskiego, aby jechał do Charkowa i Miednoje. Wiem, że podobnie argumentowali niektórzy jego współpracownicy. Szkoda, że nie usłuchał(...)
Nie posłuchał i zginął w wypadku lotniczym.
To pamiętamy.
Czy zatem jego „prośba” wyrażona publicznie w programie Tomasza Lisa, była tylko prośbą?
Dziwnie nasuwa się na usta słowo „ultimatum”.
Dziś wiemy, że program wizyty polskiej delegacji w Rosji (w 2010 roku) Sikorski z Tuskiem szykowali już w 2009 roku. Rzecz jasna w ścisłym porozumieniu ze stroną rosyjską, w tym z Putinem i Miedwiediewem, natomiast bez porozumienia z Głową naszego Państwa.
Tak się chłopaki zaangażowali w te przygotowania, że zapomnieli o wszystkim na bieżąco informować Prezydenta Polski.
Szczególnie szef MSZ miał pełne ręce roboty, do tego stopnia że mu się, być może nawet z przemęczenia prezydenci pomylili.
Ustalał z ruskim, to co powinien wpierw z Prezydentem Polski ustalić.
Taki człowiek zarobiony....że już nie wie u kogo teraz robi.
sobota, 13 sierpnia 2011
Adam nie żyje (tekst do Wikipedii)
Dowodami na prawdziwość tego podania mają być ukryte informacje zawarte głównie w dokumentach partyjnych, SB, Milicji Obywatelskiej oraz przekazy poprzez tzw. backmasking w pismach drugiego i pierwszego obiegu dokonane przez samego „nowego” Michnika.
HISTORIA LEGENDY
W formie pisemnej plotka(?) o śmierci Michnika pierwszy raz pojawiła się 25 września 1969 roku w gazetce drugiego obiegu „Wolność i Praca”. Informację tę podpisał Tomasz Wolski (pseudonim?). Materiał powstał po tym, gdy tajemniczy ktoś, przedstawiając się jako emeryt (kierowca, pracownik FSO), zwierzył mu się, że wie o śmierci człowieka, studenta który zmarł na jego oczach a mimo to widziany jest wśród żywych. Spotkanie miało miejsce w kościele Św. Krzyża w Warszawie.
Emeryt zasugerował również Wolskiemu, by ten przestudiował teksty niejakiego Andrzeja Zagozdy we „Więzi”. Na potwierdzenie swojej hipotezy o „żyjącym umarłym”, przeczytał zapisany na skrawku papieru fragment artykułu tegoż Zagozdy uznany przez niego jako backmasking: „(...)Należałem do komunistów w sześćdziesiątych latach. Nie będę ukrywał, że coś mieliśmy wspólnego z trockizmem. Uważałem, że komunistyczna Polska to moja Polska. To było dawno. Niektórzy sztandar zwijali na końcu, wiele za późno. Taki los był Ramusa, kolegi, który zresztą dawno nie żyje.(...)”
Uwagę zwraca fragment o koledze Ramusie. Kim był ten Ramus i po co „nowy” Michnik o nim wspomina? Według informatora jest w tym zaszyfrowana informacja o śmierci prawdziwego Michnika. Czytając „był Ramusa” od tyłu otrzymujemy: „asUMAR Łyb”.
Innym dokumentem wykorzystanym jako backmasking jest fragment tekstu Zagozdy z 1970 roku, opisujący znajomego o nazwisku Aram Mełram (podobno emigrant z Osetii), który jeszcze pod koniec 1968 roku uciekł z Polski promem do Szwecji, a następnie zamieszkał we Francji. „(...) teraz chasa pan Mełram z panienkami po Paryżu (...) – pisze Zagoda. Budzi zdziwienie błąd ortograficzny popełniony przez Zagozdę. Jest on zrobiony celowo by można było wspak przeczytać: ZMARŁEM NA PASACH.
Do niedawna pozostawały jeszcze w archiwach SB dokumenty opisujące wypadek z dnia 30 stycznia 1968 roku. Zadziwiał jednak w nich brak spójności, co do konkluzji i efektu.
Milicyjne raporty opisywały kraksę zakończoną śmiercią przechodnia, natomiast dokumenty służb specjalnych pisały tylko o incydencie i udzielonej drobnej pomocy lekarskiej dla pieszego. Niestety owe raporty zaginęły między 12 kwietnia a 27 czerwca 1990 roku.
Taką przynajmniej wersję podaje emerytowany major SB Mieczysław Kożuch.
OKOLICZNOŚCI RZEKOMEJ ŚMIERCI I ZASTĄPIENIA SOBOWTÓREM
30 stycznia 1968 roku, tuż przed północą, Adam Michnik wracał do domu po rozpędzeniu przez milicję demonstracji studenckiej pod pomnikiem A. Mickiewicza.
Po pożegnaniu z kolgami Modzelewskim i Szlajferem (na wysokości Hotelu Bristol) udał się w kierunku Nowego Światu.
Będąc przed skrzyżowaniem Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Królewskiej, nie zauważył jadącej od strony Ogrodu Saskiego szarej warszawy.
Pewnym krokiem wszedł na przejście dla pieszych, mimo czerwonego światła.
Kierowca samochodu (emerytowany pracownik FSO) nie miał szans wyhamować.
Potrącił pieszego i mimo natychmiastowo udzielonej pomocy oraz reanimacji stwierdził po kilku minutach, że ofiara nie żyje.
Po chwili na miejsce przybyła ekipa milicji obywatelskiej pod dowództwem młodego kapitana Kozuba (Kozeba?). Spisano okoliczności oraz dane osobowe kierowcy.
Ciało przewieziono do Zakładu Kryminalistyki KG MO, gdyż jeden z milicjantów rozpoznał w nieboszczyku syna byłego prominentnego działacza partyjnego.
Po ustaleniu przyczyn wypadku i okoliczności a także roli Adama Michnika w demonstracjach studenckich, postanowiono w porozumieniu z anonimowym (gen. Tadeusz Pietrzak?) wysokim funkcjonariuszem bezpieczeństwa, że śmierć Michnika zostanie utajniona a w jego miejsce podstawiony sobowtór.
Informacja o śmierci młodego demonstranta, jednego z bardziej aktywnych uczestników zamieszek, mogła źle wpłynąć na wizerunek i tak krytykowanej na zachodzie władzy.
Nikt nie uwierzył by w pospolity wypadek, zaczęto by snuć domysły, dorabiać fakty...
Oficjalnie podano, że Michnik znalazł się w gronie 35 zatrzymanych w trakcie demonstracji studenckich i przebywa w areszcie milicyjnym.
Znalezienie sobowtóra zmarłego Michnika, okazało się bardzo proste.
Służba Bezpieczeństwa dysponowała aktami osobowymi niejakiego Szymona Albina Landaua, pracownika Fermentowni Tytoniu w Krasnymstawie.
Landau okazał się łudząco podobny do Michnika, a jedyną widoczną różnicą było 2cm różnicy we wzroście I niekompletne uzębienie. Był też o prawe dwa lata młodszy, lecz tego trudno było się dopatrzyć gołym okiem.
Po odpowiednim “przystosowaniu” sobowtóra do nowej roli, 14 lutego 1968 roku nowy Adam Michnik wyszedł z aresztu na wolność.
Początkowo informacja o śmiertelnym potrąceniu “młodego człowieka” na przejściu dla pieszych, w nocy 30 stycznia 1968 roku miała znaleźć się w rubryce wypadków “Życia Warszawy” już w czwartek 1 lutego, lecz po interwencji oficera bezpieki (wysłanego przez samego Zenona Kliszkę) u redaktora naczelnego gazety Henryka Korotyńskiego, informację zdjęto.
ZAKOŃCZENIE
Rozwój Internetu przyczynił się do tego, że za pośrednictwem Facebooka powstały utajnione grupy badaczy, których członkowie twierdzą, że Michnik przed i po 1968 roku to niekoniecznie ta sama osoba.
Jak podają, istnieją widoczne różnice między Michnikiem „tamtym” i „tym”.
Adam Michnik posiada pieprzyk na lewym policzku, podczas gdy przed 1968 rokiem takiego pieprzyka nie miał. Miał za to rozciętą dolną wargę – efekt wypadku rowerowego. Teraz śladu po rozcięciu nie ma.
Dawny Michnik jąkał się „do przodu” i zacinał, natomiast dziś tylko się zacina.
Na potwierdzenie hipotezy można jeszcze podać zaskakującą metamorfozę Michnika w kwestiach politycznych, przed 1968 rokiem i po.
Legenda ciągle skupia na sobie wielką ciekawość i budzi zainteresowanie coraz szerszych kręgów badaczy.
Emerytowany major SB Mieczysław Kożuch, autor wielu hipotez i opracowań dotyczących podmiany osoby Adama Michnika, jednoznacznie i zdecydowanie potwierdza ten fakt.
Z drugiej strony Adam Michnik, pytany o legendę stwierdzi: „To stek bzdur. Wszystko wymyślono”.
Kwestia wiarygodności przekazu jest zatem ciągle sprawą otwartą.
środa, 10 sierpnia 2011
Krótka baśń o opowiadaniu pierdół
A zaczęło się tak niepozornie.
Jeden cudak zapowiedział, że będziemy mięli drugą Irlandię.
Zaraz szum się wielki zrobił.
Młodzi wykształceni uwierzyli mu, a cudak wygrał wybory.
Faktycznie Polska w niedługim czasie stała się drugą Irlandią.
Ale nie na skutek działań cudaka.
Ot, niemiłosierny kryzys światowy dopadł zieloną wyspę, tak że bezrobocie, bieda socjalna oraz degeneracja polityczna doprowadziła biednych Irlandczyków do poziomu bytowego Polaków z peowskiej Polski.
Taki oto miły zbieg okoliczności się zdarzył.
Cudak jednak uwierzył w swój geniusz, a krąg ministerialnych klakierów nie wyprowadzał go z błędu, przekonując o niezrównanych umiejętnościach.
Blisko cztery lata upłynęły cudakowi wraz z cudaczętami na opowiadaniu coraz to nowych pierdół i markowaniu działań.
Cudak do bajania i pierdołolejstwa talent niepośredni posiadał, toteż zastępy młodych wykształconych a także starych ubabranych uwielbiały jego przemówienia.
Mimo, że państwo po równi pochyłej w przepaść się staczało, cudak koncentrował wysiłki na wymyślaniu coraz bardziej rewolucyjnych bajań, a brawa dostawał od klakierów ogromne.
Część obywateli wprawdzie dostrzegała ogólną bryndzę i kiszkę z grochem fundowaną nam przez panującą trupę, ale cudak stosował sprytny wybieg.
Mianowicie, gdy trzeba było obiecywać lub opowiadać o pozorowanych sukcesach własnych, cudak pokazywał się i promieniał w telewizorze. O porażkach i aferach z udziałem jego cudacząt mówili inni, przeważnie tacy do rozwałki lub odstrzału.
Tak płynęły cudakowi dni, między boiskiem, gdzie cudak za futbolistę się udzielał a telewizorem, gdzie pierdoły niestworzone opowiadał.
Problemem jego stało się niebawem to, że poczęło braknąć mu pomysłów na nowe bajery i pierdoły. Klimat wokół zrobił się nieprzyjemny, toteż cudak aby ratować swój wizerunek zaczął pożerać własne dzieci z własnej kolebki.
Nie szło inaczej.
Na początek zeżarł jednego ciućmę od wojowania, ale niewiele to dało, bo tenże był tylko zakąską i do tego niskokaloryczną. Postanowił zatem cudak pożreć cały „36” zastęp wojowników.
Struł się nimi paskudnie, ale mimo to zabłysnął w towarzystwie, bo pokazał, że tak naprawdę to sam może wszystkim kręcić i żaden ciućma od wojowania nie jest mu w ogóle potrzebny.
Brawa dostał wielkie od dyżurnych klakierów, którzy na poprawę humoru opowiadać poczęli mu o gospodarczych sukcesach, pięknych traktach i imponujących budowlach.
Prym wiódł zwłaszcza jeden cudak na dorobku, który zasłynął z nabożnego przecinania po kilka razy jednej wstęgi na jednym kilometrowym odcinku oddawanej do użytku autostrady.
Cudak polubił tegoż cudaka na dorobku i począł wierzyć mu bez reszty.
Nieco w odstawkę poszedł dotychczasowy dyżurny bajowymyślacz „baśni z tysiąca i jednej murawy” o arabskim pochodzeniu.
Cudak na dorobku kreślił przed cudakiem wizje pałaców, dróg, supersamów, autostrad i osiedli tak długo, aż ten nie padł na kolana i nie obwołał go nietykalnym i cudownym.
Cudaka do tego stopnia zafascynowało tworzenie zrębów nowej architektury platformianej oraz tych kilku kilometrów autostrad, że przed zbliżającą się kampanią wyborczą całą parę skierował w gwizdek i odgwizdał, że hasłem jej będzie: „Polska w budowie”.
Zatem po wybudowaniu drugiej Irlandii, przyszła pora na budowanie pierwszej Polski.
Cudak znów uwierzył w swój geniusz, a krąg ministerialnych klakierów odklepał gromkie brawa.
----
Natenczas w stolicy, partyjna utercudaczka, wierząca w cudaka jak w głosy o swojej mądrości i urodzie, zapragnęła wspomóc kampanię z pozycji prezydentowej miejskiej i do kampanijnej akcji „Polska w budowie” postanowiła włączyć własne sukcesy.
A nie było to łatwo.
Gdzież znaleźć sukcesy, gdy tylko rozbójnicze praktyki ściągania daniny z wszystkiego i byle czego jako działania przedstawić by można.
Cóż zatem się tam ma się znaleźć?
Po tajnych naradach w gronie hersztów i mocarzy platformerskich, wytypowano takie oto dzieła stołecznej herszterii: dokończenie I linii metra, Centrum Nauki Kopernik, stadion Legii, modernizacja Traktu Królewskiego i Placu Grzybowskiego, orliki oraz park fontann na Podzamczu.
Niewtajemniczeni poczęli bić brawo, młodzi wykształceni wykrzykiwali gromkie „hurra” a starzy ubabrani nawet zaintonowali „międzynarodówkę” by dodać powagi sytuacji.
Nieufni i normalni zauważyli jednak, że: do pierwszej linii metra untercudaczka wybudowała tylko trzy ostatnie stacje, w CN Kopernik już 1/3 eksponatów jest popsuta bądź nie działa, stadion Legii jest nie dla kibiców, lecz dla koncernu ITI, Trakt Królewski wyremontowano w podejrzanych okolicznościach, bez przetargu, Plac Grzybowski rok po oddaniu do użytku wygląda jak po działaniach wojennych, orliki zamyka się zaraz po otwarciu, by przeprowadzić remonty a z parku fontann na Pozdamczu odpadają niczym łuski z oczu wyborców kafelki i glazura.
Miejmy nadzieje, że tym razem ani cudak ani untercudaczka ani nawet cudak na dorobku nie będą żyli długo i szczęśliwie.
Przynajmniej nie za nasze i wasze milusińscy pieniążki.
Dla wszystkich bajkoczytaczy - nowy plakat wyborczy cudaka i jego herszterii cudacząt.
wtorek, 9 sierpnia 2011
To nie pętaki z KPP, to wielki Stalin
Nie miał racji Jarosław Marek Rymkiewicz nazywając redaktorów“Gazety Wyborczej” - "duchowymi spadkobiercami KPP".
Obserwując postępowanie organu michnika w stosunku do oponentów, to już raczej metody sowieckiego stalinizmu wypełniają jego normy działań czy postępowań.
Gdzie tam niedoszkolonym i ubogim w metody agentom z Komunistycznej Partii Polski do “fachowców z wyborczej”.
O ile metody KPP były dość siermiężne i polegały głównie na skrytobójczym mordowaniu, wysadzaniu w powietrze czyli dywersji (więcej może powiedzieć na ten temat red. michnik, którego ojciec raczył do KPP należeć) to działania Rodziny Agora, a właściwie jej najzdrowszego jądra, czyli elity dziennikarskiej są o wiele bardziej wysublimowane, niczym tknięte ożywczym dotykiem geniuszu Józefa Wissarionowicza.
Zwrócę się w tym miejscu do cytowanego na wstępnie Pana Jarosława Marka Rymkiewicza;
Wielce Szanowny Panie, czy michnik z kolegami kogoś wysadza w powietrze?
Czy stosuje metody swojego ojca:“próbuje zmienić przemocą ustrój Państwa Polskiego i zastąpić go ustrojem komunistycznym oraz oderwanć od państwa polskiego południowo-wschodnie województwa” ?
Czy wraz z ekipą dokonuje dywersji, podpaleń, umyślnych zniszczeń itp…?
Nie!
Pisał Pan o duchowej spuściźnie, co oczywiście nie może przekładać się na realne działania, tylko samą idee tych działań, ale w efekcie końcowym winna takowa ideea do czynów prowadzić.
Dlatego niech mi będzie wolno nie zgodzić się.
To nie są metody działania “gw”.
Redaktorzy z ul. Czerskiej a także jej regionalni funjkcjonariusze wolą postępować delikatniej, nie brudząc rąk.
Czy nie ładniej jest zaszczuć, ponizyć, osądzić, odsądzać od czci i wiary, a następnie już po wszystkim wbić się w kondukt żałobny a nawet wystawić pomnik?
W dobrym tonie jest też domagać się ukarania winnych, napiętnowania tych, którzy szczuli. Jakichś dowolnie wytypowanych spoza własnego środowiska.
Nie będę ukrywał że, mam cały czas na myśli sprawę Leppera i wykreowaną przez “gw” seksaferę w Samoobronie.
“Bolszewickie” postępowanie “gw” razi niemiłosiernie. Uderzanie w rodzinę i najbliższych polityka, w celu wyeliminowania go z życia publicznego, to iście sowiecka, ba - stalinowska metoda. Na koniec fałszywy żal i szukanie wokoło winnych, by pokazowo móc opłakać zmarłego i wystrugać z jego szkieletu kolejną dzidę na wrogów politycznych.
Dziurki nie zrobić, a krew wyssać – to motto, które zamiast jakiegoś głupkowatego “a nam nie jest wszystko jedno” (co bardziej kojarzy się z bajką Wilk i Zając) winno figurować w winiecie “GW” tuż obok znamienitego czerwonego sztandaru.
Najlepiej pisane cyrlicą.
piątek, 5 sierpnia 2011
Za dużo przypadków. (Andrzej Lepper 1954-2011)
Strasznie dużo osób z politycznych elit pożegnało się z życiem w czasie rządowej kadencji Platformy Obywatelskiej.
Mówią, że to wszystko przypadki, które ponoć po ludziach chodzą.
Może.
Lepper był człowiekiem niewygodnym. Niewygodnym dla wielu polityków i to wbrew temu co mogło by się uważać wcale nie dla Kaczyńskiego i PiSu.
Głównymi wrogami Leppera byli liberałowie i uwłaszczona na ludzkiej krzywdzie lewakokomuna.
Na temat wielu polityków z tych kręgów Andrzej Lepper miał dużą wiedzę, gromadził dokumentację ich nie do końca uczciwych zachowań.
Dziś wiele jego wypowiedzi, szokujących niegdyś nabiera innego wymiaru wobec ujawnionych faktów, choćby ta o Talibach w Klewkach... o znajomościach liderów PO z niejakim „panem S.”...
Media wbijają społeczeństwu w głowę, że Lepper popełnił samobójstwo.
Póki oficjalnie nie ustalone zostaną przyczyny i okoliczności zgonu, wszelkie możliwe przyczyny śmierci mają prawo być rozważane, tym bardziej że nic nie wskazywało na chęć rozstania się z życiem przez Leppera.
Aż trudno uwierzyć w lansowaną teorię.
A może ktoś mu pomógł?
Są osoby pamiętliwe i śmiertelnie mściwe...
------------------------------------------------------------------------
„... Wam nie trzeba pieniędzy (...) No po co wam? Te billboardy to wam z nieba spadają. Aniołki płacą za to, tak? (...) A czy jest prawdą, że również, no, niestety posłowie Sojuszu Lewicy... Też zapytam prokuratora. Pan minister Cimoszewicz w hotelu Victoria 4 marca 2001 r.(...) 120 tys. dolarów. Następnie pan minister Szmajdziński. Carringtona pan zna. 50 tys. Ja pytam: Czy tak było? Do sądu, do prokuratury te dokumenty trafią. Co zrobi prokuratura, zobaczymy. A może byście panowie tak pojechali razem, pan Szmajdziński, pan Tusk i pan Cimoszewicz, na mecz do Wrocławia, Śląsk-Wrocław. Pojedźcie tam na ten mecz. Tam w hotelu Wrocław między godz. 9 a 9.30, 20 kwietnia 2001 r., jeden z was (nie wiecie, który, to porozmawiajcie ze sobą) podobno – ja nie twierdzę, że tak było – podobno otrzymał kwotę 350 tys. dolarów od niejakiego pana S. Jeszcze pan Schetyna też widział to. Panie Tusk, sprawa spotkania pana z nieżyjącym ˝Pershingiem˝. Nie wiem, czy miała miejsce; może pan... Zaprzeczycie na pewno temu. 10 lipca 1998 r. podobno pożyczył panu 300 tys. zł. ...”
Źródło: Wystąpienie A. Leppera w Sejmie, 21 listopada 2001
„...Kończąc, w tej części chciałbym tak powiedzieć. Do pana marszałka Tuska (...) już takiego populizmu i takiej demagogii, to ja nawet nie potrafię powiedzieć. Ale ja wiem dlaczego (...) Bo to nie wy tu siedzicie dzisiaj. I nie pan tam usiądzie. Dlatego jest to zemsta pana za przegrane wybory. Zemsta. No, niestety, fotel prezydenta był blisko, nie ma go. Nie ma go. Ale jest pan młodszy ode mnie, tak że może pan jeszcze zostać prezydentem. Chociaż zrobię wszystko, aby tak nie było. Przeżywacie swoisty szok powyborczy. Ja rozumiem, patrząc na pana minę (...) dwa dni przed wyborami był pan prezydentem, na billboardach było napisane: prezydent Tusk, w Krakowie – premier z Krakowa. A dzisiaj jest premier z Lubuskiego, a prezydent z Warszawy. No i nie ma was. I to jest to...”
Źródło: Stenogram z posiedzenia Sejmu, 10 listopada 2005
wtorek, 2 sierpnia 2011
Jeden, dwa, trzy – sprintem po njusach (4)
No i już po urlopie...
...
Jest raport – znaleźli się też jego entuzjaści
Wydarzeniem sezonu – raport Millera.
Już sam fakt postawienia na czele „niezwykle ważnej komisji” osoby zamieszanej w katastrofę i wymienianej jako jedna z odpowiedzialnych za wypadek, skłania do porównań z postawieniem, dajmy na to Mikołaja Jeżowa na czele „komisji badającej zbrodnie stalinizmu”.
Bardzo trudno przebrnąć przez zawierające parteset stron dzieło pod ideowym i sprawczym przywództwem ministra Jerzego Millera.
A namordował się Miller z kolegami niemiłosiernie, no bo napisać tak, by nic niepoprawnego nie napisać to trudne zadanie.
Sztuka nie powiodła się.
Zgodnie z przewidywaniami, zarówno opozycja jak i rosyjscy przyjaciele nie docenili talentu literackiej grupy i „zjechali” raport niemiłosiernie.
Nie da się mieć cukierka i zjeść cukierka.
Nie da się napełnić brzuszka wilkowi i ocalić owieczkę...
Miller nawet w oczach niezależnych fachowców „przepadł” ze swoim dziełem.
Na osłodę pozostali mu niezawodni michnik i Hypki, którzy to stanęli murem za raportem niczym Tusk za „Panem autostradą” - Grabarczykiem.
Poparcie, ze strony takiej postaci jak michnik jest dla Millera szczególnie cenne, gdyż wyrażone „na wiarę” bez wnikania w fakty.
Michnik do fachowców w dziedzinie katastrof lotniczych raczej nie należy.
Na jego poziomie wiedzy, jedyną katastrofą lotniczą, którą mógłby oceniać z pozycji eksperta jest to, że kiedyś w czasie lotu porzygał się.
Ale zapewne głównie dla takich „fachowców” jest ów raport przeznaczony.
Tragedia narodowa zamiast bohaterskiego zrywu
Jeden dureń, zatrudniony w aparacie państwowym na prominentnym stanowisku, dzień przed rocznicą Powstania Warszawskiego, uznał że biorący udział w patriotycznym zrywie 67 lat temu, to bezmyślne stado baranów dające się prowadzić na rzeź.
Na wielbionym przez tuskowych ministrów Twitterze opublikował głupkowaty wpis o „tragedii narodowej” i zamieścił link do strony jakiegoś stetryczałego historyka-amatora specjalizującego się w opluwaniu dowódców AK i negującego sens oraz poświęcenie powstańców.
Przez wzgląd na (mam nadzieję) czytającą te słowa młodzież pomijam imię i nazwisko tegoż aparatczyka, które to bez stosownych wulgaryzmów nie powinno w obiegu społecznym funkcjonować.
W mediach gotuje się, bohaterowie powstania są wzburzeni, a ów aparatczyk wojażuje po świecie i ma wszystko w ... poważaniu.
Klasę człowieka poznaje się po stosunku do historii własnego Państwa i Narodu.
Po takcie i kindersztubie.
Cóż zatem wymagać po prowincjonalnym chłoptasiu, który mimo że po świecie poobijał się, to najwyraźniej poobijał nie tę częścią ciała, którą powinien.
Nawet fakt posiadania brytyjskiego obywatelstwa w żaden sposób nie gwarantuje londyńskich manier.
Wątpliwości budzi środowisko, którym na wyspach zafascynowany był ów osobnik. Chyba bardziej Wolińska, Brus i Baumann niż Kaczorowski, Urbański i Sabbat...
TVNele morele....
Rocznica Powstania Warszawskiego a w TVNie gość specjalny: Władysław Bartoszewski.
Że niby ekspert i kombatant oraz autorytet.
Na Boga, a co on o Powstaniu może wiedzieć....?
To w kraju brakuje ludzi walczących z bronią w ręku od pierwszego do sześćdziesiątego trzeciego dnia warszawskiego zrywu?
Choć tak naprawdę trudno się dziwić.
Jaka władza – takie autorytety a jakie autorytety taka stacja.