Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bratkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bratkowski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 marca 2010

Bloger Roku 2010!

Zainspirował mnie wpis Ckwadrata. Wpis o epokowym wydarzeniu na platformie blogerskiej Wiadomości24, a mianowicie o nadaniu tytułu „Bloger Roku” w jednej z „dyscyplin” gościowi, który raz popełnił wpis i został doceniony przez zaszczytne jury, zaszczytnym tytułem.

Przyzwyczajeni do przekrętów w wykonaniu „czerwonych piór” czy jak kto woli „indiańskiego” szczepu „Komuszonów piszących”, nie powinniśmy być zdumieni. Wszak to duet największych „niumiałków” dekady (a nawet dwóch) przewodził szacownemu jury. Stefan „Kapciowy M.F.Rakowskiego” Bratkowski oraz Janina „Belfegor” Paradowska tak właśnie zarządzili.

Dodając do tego, że w innych kategoriach zwyciężał właściciel portalu, niejaki „Matka Kurwka”, mamy wyraźny obraz, jakimi kryteriami kierowało się jury. Trudno nie zaryzykować twierdzenia, że choć zmienił się ustrój oraz świat wokoło, to pewien gatunek ludzi, pozostanie jak ten beton – trudny do zarąbania, odporny na wiedzę. Prywata, kumoterstwo i robienie z ludzi idiotów.

Dlatego też moja propozycja jest następująca. Po kiego diabła czekać z wyborem tegorocznego „blogera roku” do końca grudnia? Skoro i tak, co się napisze i ile się napisze i jak się napisze nie ma znaczenia... A załatwić to za jednym zamachem, przy okazji przyznania tytułu „blogera roku 2009”. W końcu będzie działał dopingująco na laureata, taki tytuł przyznany awansem.

Moja wizja wypadków...


Ckadratowi bardzo dziękuje za temat oraz inspirację.

środa, 22 października 2008

Porąbało, pogięło i popieprzyło! Wirus szaleje.

Nie jest to najlepszy okres dla symboli i żywych legend III RP. W ostatnich dniach wiele z tych osób padło ofiarą tajemniczego wirusa, na skutek działań którego, dotknięci nim zachowują się jak „porąbani”, „pogięci” czy też dosadniej mówiąc „popieprzeni”.

Należy zdać sobie sprawę, że w przypadku kilku z zarażonych, proces choroby jest nieodwracalny. Lata nie te, organizm nie ten, generalnie mówiąc tak już zostanie i nic na to nie można poradzić. Może to dobrze, bo na skutek zagadkowej choroby, podobnie jak z pijanych, z zarażonych wirusem wychodzi prawdziwa natura. Spod maski wyziera prawdziwa „gęba”.

Dla hołdujących idei michnikizmu-jaruzelszczyzny, czyli okrągłostołowej filozofii, tajemniczy wirus może być sygnałem do wielkiej paniki. Po prostu bez zabiegów osób trzecich, ich guru sami się zdekonspirowali przed ogółem i rozpoczęli kopanie mogiłki własnej formacji. Dlatego też ich postępowanie nie można nazwać inaczej jak: „porąbaniem”, „pogięciem” czy też „popieprzeniem”.

Pierwszy „pacjent” to „sumienie narodu” i ojciec redaktor największego od czasów Trybuny Ludu organu postkomuny. Adama Michnika „porąbało” całkowicie i starając się kolejny raz stanąć w obronie twórcy stanu wojennego (co można wyczytać między wierszami), sięga, chyba w akcie desperacji po postać Kazimierza Moczarskiego i historię jego pobytu w jednej stalinowskiej celi z hitlerowskim zbrodniarzem wojennym Juergenem Stroopem. Oberredaktor Próbuje dowodzić, że zamiast upokarzać zbrodniarza należy z nim rozmawiać itp. itd. Michnik dotknięty tajemniczym wirusem, przywołując postać Moczarskiego (nad którego nieszczęściem się rozczula), wali sobie w stopę. Nie zauważa, że przy całym swoim durno-humanitaryźmie, przywołuje własne, rodzinne upiory i mimo woli wplątuje je w fabułę. Tylko przez wrodzoną delikatność i wyjątkową „sympatię” do redaktora Michnika, nie wspomnę o zasługach jego ukochanego brata Stefana, w pozbawianiu życia czy też zdrowia bohaterów AK (takich jak Kazimierz Moczarski). Oczywiście brat nie może odpowiadać za czyny brata zbrodniarza, ale gdy próbuje go wybielać i udowadniać, że nic się nie stało (co wielokrotnie, w takim tonie Adam Michnik przedstawiał), to w obliczu dokonanych zbrodni sam staje się współodpowiedzialnym. „Porąbanie” Adama Michnika nie kwalifikuje się do leczenia, do momentu wyjaśnienia przez pacjenta, kto w jego wersji „Rozmów z Katem” ma być Stroopem - Stefan Michnik czy Jaruzelski?

Następny z nosicieli wirusa to przypadek wyjątkowy. Notoryczny pyszałek, człowiek o moralności tolkienowskiego karła i posturze gnoma. Przyjaciel gierkowskich notabli, a w szczególności kompan od kielicha „Towarzysza Dycymbra” czyli Kazimierz Kutz.
Twórcę śląskich filmów z epoki II RP oraz pamiętnego obrazu o tragedii w kopalni „Wujek” po prostu „popieprzyło” na bardzo stare lata. Widocznie niegdysiejsze towarzystwo Włodzimierza Cimoszewicza lub obecne obrońców WSI z Platformy Obywatelskiej mogło spowodować pewne spustoszenie w mózgu, co w połączeniu z atakiem wirusa doprowadziło do zaskakującej wylewności „Kutzyka”. Otóż, Kutz na łamach GW „łączy się w bólu” wraz z Michnikiem i również staje murem za Jaruzelskim. Wylewność połączona z aktem podziękowania dla generała za wprowadzenie stanu wojennego - to już „popieprzenie” zaawansowane i całkowicie nieuleczalne.

Trzeci z zaatakowanych symboli III RP, to jej współtwórca i osławiony tajny współpracownik bezpieki o pseudonimie Bolek czyli Lech Wałęsa. Wirus zaatakował biedaka w momencie gdy już tak dobrze szło. Tusk wyciągnął go z kuferka, otrzepał, połatał, nadmuchał i wystawił jako mędrca europy oraz Krajowego Mędrca Platformy. Łasy na ochy i achy Wałesa uwierzył w swoją kolejną epokową misję (poprzednią spieprzył jak mógł najlepiej) i znów zadeklarował chęć bycia prezydentem. Biorąc pod uwagę jego ostatnie wyniki w kampanii prezydenckiej roku 2000 (gdzie uzyskał 1,0% głosów, a wyprzedzili go nawet Lepper i Korwin-Mikke) taka decyzja spowodowana może być wyłącznie chorobą. W przypadku Lecha Wałęsy leczyć wirusa nie warto. I tak już niedługo kolejna ekipa spuści z niego powietrze i powrotnie zapakuje Bolka do kufra, gdzie pokryje się kurzem, i Bogu za to dzięki.
Choć może nawet w najbliższych wyborach prezydenckich jeszcze zdąży wystartować. Musi tym razem jednak zmobilizować więcej osób niż tylko najbliższą rodzinę i sąsiadów z Polanki, by w ogóle zebrać wystarczającą liczbę podpisów pod swoją kandydaturą. A tuski zajęte własną kampanią mogą o Bolku zapomnieć.

Na koniec przypadek kliniczny i bardziej psychiatryczny, lecz też wirusowy. Stefan Bratkowski – Honorowy (choć w jego przypadku to nie najlepsze słowo) Prezes SDP – na skutek ataku tajemniczej choroby, będąc w malignie raczył kolejny już raz się ośmieszyć. Wzruszony łzami „Stokrotki” - Moniki Olejnik i jej nieszczęściem, spowodowanym słowami Pana Prezydenta (jak podaje stajnia TVN), zawyrokował iż Głowa Państwa winna podać się do dymisji czyli ustąpić ze stanowiska. Były budowniczy struktur poziomych w PZPR i „nosiciel kapci” za Mieczysławem F. Rakowskim, na skutek ataku wirusa poczuł w sobie wielką moc i niczym Superman postanowił ratować kraj w pojedynkę. Za pomocą apelu. Na szczęście nikt poza nielicznymi wielbicielami trudno zauważalnego talentu mistrza pióra, nie bierze jego słów na poważnie. Ot, mały całkowicie niegroźny, zaatakowany wirusem człowieczek z małym odpowiednim do postury kompleksem braku osobowości.

Porąbało, pogięło, popieprzyło i ... z pomników opadła resztka pseudo-przyzwoitości oraz zniknął cień pozorowanej uczciwości. To co pozostało to kit - właściwy budulec III RP i jej symboli.